Kościół nie jest właścicielem Objawienia. Jest jego stróżem. To rozróżnienie rozstrzyga dziś o jednym z najpoważniejszych sporów dotyczących katolickiej tożsamości. Jeśli bowiem wiara została nam powierzona, a nie przez nas wytworzona, nikt – ani teolog, ani biskup, ani synod, ani całe pokolenie katolików – nie otrzymał prawa, by zmienić jej sens według potrzeb epoki. Możemy głębiej rozumieć to, co Kościół zawsze wyznawał; możemy precyzyjniej nazywać błędy, których dawniej nie znano; możemy znaleźć nowe słowa dla starej prawdy. Nie możemy jednak zachować katolickiego słownika, a podmienić jego treści. Właśnie przed tym ostrzegał w V wieku św. Wincenty z Lerynu, gdy komentując Pawłowe „O Tymoteuszu, strzeż depozytu” pytał, czym jest ów depozyt: tym, „co ci powierzono, a nie co sam wymyśliłeś”. To zdanie wystarcza, aby podważyć wyobrażenie, według którego Kościół miałby co kilka dekad negocjować własną wiarę ze zmieniającym się światem.
Wincenty posługuje się obrazem, którego nie da się rozmyć teologiczną nowomową: „Złoto otrzymałeś, złoto oddaj”. Nie o pozór złota chodzi, nie o jego nazwę, lecz o tę samą substancję. Można złoto oczyścić, można je kunsztownie oprawić, można pokazać jego blask ludziom, którzy wcześniej go nie dostrzegali, ale nie wolno w miejsce złota włożyć ołowiu i przekonywać, że dokonał się właśnie „rozwój”. Święty dodaje jeszcze mocniej: nie jesteś autorem, lecz stróżem; nie twórcą nowej wiary, lecz jej uczniem i przekazicielem. To jest katolicka logika Tradycji. Pasterz otrzymuje skarb, którego wartość nie zależy od jego osobistych opinii, wrażliwości epoki ani społecznej presji. Jego zadaniem nie jest poprawianie Chrystusa, ale wierne przekazanie tego, co Kościół otrzymał od Apostołów.
W tym miejscu pojawia się pytanie, którym łatwo zamknąć usta obrońcom Tradycji: czy zatem doktryna ma pozostać nieruchoma, zamknięta w V wieku? Święty Wincenty odpowiada: oczywiście, że w Kościele ma istnieć rozwój. Ale rozwój nie jest przemianą jednej rzeczy w inną. Dziecko staje się mężczyzną, lecz nie staje się innym gatunkiem. Tak samo rozumienie wiary może dojrzewać, precyzować się i odsłaniać swoje konsekwencje, ale musi pozostać – jak pisał Wincenty – „w tej samej doktrynie, w tym samym sensie i w tym samym znaczeniu”. Eodem sensu eademque sententia. Ta zasada odcina dwie skrajności: archeologiczne zamrożenie teologii oraz podmianę treści pod pozorem rozwoju. Rozwój jest wzrostem tego samego organizmu. Jeśli zmienia się jego natura, nie mamy już do czynienia z rozwojem, lecz z przemianą.
Problem zaczyna się zatem nie wtedy, gdy Kościół używa nowych pojęć, lecz wtedy, gdy nowe pojęcia zaczynają unieważniać to, co dawniej było nauczane jako prawdziwe. Nie wystarczy powtarzać: „doktryna się nie zmienia”, jeśli praktyka uczy ludzi czegoś odwrotnego. Nie wystarczy zachować słowo „grzech”, jeśli przestaje się wzywać do zerwania z grzechem. Nie wystarczy mówić o nierozerwalności małżeństwa, jeśli duszpasterstwo zaczyna funkcjonować tak, jakby nierozerwalność była jedynie ideałem zależnym od okoliczności. Nie wystarczy zachować słowo „nawrócenie”, jeśli człowieka utwierdza się w przekonaniu, że właściwie niczego nie musi zmieniać. Wierność nie polega na konserwowaniu terminów. Polega na zachowaniu ich katolickiego znaczenia. Można bowiem pozostawić na fasadzie wszystkie dawne napisy, a wewnątrz urządzić zupełnie inny budynek.
Dlatego pytanie: „Kto dał nam prawo zmieniać wiarę?” nie jest prowokacją. Jest pytaniem o naturę władzy w Kościele. Władza kościelna jest prawdziwa, ale nie jest absolutna. Papież nie jest źródłem Objawienia. Biskupi nie tworzą nowej Ewangelii. Synod nie może przegłosować prawdy. Teolog nie otrzymuje mandatu do poprawiania Apostołów. Sam św. Paweł postawił granicę bez możliwości negocjacji: „Gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy – niech będzie przeklęty” (Ga 1,8). Te słowa mają potężne znaczenie: nawet autorytet Apostoła podlega prawdzie, którą otrzymał. Nie osoba tworzy Ewangelię. To Ewangelia osądza człowieka, również tego, który został powołany do jej głoszenia.
Najgroźniejsze fałszerstwa nie przychodzą jednak z napisem „herezja”. Przychodzą znacznie ciszej, pod postacią „nowego odczytania”, „zmiany paradygmatu”, „procesu”, „towarzyszenia”, „reinterpretacji”, „duszpasterskiej wrażliwości”. Każde z tych słów może oznaczać coś prawdziwego i potrzebnego. Problem zaczyna się wtedy, gdy staje się narzędziem do obejścia pytania o zgodność z tym, co Kościół otrzymał i przekazywał. Święty Wincenty daje tutaj test bezlitosny w swojej prostocie: czy po zmianie sposobu mówienia nadal oddajemy to samo złoto? Czy pod nową formą zachowana została ta sama zasada, ten sam dogmat, ta sama moralna prawda? Czy słowo „rozwój” rzeczywiście oznacza głębsze poznanie depozytu, czy tylko elegancko przykrywa zerwanie z jego wcześniejszym znaczeniem? Jeśli zmienił się kruszec, nie mamy już do czynienia z rozwojem, lecz z podmianą.
To dlatego Tradycja nie jest balastem, którego trzeba się pozbyć, aby Kościół mógł szybciej biec za światem. Jest pamięcią, która chroni go przed utratą własnej tożsamości. Bez niej każde pokolenie mogłoby rozpocząć katolicyzm od nowa i po pewnym czasie zachowałoby już tylko słowa: „Kościół”, „Ewangelia”, „miłosierdzie”, „sumienie”, „miłość”, podczas gdy ich znaczenie zostałoby przepisane według ducha czasu. Złoto wyglądałoby jeszcze jak złoto, lecz przy próbie ognia okazałoby się stopem czegoś zupełnie innego. Święty Wincenty z Lerynu przypomina więc zasadę elementarną: otrzymaliśmy wiarę, aby ją przekazać, a nie przerobić. Możemy wydobywać jej blask, bronić jej, wyjaśniać ją następnym pokoleniom i odpowiadać nią na nowe problemy świata. Nie wolno nam zmienić kruszcu. „Złoto wziąłeś, złoto oddaj” – to nie hasło dla ludzi tęskniących za przeszłością. To program katolickiej wierności.