Kościół może zmieniać język, sposoby działania, dyscyplinę, formy duszpasterstwa. Nie może jednak zmienić znaczenia tego, co otrzymał od Chrystusa Apostołów, a następnie powiedzieć, że właśnie dokonał „rozwoju”. Tutaj przebiega granica, której dzisiejszy katolik musi pilnować szczególnie uważnie. Nie dlatego, że każda nowość jest zła, lecz dlatego, że nie każda nowość jest rozwojem. Można rozwinąć prawdę, ukazać jej konsekwencje, precyzyjniej ją zdefiniować, odpowiedzieć na nowe błędy. Można jednak również pozostawić dawne słowa, nadając im stopniowo inne znaczenie. I właśnie wtedy rozpoczyna się proces znacznie bardziej niebezpieczny od jawnego zerwania, ponieważ wszystko z zewnątrz może jeszcze wyglądać znajomo.
Święty Wincenty z Lerynu rozumiał ten problem już w V wieku. Nie pisał traktatu dla ludzi żyjących w spokojnych czasach. Widział Kościół doświadczony sporami, herezjami i próbami takiego interpretowania Pisma Świętego, aby uzasadnić poglądy sprzeczne z otrzymaną wiarą. Dlatego w „Commonitorium” pozostawił formułę, która stała się jednym z najbardziej znanych kryteriów katolickiej Tradycji: „quod ubique, quod semper, quod ab omnibus creditum est” – należy trzymać się tego, w co wierzono wszędzie, zawsze i przez wszystkich. Za tym zdaniem stoi niezwykle trzeźwe spojrzenie na naturę katolicyzmu. Wiara nie zaczyna się ode mnie, od mojego pokolenia ani od obecnej debaty kościelnej. Przychodzi z przeszłości jako depozyt powierzony Kościołowi. Wincenty wskazywał dlatego na trzy kryteria: powszechność, starożytność i zgodę – universitas, antiquitas, consensio.
Ale właśnie tutaj pojawia się pytanie najważniejsze: czy oznacza to, że w Kościele nic nie może się rozwijać? Wincenty odpowiada jednoznacznie: rozwój jest nie tylko możliwy, ale potrzebny. Natychmiast jednak stawia warunek, od którego zależy wszystko. Rozwój musi być profectus, wzrostem tego samego, a nie permutatio, przemianą jednej rzeczy w inną. Używa porównania do ludzkiego ciała: dziecko staje się dorosłym człowiekiem, jego organizm rośnie i dojrzewa, ale pozostaje tym samym organizmem. Gdyby zamiast człowieka powstała inna istota, nie nazwalibyśmy tego dojrzewaniem. Tak samo doktryna może wzrastać w rozumieniu, lecz – jak zaznacza Wincenty – musi pozostawać „w tej samej doktrynie, w tym samym sensie i w tym samym znaczeniu”.
To rozróżnienie jest dziś bezcenne, ponieważ największe zamieszanie zaczyna się zwykle od języka. Nie trzeba przecież ogłaszać: „odrzucamy dawną naukę”. Wystarczy powiedzieć: „dzisiaj rozumiemy ją inaczej”. Potem dawne słowa pozostają na swoich miejscach, lecz ich treść zaczyna się przesuwać. Miłosierdzie może zostać oderwane od nawrócenia, sumienie od prawa moralnego, rozeznanie od obiektywnej prawdy, duszpasterstwo od doktryny. Na papierze niczego formalnie nie zanegowano, a jednak człowiek zaczyna otrzymywać zupełnie inny komunikat. Właśnie dlatego katolik nie może zadowolić się zapewnieniem, że „doktryna się nie zmieniła”. Musi zapytać: czy te same słowa nadal znaczą to samo? Czy nowa praktyka wyrasta z poprzedniej wiary, czy powoli ją neutralizuje?
Święty Wincenty uczy więc czegoś znacznie większego niż prostego przywiązania do przeszłości. Uczy katolickiej pamięci. Kościół, który utracił pamięć własnej wiary, staje się bezbronny wobec każdej nowości opatrzonej atrakcyjnym przymiotnikiem: „pastoralna”, „synodalna”, „otwarta”, „nowa”. Tymczasem pytanie katolickie powinno brzmieć inaczej: czy jest to organiczne rozwinięcie tego, co Kościół otrzymał, czy też pod dawnymi nazwami pojawia się nowa treść? Tradycja nie jest muzeum, lecz nie jest również plasteliną. Żyje właśnie dlatego, że zachowuje tożsamość.
Dlatego warto dziś wrócić do św. Wincentego z Lerynu bez pośredników i bez sloganów. Jego „Commonitorium” daje katolikowi intelektualny kompas: powszechność, starożytność, zgodę; wzrost bez zmiany istoty; rozwój bez podmiany znaczenia; wierność depozytowi zamiast fascynacji nowością. Gdy te zasady zaczynamy stosować konsekwentnie, wiele współczesnych sporów przestaje być chaotycznych. Pojawia się jedno zasadnicze pytanie: czy to, co przedstawia się nam jako rozwój, jest jeszcze tym samym katolicyzmem?
Temu właśnie problemowi poświęciłem drugi odcinek rozmowy ze św. Wincentym z Lerynu w tle – nie po to, aby bać się każdego rozwoju, lecz aby nauczyć się odróżniać rozwój od podmiany.