Są ludzie Kościoła, których wielkość ujawnia się szczególnie wtedy, gdy mijają dziesięciolecia, zmienia się język świata, pojawiają się nowe ideologie, a ich słowa zamiast się starzeć, zaczynają brzmieć jeszcze mocniej. Do takich postaci należy arcybiskup Fulton J. Sheen, który 24 września 2026 roku ma zostać ogłoszony błogosławionym w St. Louis. Człowiek radia i telewizji, kaznodzieja słuchany przez miliony, a zarazem kapłan głęboko zakorzeniony w Eucharystii, Krzyżu i katolickiej doktrynie, staje dziś przed nami jako wyrzut sumienia dla chrześcijaństwa, które zbyt łatwo może pomylić ewangelizację z poszukiwaniem akceptacji. Sheen posiadał popularność, o jakiej współcześni katoliccy influencerzy mogliby tylko marzyć, lecz wiedział, że liczba słuchaczy nie daje prawa do zmiany prawdy. Wiedział też, że Kościół traci rację swojego istnienia w chwili, gdy zamiast prowadzić świat do Chrystusa zaczyna pytać świat, jakiego Chrystusa wolno mu jeszcze głosić.
To dlatego tak mocno brzmi jego wezwanie: „Szukaj Kościoła odrzuconego przez świat, podobnie jak nasz Zbawiciel został odrzucony przez ludzi”. Sheen nie budował romantycznego mitu prześladowania. Przypominał rzecz znacznie poważniejszą: pomiędzy Ewangelią a duchem świata zawsze będzie istniało napięcie, ponieważ Chrystus nie przyszedł potwierdzać człowieka w każdym jego wyborze, lecz wyrwać go z grzechu. Kościół nie otrzymał Objawienia jako materiału do kolejnych redakcji. Otrzymał depozyt wiary, którego ma strzec. Dlatego katolicyzm nie może uzależniać swojego nauczania od tego, czy dana prawda znajduje się jeszcze w granicach społecznej akceptacji. Sheen pisał bez złudzeń: „Przeżyć może jedynie mierność. Tych, którzy czarne nazywają czarnym, a białe białym, skazuje się za nietolerancję”. To zdanie brzmi dziś niemal proroczo. W epoce, która zaciera granicę pomiędzy prawdą i opinią, samo nazwanie rzeczy po imieniu bywa przedstawiane jako brak miłosierdzia. (
Tymczasem Sheen doskonale rozumiał, że chrześcijańska miłość nie polega na zgodzie na wszystko. „Chrześcijańska miłość przebacza grzesznikowi, lecz nienawidzi grzechu” – pisał, rozbijając fałszywe przeciwstawienie prawdy i miłosierdzia. Nie kochamy człowieka wtedy, gdy przekonujemy go, że grzech nie ma znaczenia. Nie służymy mu wtedy, gdy w imię dobrego samopoczucia odbieramy mu wezwanie do pokuty, spowiedzi i przemiany życia. Ewangelia bez grzechu nie potrzebuje Odkupiciela, Ewangelia bez sądu nie potrzebuje nawrócenia, a chrześcijaństwo bez Krzyża staje się jedynie religijnym językiem dobrego samopoczucia. Sheen znał cenę chrześcijańskiej jednoznaczności i wiedział, że prawdziwa miłość musi czasem powiedzieć człowiekowi właśnie to, czego nie chce on usłyszeć.
Dlatego jego beatyfikacja nie powinna stać się jedynie okazją do przypomnienia czarno-białych nagrań amerykańskiego biskupa stojącego przed telewizyjną tablicą. Jest wezwaniem do rachunku sumienia dla całego katolickiego apostolstwa. Można korzystać z radia, telewizji, internetu i mediów społecznościowych; można mówić językiem zrozumiałym dla ludzi swojej epoki i docierać do milionów. Nie wolno jednak płacić za ten sukces przemilczeniem tego, co Chrystus powierzył Kościołowi. Fulton Sheen pokazuje, że prawdziwy apostolat nie polega na tym, aby zdobyć publiczność za wszelką cenę, lecz aby wykorzystać każdą dostępną ambonę do prowadzenia człowieka ku Prawdzie. Popularność może służyć Ewangelii. Ewangelia nigdy nie może służyć popularności. Prawdy bowiem nie wolno sprzedać nawet wtedy, gdy ceną wierności staje się samotność.