W 1958 roku Joseph Ratzinger miał trzydzieści jeden lat. Nie był jeszcze biskupem, kardynałem ani papieżem. Był młodym niemieckim teologiem, który patrząc na powojenną Europę, dostrzegł coś, czego kościelne statystyki nie chciały pokazać. Kontynent nadal uchodził za chrześcijański, miliony ludzi były ochrzczone, parafie działały, sakramenty wyznaczały rytm życia, a jednak pod powierzchnią tej religijnej normalności wyrastała rzeczywistość zupełnie inna. W eseju „Die neuen Heiden und die Kirche” – „Nowi poganie i Kościół” – Ratzinger napisał, że Kościół stawał się „Kościołem pogan, którzy nadal nazywają się chrześcijanami”. Nie była to tania prowokacja. Chodziło o pęknięcie pomiędzy przynależnością a wiarą, pomiędzy metryką chrztu a rzeczywistym uznaniem Chrystusa za Pana własnego życia. Artykuł ukazał się w „Hochland” w 1958 roku, wiele lat przed Soborem Watykańskim II i niemal pół wieku przed wyborem Ratzingera na papieża.
To rozróżnienie jest bezlitosne dla katolicyzmu czysto kulturowego. Można mieć krzyż na ścianie, święcić pokarmy, ochrzcić dziecko, urządzić Pierwszą Komunię i katolicki pogrzeb, a jednocześnie przez lata żyć tak, jakby Bóg nie istniał. Można traktować Kościół jako część rodzinnego obyczaju albo instytucję zapewniającą religijną oprawę ważnych chwil, lecz bez prawa do osądzania moich wyborów. Wtedy chrześcijaństwo zostaje na poziomie znaków, ale znika z poziomu decyzji. Ratzinger trafiał właśnie w ten punkt: w pierwotnym Kościele wejście do wspólnoty było związane z decyzją wiary i nawróceniem; w społeczeństwie nominalnie chrześcijańskim przynależność można było odziedziczyć, nie przechodząc nigdy przez osobiste „tak” wypowiedziane Bogu. Problemem nie była więc liczba chrztów, lecz złudzenie, że chrześcijańskie imię samo z siebie tworzy chrześcijańskie życie.
Najbardziej niewygodne w tekście Ratzingera jest to, że nie zatrzymuje się on na socjologii. Pisze wprost: „sakramenty bez wiary nie mają sensu”. Nie oznacza to zanegowania obiektywnej skuteczności sakramentów ani uczynienia ludzkiego przeżycia źródłem łaski. Chodzi o coś poważniejszego: nie wolno budować duszpasterstwa na fikcji, że wiara istnieje tylko dlatego, iż człowiek pojawia się po sakrament. Sakrament nie jest religijną usługą ani pieczęcią przyklejaną do życia, które nie chce należeć do Chrystusa. Chrzest jest początkiem nowego życia, bierzmowanie zobowiązuje do świadectwa, Eucharystia jest Komunią z Chrystusem i Jego Kościołem, małżeństwo sakramentalne zakłada wejście w porządek ustanowiony przez Boga. Gdy rzeczy te redukuje się do ceremonii, duszpasterstwo zaczyna podtrzymywać pozór. Ratzinger mówił o potrzebie odzyskania świadomości, że sfera sakramentalna jest wewnętrzną przestrzenią życia Kościoła, a nie religijną usługą świadczoną niezależnie od wiary.
Gdzie więc rodzi się pogaństwo, o którym mówił Ratzinger? Nie trzeba stawiać posągów dawnych bóstw. Wystarczy praktycznie urządzić życie bez Boga. Nowy poganin może nosić medalik, mieć ślub kościelny, znać religijny słownik i deklarować szacunek dla tradycji. Jego prawdziwą normą pozostaje jednak własna wygoda, pragnienie, interes, emocja albo opinia otoczenia. Bóg jest akceptowany, dopóki nie przeszkadza. Ewangelia ceniona, dopóki pociesza. Kościół potrzebny, dopóki błogosławi to, co człowiek i tak postanowił. Gdy pojawia się słowo „grzech”, „pokuta”, „czystość”, „nierozerwalność”, „ofiara” czy „sąd”, kończy się katolicyzm dekoracyjny i zaczyna pytanie o prawdziwą wiarę. Chrześcijaństwo nie polega bowiem na dopisaniu Boga do własnego projektu życia, lecz na zgodzie, aby to Bóg ten projekt osądził i przemienił.
Kryzys wiary nie zaczyna się zatem dopiero w chwili, gdy ktoś oficjalnie odchodzi z Kościoła. Często rozpoczyna się wcześniej: człowiek pozostaje w strukturach, ale przestaje przyjmować wiarę Kościoła jako normę prawdy. Z Credo i moralności wybiera to, co uznaje za rozsądne, a resztę odkłada jako „nieaktualną”. Powstaje religia prywatna: trochę Ewangelii, trochę własnych przekonań, trochę ducha epoki. Nazwa pozostaje katolicka, lecz centrum zostało przesunięte z Boga na człowieka. Ratzinger ostrzegał, że nowe pogaństwo wyrasta „w sercu Kościoła” i grozi wydrążeniem go od wewnątrz. Największe niebezpieczeństwo nie musi więc nadejść spoza murów. Może pojawić się wewnątrz, gdy masowa przynależność zaczyna maskować zanik wiary.
Trzeba jednak zachować precyzję. Nie każdy słaby czy niepraktykujący katolik jest automatycznie „poganinem”. Sednem ostrzeżenia Ratzingera nie był prosty osąd konkretnych ludzi, lecz sprzeciw wobec utożsamienia Kościoła żywej wiary z populacją ochrzczonych. Kościół nie jest wspólnotą bezgrzesznych, ale jest wspólnotą tych, którzy wiedzą, że potrzebują nawrócenia. Człowiek może upadać i wracać do konfesjonału; to wciąż logika chrześcijańska. Zupełnie czym innym jest przekonanie, że nie istnieje już obiektywna prawda moralna, wobec której należałoby się nawracać. Wtedy znika nie tylko praktyka religijna, lecz sama kategoria grzechu, łaski i zbawienia. Ratzinger dostrzegał tę różnicę i nie utożsamiał automatycznie wszystkich niepraktykujących z poganami; jego diagnoza dotyczyła głębszego rozpadu jedności między nominalną przynależnością a rzeczywistą wiarą.
I właśnie tutaj diagnoza Ratzingera staje się pytaniem skierowanym do pasterzy. Czy duszpasterstwo ma utrzymywać pozór masowego chrześcijaństwa, czy prowadzić ludzi do wiary? Jeśli katecheza staje się wyłącznie przygotowaniem uroczystości, jeśli sakrament jest traktowany jako rodzinny obyczaj, jeśli kazanie omija wszystko, co mogłoby zranić samozadowolenie człowieka, można długo zachować zewnętrzną formę i jednocześnie utracić istotę. Chrystus nie polecił Apostołom pilnować religijnych statystyk. Polecił nauczać narody, chrzcić je i uczyć zachowywania wszystkiego, co przykazał. Uczeń nie jest klientem Kościoła. Jest człowiekiem, który pozwala Chrystusowi zmienić swoje życie. Nie wystarczy zatem pytać, ilu ludzi ochrzczono, ilu przyjęło bierzmowanie i ilu zawarło małżeństwo przed ołtarzem. Trzeba odważyć się zapytać, ilu rzeczywiście wie, w Kogo wierzy, dlaczego wierzy i jakie konsekwencje ta wiara ma dla ich życia.
Dlatego tekst młodego Ratzingera nie jest ciekawostką z 1958 roku. Jest testem kościelnej uczciwości. Kościół nie potrzebuje pogaństwa ochrzczonego i oswojonego, lecz ludzi nawróconych. Nie potrzebuje sakramentów sprowadzonych do usług, lecz wiary zdolnej przyjąć łaskę i podporządkować jej życie. Nie potrzebuje katolicyzmu statystycznego, lecz katolicyzmu realnego: Credo wyznawanego rozumem, Dekalogu przyjętego jako prawo życia, łaski szukanej w sakramentach i Chrystusa uznanego nie za symbol kultury, lecz za Pana. Najbardziej niewygodna część diagnozy Ratzingera brzmi więc tak: problemem Kościoła nie jest wyłącznie świat, który przestał być chrześcijański. Problem zaczyna się wtedy, gdy świat wchodzi do wnętrza człowieka ochrzczonego i zaczyna myśleć w nim zamiast Ewangelii.