Nie wystarczy już milczeć.
Musisz się zachwycać.
Musisz przyklaskiwać.
Musisz oddać język.
A z nim – oddać myślenie, sumienie, prawdę i Boga.
W rzeczywistości marksizmu kulturowego nie chodzi o to, żebyś nie mówił.
Chodzi o to, żebyś mówił – ale ich językiem.
Językiem dekonstrukcji. Językiem „neutralności”. Językiem, który mówi wszystko i nic.
Nie możesz już nazywać rzeczy po imieniu.
Masz je nazywać po nowemu. Po świecku. Po progresywnemu. Po poprawnemu.
Nie wystarczy, że się nie sprzeciwisz.
Masz się zachwycać.
Masz mówić, że aborcja to wolność.
Że płeć to spektrum.
Że wiara to forma wykluczenia.
Że sumienie jest przemocą.
Że prawda to pogląd, a kłamstwo – alternatywny punkt widzenia.
Tak działa antykultura.
Nie wycina słów – przepisuje je.
Nie niszczy języka – kolonizuje go.
Nie pali książek – tylko je redaguje.
Nie zamyka ust – ale zmienia alfabet.
I właśnie o tym sto lat temu ostrzegał Mikołaj Bierdiajew – chrześcijanin, myśliciel, prorok.
Wyrzucony z sowieckiego raju nie za broń, nie za przewrót, ale za to, że myślał.
W jego czasach sumienie było zagrożeniem.
Dziś nadal jest.
Bierdiajew pisał, że człowiek staje się niewolnikiem, gdy traci wewnętrzną prawdę.
Że nowoczesna tyrania nie potrzebuje pałek i gułagów – wystarczy jej moralność kolektywu, narzucona poprawność i język, który obraca Ewangelię w herezję.
I wszystko to już się dzieje.
W biały dzień. Na twoich oczach. W twoim kraju.
W twojej szkole, w serialach twoich dzieci, w podręcznikach zatwierdzanych przez ministerstwa, w spotach finansowanych przez Unię.
Nie jesteśmy świadkami rewolucji.
Jesteśmy ofiarami reedukacji.
Dziś nie wystarczy, że nie powiesz nic o rodzinie – masz powiedzieć, że każda „rodzina” jest równa.
Nie wystarczy, że nie krytykujesz aborcji – masz powiedzieć, że to „prawo do decydowania o sobie”.
Nie wystarczy, że nie bronisz Ewangelii – masz powiedzieć, że każda religia jest tak samo prawdziwa.
Nie wystarczy, że milczysz o płci – masz mówić: „osoba menstruująca”.
To nie są żarty.
To nie są marginesy.
To jest nowa liturgia.
Nie religia tolerancji. Religia uzgodnionej iluzji.
Liturgia, w której dogmatem jest emocja, a grzechem – myślenie.
Nie trzeba już spalać heretyków – wystarczy ich odciąć od platformy.
Nie trzeba już obalać Kościoła – wystarczy, że sam się zredukuje do warsztatu terapeutycznego.
Nie trzeba prześladować katolików – wystarczy, że wstydzą się być sobą.
To nowa forma marksizmu.
Nie czerwona. Tęczowa.
Nie brutalna. Miła.
Nie ideologiczna. Przebrana za empatię.
I właśnie dlatego Bierdiajew woła z przyszłości:
„Jeżeli stosuje się niemoralne środki, wszystko jest dozwolone w stosunku do wroga,
którego przestaje się uważać za człowieka.”
A dziś?
Wrogiem nie jest przestępca.
Wrogiem jest człowiek, który mówi, że istnieje obiektywna prawda.
Że istnieje dobro.
Że istnieje natura.
Że istnieje Bóg.
Jeśli tego nie zaakceptujesz – jesteś „nienawistnikiem”.
Jesteś „zagrożeniem dla demokracji”.
Jesteś „faszystą”, „fundamentalistą”, „konserwatywnym radykałem”.
Masz być wyrzucony z debaty.
Z przestrzeni publicznej.
Z historii.
To nie przesada. To doktryna.
Jeśli jej nie rozumiesz – staniesz się jej ofiarą.
Dlatego nie milcz. Nie ucz się nowego języka kłamstwa.
Nie ćwicz poprawnych formułek.
Nie klaskaj tam, gdzie sumienie mówi „uciekaj”.
Bo dziś naprawdę nie wystarczy już milczeć.
Trzeba mówić.
Ale nie ich językiem.
Swoim. Bożym. Wolnym.