Dzień Dziecka powinien być świętem radości. Powinien być dniem, w którym patrzymy na najmłodszych z wdzięcznością, dostrzegając w nich nadzieję rodzin, wspólnot i całych narodów. Każde dziecko przychodzące na świat niesie bowiem ze sobą obietnicę przyszłości. To właśnie dlatego przez wieki cywilizacje otaczały dzieci szczególną troską. Rodzice byli gotowi do poświęceń, nauczyciele traktowali wychowanie jako misję, a wspólnoty religijne rozumiały, że od tego, jak zostaną ukształtowani młodzi ludzie, zależeć będzie przyszły kształt świata. Dzisiaj jednak coraz częściej odnoszę wrażenie, że Dzień Dziecka powinien być również dniem refleksji nad czymś znacznie poważniejszym. Nad pytaniem, kto naprawdę wychowuje współczesne dzieci i jakie idee próbują zdobyć ich serca oraz umysły.
Historia pokazuje bowiem pewną niepokojącą prawidłowość. Każda wielka rewolucja prędzej czy później kierowała swoją uwagę ku najmłodszym. Rewolucjoniści doskonale rozumieli to, czego często nie dostrzegają zwykli ludzie zajęci codziennymi sprawami. Jeżeli chce się zmienić świat, nie wystarczy przejąć parlamentów, mediów czy uniwersytetów. Trzeba zdobyć jeszcze coś cenniejszego – wyobraźnię następnego pokolenia. Dlatego właśnie Antonio Gramsci pisał o długim marszu przez instytucje. Dlatego ideologowie różnych epok interesowali się szkołą bardziej niż fabryką. Wiedzieli bowiem, że człowiek dorosły posiada już zakorzenione przekonania, doświadczenia i wartości. Dziecko natomiast znajduje się dopiero na początku swojej drogi. To ono będzie tworzyć przyszłe społeczeństwo. To ono będzie podejmować decyzje polityczne, wychowywać własne dzieci i budować kulturę kolejnych pokoleń.
Współczesna rewolucja kulturowa nie przypomina jednak dawnych przewrotów. Nie maszeruje ulicami pod czerwonymi sztandarami. Nie ogłasza otwarcie wojny z religią, rodziną czy tradycją. Jest znacznie bardziej subtelna. Wchodzi do życia młodych ludzi przez ekran telefonu, seriale, platformy streamingowe, media społecznościowe, kulturę popularną i język. Nie mówi dziecku wprost, że chce odebrać mu tożsamość. Przekonuje raczej, że żadna trwała tożsamość nie istnieje. Nie mówi, że chce osłabić autorytet rodziców. Sugeruje jedynie, że rodzice są jedną z wielu opinii. Nie atakuje otwarcie religii. Wmawia natomiast, że wszystkie przekonania są równie prawdziwe lub równie nieistotne. W rezultacie młody człowiek coraz częściej dorasta w świecie, w którym wszystko jest płynne, względne i negocjowalne.
Jako pedagog obserwuję skutki tego procesu od lat. Widzę młodych ludzi coraz bardziej zagubionych, mimo że posiadają dostęp do niewyobrażalnej wcześniej ilości informacji. Widzę dzieci, które potrafią obsługiwać najnowsze technologie, ale coraz częściej mają trudność z odpowiedzią na podstawowe pytania o sens życia, odpowiedzialność czy własną wartość. Widzę młodzież, która słyszy nieustannie o swoich prawach, ale znacznie rzadziej o obowiązkach. Widzę kulturę, która mówi młodemu człowiekowi: „Bądź sobą”, ale nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, kim właściwie jest człowiek. A przecież nie można budować zdrowego życia na fundamencie nieustannej niepewności.
Roger Scruton zauważył kiedyś, że rewolucje bardzo często zaczynają się od przekonywania ludzi, iż nie potrzebują tego, co przez wieki chroniło ich przed upadkiem. Trudno o trafniejszy opis współczesnej sytuacji. Rodzina przedstawiana jest jako przestarzała instytucja. Tradycja jako ciężar. Religia jako prywatne hobby. Autorytet jako zagrożenie dla wolności. Tymczasem doświadczenie pedagogiczne pokazuje dokładnie coś przeciwnego. Dziecko nie rozwija się najlepiej w świecie pozbawionym granic. Dziecko potrzebuje punktów odniesienia. Potrzebuje ojca i matki. Potrzebuje autorytetów. Potrzebuje jasnego rozróżnienia dobra i zła. Potrzebuje ludzi, którzy będą od niego wymagać, ponieważ wierzą w jego potencjał.
Właśnie dlatego słowa św. Jana Pawła II pozostają tak niezwykle aktualne. „Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali” – mówił do młodych. Te słowa są całkowitym przeciwieństwem przesłania współczesnej kultury konsumpcyjnej. Dzisiejszy świat często proponuje drogę najmniejszego oporu. Uczy, że najważniejsze jest dobre samopoczucie. Że człowiek powinien przede wszystkim realizować własne pragnienia. Że ograniczenia są formą przemocy. Tymczasem wszyscy wielcy wychowawcy wiedzieli, że charakter buduje się poprzez wysiłek. Odpowiedzialność rodzi się poprzez obowiązki. A dojrzałość jest owocem pracy nad sobą, a nie nieustannego spełniania zachcianek.
Dlatego odpowiedzią na współczesną rewolucję nie może być jedynie krytyka. Narzekanie nie wychowa żadnego dziecka. Potrzeba czegoś znacznie ważniejszego. Potrzeba obecnych rodziców. Potrzeba nauczycieli, którzy rozumieją, że wychowanie jest czymś więcej niż przekazywaniem wiedzy. Potrzeba rodzin, które wspólnie rozmawiają, modlą się i spędzają czas. Potrzeba ludzi gotowych pokazać młodemu pokoleniu, że wolność bez prawdy prowadzi do chaosu, a prawda bez miłości staje się pustym moralizmem. Dziecko potrzebuje nie ideologii, lecz przewodników. Nie eksperymentów społecznych, lecz mądrego wychowania.
Dlatego w Dniu Dziecka warto przypomnieć sobie prostą, ale fundamentalną prawdę. Dzieci nie są własnością państwa, partii politycznych, korporacji technologicznych ani ideologów. Nie są materiałem do przebudowy świata według kolejnych utopijnych projektów. Są osobami. Są ludźmi obdarzonymi niezbywalną godnością. Są stworzone na obraz Boga. Naszym zadaniem nie jest więc uczynić z nich narzędzie realizacji własnych ambicji czy wizji społecznych. Naszym zadaniem jest pomóc im odkryć prawdę o sobie samych, nauczyć je szacunku do Boga, do własnej godności i do drugiego człowieka.
Od tego bowiem zaczyna się każda zdrowa cywilizacja. Nie od wielkich deklaracji politycznych. Nie od ideologicznych manifestów. Zaczyna się od dziecka, które wie, że jest kochane. Od rodziny, która uczy odpowiedzialności. Od wychowawcy, który potrafi wskazać drogę. Od młodego człowieka, który rozumie, że wolność nie oznacza robienia wszystkiego, ale zdolność wybierania dobra. Jeżeli obronimy dzieci przed chaosem współczesnej antykultury, obronimy również przyszłość naszej cywilizacji. Jeżeli je stracimy, żadne reformy, programy i strategie nie będą już w stanie naprawić skutków tego zaniedbania.