Przyznam, że spośród wszystkich komentarzy, analiz i debat dotyczących Synodu o synodalności najbardziej zapadł mi w pamięć pewien obraz. Nie dokument. Nie konferencja prasowa. Nie kolejna wypowiedź eksperta. Obraz. Starożytny filozof Diogenes z Synopy przechadza się po sali synodalnej z zapaloną latarnią w ręku. Zatrzymuje się przy kolejnych grupach roboczych, słucha wystąpień, przygląda się dyskusjom, wertuje dokumenty i co jakiś czas wypowiada tylko jedno zdanie: „Tradycjonalistów szukam”. Trudno o bardziej trafną metaforę współczesnych sporów w Kościele. Jest w niej humor, jest ironia, ale jest także coś znacznie ważniejszego – pytanie, którego wielu ludzi nie chce dziś postawić głośno.
Nie chodzi bowiem o samą postać Diogenesa. Nie chodzi nawet o jego filozofię. Chodzi o symbol człowieka, który nie zadowala się powierzchownymi odpowiedziami. Człowieka, który nie daje się porwać modzie, entuzjazmowi tłumu ani przekonaniu, że wszystko, co nowe, musi być automatycznie lepsze od tego, co było wcześniej. Według starożytnej tradycji Diogenes chodził po mieście z zapaloną lampą w środku dnia i mówił, że szuka człowieka. Wokół niego były tysiące ludzi, a mimo to uważał, że człowieka trzeba dopiero odnaleźć. W naszej opowieści sytuacja wygląda podobnie. Aula jest pełna. Mikrofony są włączone. Dyskusje trwają od rana do wieczora. Dokumentów przybywa. Rozmowy nie ustają. A jednak człowiek z latarnią nadal czegoś szuka.
Właśnie tutaj kryje się sedno całej historii. Kiedy słyszymy słowo „tradycjonalista”, bardzo często myślimy o sporach liturgicznych, o łacinie, o dawnych zwyczajach albo o ludziach przywiązanych do określonych form pobożności. Tymczasem w opowiadaniu chodzi o coś znacznie głębszego. Diogenes nie szuka kolekcjonerów przeszłości. Nie szuka ludzi żyjących wspomnieniami. Nie szuka tych, którzy chcieliby cofnąć zegar historii. Szuka ludzi przekonanych, że prawda nie zmienia się dlatego, że zmieniła się epoka. Szuka ludzi, którzy wierzą, że Objawienie nie wymaga nieustannej korekty, a depozyt wiary nie jest materiałem do eksperymentów. Szuka ludzi pamiętających, że Kościół nie zaczął się od naszego pokolenia i nie skończy się wraz z nim.
Patrząc na wiele współczesnych debat synodalnych, trudno nie zauważyć pewnej prawidłowości. Coraz częściej rozmawiamy o procesie, a coraz rzadziej o celu. Coraz częściej słyszymy o słuchaniu, a coraz rzadziej o tym, czego właściwie mamy słuchać. Coraz częściej mówi się o dialogu, ale coraz mniej o prawdzie, która nadaje dialogowi sens. Dialog sam w sobie nie jest wartością najwyższą. Słuchanie samo w sobie nie jest celem. Proces nie jest celem. Są one wartościowe tylko wtedy, gdy prowadzą człowieka do prawdy. Jeśli zaczynają żyć własnym życiem, stają się jedynie eleganckimi słowami krążącymi w zamkniętym obiegu.
Właśnie dlatego obraz Diogenesa wydaje się tak przejmujący. Wyobraźmy sobie, że podchodzi do kolejnego stolika. Słyszy rozmowę o nowych perspektywach. Przechodzi dalej i słucha debaty o zmianie języka. Przy następnym stoliku trwa dyskusja o potrzebie kolejnego etapu rozeznawania. Jeszcze dalej ktoś mówi o konieczności otwarcia się na nowe doświadczenia. Filozof słucha cierpliwie, po czym zadaje bardzo proste pytanie: a gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla tego, czego Kościół nauczał przez dwa tysiące lat? Gdzie jest miejsce dla świętych, którzy oddawali życie za wiarę? Gdzie jest miejsce dla męczenników? Gdzie jest miejsce dla doktorów Kościoła? Gdzie jest miejsce dla tych wszystkich pokoleń chrześcijan, które nie uważały siebie za autorów prawdy, ale za jej strażników?
Prawdziwa Tradycja nie jest bowiem przywiązaniem do popiołów. Jest przekazywaniem ognia. To zdanie przypisywane Gustavowi Mahlerowi doskonale oddaje istotę problemu. Tradycja nie oznacza zatrzymania historii. Oznacza zachowanie tożsamości podczas marszu przez historię. Człowiek tradycyjny nie mówi, że nic nie może się zmieniać. Mówi jedynie, że nie wszystko może się zmienić. Rozumie różnicę między rozwojem a zerwaniem ciągłości. Rozumie różnicę między pogłębianiem nauczania a jego zastępowaniem. Rozumie również, że drzewo może wypuszczać nowe gałęzie tylko wtedy, gdy pozostaje zakorzenione w tym samym pniu.
Dlatego opowiadanie o Diogenesie nie jest tak naprawdę opowiadaniem o synodzie. Jest opowiadaniem o Kościele. O Kościele stojącym dziś przed tym samym pytaniem, przed którym stawał już wielokrotnie w swojej historii. Czy jego zadaniem jest dostosowywanie się do świata, czy przemienianie świata mocą Ewangelii? Czy ma szukać akceptacji za wszelką cenę, czy pozostać wiernym Chrystusowi nawet wtedy, gdy staje się to niepopularne? Czy ma głosić to, co ludzie chcą usłyszeć, czy to, co jest prawdą?
Najbardziej wymowne jest jednak zakończenie tej historii. Diogenes w końcu odnajduje tych, których szukał. Nie są to ludzie doskonali. Nie są to ludzie wolni od błędów. Nie są to nawet ludzie przekonani o własnej wyjątkowości. Są to ludzie, którzy z pokorą uznają, że wiara nie należy do nich. Że Kościół nie jest ich własnością. Że nie otrzymali prawa do tworzenia nowej Ewangelii. Rozumieją, że ich zadaniem jest przekazać dalej to, co sami otrzymali. Właśnie dlatego filozof kieruje swoje kroki ku nim. Nie dlatego, że są bardziej wpływowi. Nie dlatego, że wygrywają medialne debaty. Ale dlatego, że pamiętają o czymś fundamentalnym.
Święty Paweł nie napisał do Tymoteusza: „stwórz nowy depozyt wiary”. Nie napisał: „dostosuj depozyt do wymagań epoki”. Nie napisał nawet: „ulepsz depozyt”. Napisał krótko i jednoznacznie: „Strzeż depozytu”. W tych dwóch słowach zawiera się być może najważniejsze zadanie każdego pokolenia katolików. Nie jesteśmy właścicielami prawdy. Jesteśmy jej strażnikami. A strażnik nie zmienia skarbu, który mu powierzono. Chroni go i przekazuje dalej.
Gdy więc patrzę na obraz Diogenesa przechadzającego się po synodzie z latarnią w ręku, nie widzę przede wszystkim satyry. Widzę pytanie. Widzę wezwanie do rachunku sumienia. Widzę człowieka, który zatrzymuje się przed każdym z nas i pyta: czy szukasz prawdy, czy jedynie potwierdzenia własnych przekonań? To pytanie pozostaje aktualne niezależnie od tego, jaki dokument zostanie przyjęty, jaki synod się zakończy i jaka debata rozpocznie się jutro. Bo od odpowiedzi na nie zależy znacznie więcej niż wynik jakiegokolwiek głosowania. Od niej zależy wierność Temu, który powiedział o sobie: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem”.