Nie wiem, czy wilki śledzą media społecznościowe. Nie wiem też, czy niedźwiedzie wertują polskie przysłowia, a bobry składają skargi na związki frazeologiczne. Jedno wiem na pewno: polskie państwo potrafi dziś zająć się wszystkim — byle nie tym, czym naprawdę powinno.
Bo oto Ministerstwo Klimatu i Środowiska, a dokładniej instytucje działające w jego ramach, postanowiły wziąć pod opiekę… wizerunek wilka i niedźwiedzia w polszczyźnie. Nie chodzi już tylko o ochronę przyrody, badania populacji czy bezpieczeństwo mieszkańców terenów, na których dzikie zwierzęta realnie pojawiają się coraz bliżej człowieka. Nie. Tym razem chodzi o język, a dokładniej o to, jakich przysłów i powiedzeń używamy.
Z ministerialnych materiałów dowiadujemy się, że nie powinno się mówić „człowiek człowiekowi wilkiem”, bo takie sformułowanie „obarcza wilki odpowiedzialnością za ludzkie zachowania”. Nie należy mówić „wilczy apetyt”, bo to rzekomo „stygmatyzuje zdrową relację z jedzeniem”. Zapewne gdyby kampania potrwała trochę dłużej, ktoś zaraz wyjaśniłby nam, że „wilk w owczej skórze” jest przykładem dyskryminującej narracji wobec drapieżników, a „płakać jak bóbr” godzi w dobrostan zwierząt wodnych.
I właśnie w tym miejscu człowiek ma ochotę zapytać: czy to jest jeszcze państwo, czy już kabaret finansowany z naszych pieniędzy? I żeby było jasne nie o wilka tu chodzi. Chodzi o człowieka, język i władzę nad jego myśleniem. Najłatwiej byłoby machnąć ręką i powiedzieć: „dajcie spokój, przecież to tylko głupi mem z ministerstwa”. Tyle że to nie jest tylko mem. To jest objaw. A objawy warto czytać uważnie, bo one często mówią o chorobie więcej niż sam pacjent chciałby przyznać.
W rozmowie na łamach „Naszego Dziennika” prof. Piotr Jaroszyński zwrócił uwagę na rzecz fundamentalną: „przed ideologią trzeba bronić się wiedzą”. To zdanie warto dziś powtarzać jak refren, bo dokładnie ono trafia w sedno całej sprawy. Dlaczego? Bo ideologia nigdy nie zaczyna od wielkich deklaracji. Nie wchodzi od razu z transparentem, na którym napisano: „przebudujemy waszą kulturę, język i sposób myślenia”. Nie. Ideologia wchodzi miękko, często pod hasłem troski, wrażliwości, empatii, postępu albo edukacji. Najpierw poprawia słowa. Potem przysłowia. Potem wiersze, książki, skojarzenia, symbole. A na końcu bierze się za człowieka.
Dlatego właśnie sprawa wilków i niedźwiedzi w przysłowiach nie jest tylko śmiesznym epizodem z urzędniczego internetu. To jest kolejny odcinek większej historii: historii o tym, jak państwo, instytucje i ideologiczni wychowawcy próbują przejąć język, a przez język przejąć wyobraźnię i myślenie.
Dziś wilk, wczoraj „Murzynek Bambo”. Mechanizm jest ten sam Jeszcze niedawno w przestrzeni publicznej słyszeliśmy, że problemem jest „Murzynek Bambo” Juliana Tuwima. Nagle pojawiły się głosy, że ten wiersz jest rzekomo rasistowski, że utrwala stereotypy, że powinien zniknąć ze szkół albo przynajmniej zostać opatrzony ideologicznym komentarzem. I proszę zwrócić uwagę, jak bardzo groteskowo to brzmi, kiedy wypowie się to wprost.
Mamy więc sytuację, w której fikcyjna postać czarnoskórego chłopca z wiersza dla dzieci zostaje uznana za ofiarę dyskryminacji, a sam tekst zaczyna się traktować jak problem cywilizacyjny. Co więcej, mówimy przecież o utworze napisanym przez Juliana Tuwima — poetę żydowskiego pochodzenia, człowieka zanurzonego w polskiej kulturze, którego dziecięcy wiersz nagle postanowiono odczytywać przez filtr współczesnej, importowanej z Zachodu obsesji na punkcie „opresji zaklętej w języku”.
I właśnie tu trzeba powiedzieć jasno: nie chodzi o rzetelną analizę literatury, tylko o ideologiczne prześwietlanie kultury w poszukiwaniu winy. Zatem wczoraj „Murzynek Bambo”, dziś „człowiek człowiekowi wilkiem”, jutro zapewne przyjdzie kolej na następne przysłowia, metafory, powiedzenia i klasyczne teksty. Mechanizm pozostaje ten sam:
To już nie jest troska o kulturę. To jest tresura świadomości. Warto jednak zastanowić się nad tym, co naprawdę mówią ministerialne grafiki? Kilka perełek z urzędniczego świata
Warto zatrzymać się na chwilę przy samych przykładach, bo one mówią więcej niż najdłuższa analiza.
1. „Człowiek człowiekowi wilkiem” – Ministerialna grafika poucza, że nie należy tak mówić, ponieważ takie stwierdzenie „obarcza wilki odpowiedzialnością za ludzkie zachowania”. Przeczytajmy to jeszcze raz powoli: przysłowie ma być problemem, bo wilk został niesłusznie obarczony winą za grzechy człowieka.
Naprawdę? To jest poziom refleksji, do którego doszły dziś państwowe instytucje? Czy ktoś tam naprawdę uznał, że Polacy, używając metafory, prowadzą moralny atak na populację wilków?
2. „Wilczy apetyt” –Tu robi się jeszcze ciekawiej. Dowiadujemy się bowiem, że takie wyrażenie to „stygmatyzowanie zdrowej relacji z jedzeniem”. Zatem od dziś nie mamy już po prostu do czynienia z apetytem, łakomstwem czy obrazowym językiem, ale z obszarem psychologiczno-żywieniowej opresji, w której ofiarą okazuje się… wilk i nasze relacje z jedzeniem. Trzeba przyznać: gdyby Bareja żył, miałby gotowy scenariusz.
3. Co dalej? Skoro poszliśmy tą drogą, to czemu się zatrzymywać? Przecież konsekwencja wymagałaby, żeby państwo zabrało się także za:
Śmieszne? Owszem. Ale tylko do momentu, w którym uświadomimy sobie, że to nie jest żart z kabaretu, tylko język realnych instytucji publicznych.
Kto przejmuje język, ten przejmuje myślenie Nie wolno się dać zwieść temu, że sprawa brzmi komicznie. Groteska bywa bardzo użytecznym narzędziem ideologii. Właśnie dlatego, że człowiek śmieje się na początku, a dopiero później odkrywa, że pod płaszczykiem śmieszności przemycono coś znacznie poważniejszego.
Bo o co chodzi w gruncie rzeczy? O to, by człowiek zaczął bać się własnego języka. Żeby zanim coś powie, zastanawiał się, czy nie narusza jakiegoś nowego kodu wrażliwości. Żeby przestał mówić spontanicznie, naturalnie, zgodnie z kulturą, w której wyrósł, a zaczął mówić tak, jak życzą sobie tego urzędnicy, aktywiści i ideologiczni pedagodzy.
To jest bardzo stary mechanizm. Najpierw zmienia się słowa, potem pojęcia, potem obrazy, a na końcu samego człowieka. Jeśli bowiem uda się wmówić społeczeństwu, że jego język jest z gruntu podejrzany, że jego przysłowia są opresyjne, że jego literatura wymaga nieustannej korekty moralnej, to bardzo łatwo będzie później wmówić mu także, że jego tradycja, religia, kultura i antropologia również są problemem.
Żeby była jasność: człowiek powinien troszczyć się o stworzenie. Chrześcijaństwo nigdy nie dawało człowiekowi prawa do barbarzyństwa wobec zwierząt czy przyrody. Zwierzę nie jest rzeczą do bezmyślnego maltretowania. Świat stworzony nie jest śmietnikiem. O przyrodę trzeba dbać. O zwierzęta trzeba dbać. Nad światem trzeba sprawować odpowiedzialne panowanie, a nie bezmyślną dewastację.
Ale z tego nie wynika, że: wilk staje się ofiarą przysłowia, państwo ma poprawiać frazeologię obywateli, kultura ma zostać przepisana pod dyktando nowej wrażliwości, a człowiek ma przepraszać za to, że przez wieki opisywał rzeczywistość za pomocą metafor zakorzenionych w doświadczeniu pokoleń.
I tu właśnie tu dochodzimy do sedna. Za tym wszystkim stoi określona wizja człowieka. Wizja, w której człowiek traci swój wyjątkowy status i przestaje być kimś szczególnym w porządku stworzenia. Zamiast osoby obdarzonej godnością, rozumem, sumieniem i odpowiedzialnością, otrzymujemy jedynie jeden z wielu elementów biosfery — gatunek pośród innych gatunków, byt pośród innych bytów, sprawcę szkód, konsumenta zasobów, intruza w świecie natury.

To jest właśnie to przesunięcie, które trzeba zobaczyć: od chrześcijańskiej antropologii do antyantropocentrycznej ideologii.
„Przed ideologią trzeba bronić się wiedzą.” To jedno zdanie powinno dziś wisieć nad biurkiem każdego nauczyciela, rodzica, publicysty, katechety i każdego człowieka, który nie chce oddać własnego myślenia w ręce urzędowych treserów języka. Bo czym jest ta wiedza? To nie jest zestaw internetowych ciekawostek. To nie jest kolekcja sloganów. To jest umiejętność odróżnienia rzeczywistości od narzuconej narracji. To jest zdolność zadania prostych pytań:
Prawdziwa wiedza jest dziś formą oporu. Człowiek, który wie, kim jest, skąd wyrasta jego kultura i jak działa ideologia, nie da sobie wmówić, że wilk jest ofiarą przysłowia, a człowiek problemem stworzenia. Nie mam najmniejszego problemu z tym, by rozmawiać o ochronie przyrody poważnie. Ale właśnie dlatego nie godzę się na to, by pod szyldem ochrony przyrody urządzać farsę, która ośmiesza samo pojęcie odpowiedzialności za świat stworzony.
Bo kiedy państwo zaczyna zajmować się: tym, czy wilk nie czuje się urażony przysłowiem, czy „wilczy apetyt” nie zaburza naszej relacji z jedzeniem, czy literatura dziecięca sprzed dekad nie powinna zostać poddana ideologicznemu śledztwu, to obywatel ma prawo zapytać: a kto zajmie się realnym chaosem? Kto zajmie się bezpieczeństwem? Kto zajmie się wychowaniem, edukacją, kryzysem języka, kryzysem kultury i kryzysem zdrowego rozsądku?
Bo dziś naprawdę coraz częściej wygląda to tak, jakby państwo przestało być strażnikiem porządku, a zaczęło być wychowawcą od nowych odruchów językowych. Pamiętajmy o tym, że to nie jest spór o wilka. To jest spór o człowieka. Dlatego nie dajmy się zmylić. To nie jest spór o wilka. Nie o niedźwiedzia. Nie o bobra. I nawet nie o jedno czy drugie przysłowie. To jest spór o coś znacznie większego:
Bo jeśli dziś człowiek ma przepraszać wilka za metaforę, to jutro będzie przepraszał za własną historię, własną religię, własną rodzinę, własne słowa i własną naturę.
A na to zgody być nie może.
Do tego tematu wracam szerzej również w moim podcaście, a także w audycji „Aktualności Dnia” w Radio Maryja, gdzie komentowałem całą sprawę i pokazywałem jej szerszy kontekst: wojnę o język, przebudowę kultury i próbę wychowywania obywatela przez absurd podszyty ideologią.
Jeśli więc masz dość państwa, które coraz częściej zajmuje się wszystkim, byle nie tym, czym naprawdę powinno — zapraszam do wysłuchania audycji i podcastu, a także do udostępnienia tego tekstu dalej. Bo z takich rzeczy nie wolno już tylko się śmiać. Takie rzeczy trzeba nazywać po imieniu.