Są takie momenty w historii cywilizacji, kiedy największym błędem człowieka nie jest brak wiedzy, ale brak odwagi, by nazwać rzeczy po imieniu. I właśnie w takim momencie żyjemy dzisiaj. Wokół nas trwa proces głęboki, konsekwentny i niezwykle niebezpieczny, a mimo to ogromna część ludzi nadal próbuje wmówić sobie, że chodzi jedynie o „zmieniający się świat”, „naturalny rozwój społeczeństwa”, „neutralność światopoglądową” albo „konieczność dostosowania się do nowoczesności”. Tymczasem rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. To, co obserwujemy, nie jest przypadkowym ciągiem decyzji politycznych czy kulturowych. To jest systematyczna przebudowa całego sposobu myślenia człowieka, której celem jest stworzenie świata funkcjonującego tak, jakby Boga nigdy nie było. Nie chodzi już o brutalne prześladowania religii znane z XX wieku, o zamykanie kościołów czy publiczne egzekucje kapłanów. Współczesna rewolucja stała się znacznie bardziej inteligentna. Zrozumiała, że dużo skuteczniej niż terror działa powolne rozmiękczanie sumień, ośmieszanie wiary, spychanie religii do sfery prywatnej i wychowywanie kolejnych pokoleń w przekonaniu, że człowiek nowoczesny Boga po prostu nie potrzebuje.
Pius XI widział ten proces z niezwykłą jasnością już w latach trzydziestych XX wieku, kiedy pisał encyklikę Divini Redemptoris. Dla wielu współczesnych ludzi komunizm był wtedy jedynie propozycją ekonomiczną albo politycznym eksperymentem społecznym. Papież dostrzegał jednak coś znacznie głębszego i dużo bardziej groźnego. Rozumiał, że marksizm nie jest zwykłą teorią gospodarczą, ale projektem przebudowy całej cywilizacji, którego ostatecznym celem jest wyrwanie Boga z ludzkiego serca. Dlatego pisał bez żadnych złudzeń: