Czy człowiek, który witał wkraczające do Lwowa wojska Adolfa Hitlera, a niespełna trzy lata później słał wiernopoddańcze listy do Józefa Stalina, zasługuje na to, by stać się wzorem cnót chrześcijańskich i trafić na ołtarze Kościoła katolickiego? Czy pasterz, który patrzył na krwawą rzeź swoich polskich sąsiadów i nie potrafił imiennie, kategorycznie potępić sprawców, może być bezkrytycznie nazywany „błogosławionym”?
Watykańskie korytarze od dekad milczą o sprawach wygodnych politycznie, ale bezkompromisowa historia nie milczy. Dzisiaj rozbijamy mur milczenia wokół postaci metropolity Andrzeja Szeptyckiego, człowieka, którego dziedzictwo do dziś kładzie się potężnym, głębokim cieniem na relacjach polsko-ukraińskich oraz wywołuje systematyczny kryzys wewnątrz samego Kościoła. Podczas gdy greckokatolickie elity z lwowskiej cerkwi greckokatolickiej za wszelką cenę forsują jego kult, a watykańscy urzędnicy sugerują zbliżający się koniec drogi kanonicznej, to my musimy zadać fundamentalne, bolesne pytanie: gdzie w tej grze podziała się prawda? Dlaczego przez dziesięciolecia Prymas Tysiąclecia, kardynał Stefan Wyszyński, musiał osobiście i dwukrotnie stawać na drodze tej beatyfikacji, blokując ją z pełną hierarchiczną determinacją?
Historia Europy Środkowo-Wschodniej czasów II wojny światowej nie znosi łatwych, czarno-białych klisz, ale tam, gdzie w grę wchodzi świętość, domaga się absolutnej, moralnej przejrzystości. Kiedy w czerwcu 1941 roku na ziemie Galicji Wschodniej wkraczały dywizje Wehrmachtu, w samym centrum geopolitycznego i moralnego cyklonu znalazł się metropolita lwowski Andrzej Szeptycki Andrzej Szeptycki. Polski arystokrata z rodu hrabiowskiego, mnich, a zarazem duchowy i polityczny lider ukraińskiego ruchu narodowego, stał się postacią rozdartą między dyplomatyczną lawiracją a ewangelicznym drogowskazem. Dla milionów ofiar tamtego okresu stał się jednak symbolem pasterza, który w kluczowych momentach próby przekroczył dopuszczalne granice moralnego kompromisu z potworami XX wieku.
We wrześniu 1941 roku, po zajęciu Kijowa przez armię niemiecką, Szeptycki decyduje się na krok, który do dziś budzi głębokie oburzenie moralne i stanowi najcięższy zarzut w jego dossier. Andrzej Szeptycki wysyła do Adolfa Hitlera oficjalny list gratulacyjny, w którym czytamy:
„Jako zwierzchnik Kościoła greckokatolickiego przesyłam Waszej Ekscelencji moje najszczersze gratulacje z okazji zajęcia stolicy Ukrainy, złotogłowego miasta nad Dnieprem – Kijowa… Widzimy w Panu niezwyciężonego wodza niezrównanej i sławnej Armii Niemieckiej. Sprawa zniszczenia i wykorzenienia bolszewizmu, jaką Pan, jako wódz wielkiego narodu niemieckiego przyjął za cel w tej kampanii, zjednuje Waszej Ekscelencji wdzięczność całego chrześcijańskiego świata…”
Z perspektywy elementarnej etyki te słowa brzmią porażająco. Współcześni obrońcy metropolity, próbując budować wokół niego nienaruszalną hagiografię, nieustannie zasłaniają się traumą czerwcowych dni 1941 roku. Mówią o Szeptyckim, że to metropolita trudnych czasów. Jednak krytyczni badacze i rodziny nie tylko ofiar Wołynia pytają bez ogródek: czy jakikolwiek terror, czy jakakolwiek trauma mogła usprawiedliwić publiczne, oficjalne i teologiczne legitymizowanie zbrodniarza odpowiedzialnego za masową zagładę?
Gdy złudzenia co do intencji Berlina pękły, Szeptycki opublikował w listopadzie 1942 roku swój słynny list pasterski „Nie zabijaj” w którym pisał min.:
„Ktokolwiek przelewa krew niewinną, ściąga na siebie i na swój dom przekleństwo Kaina… Człowiek, który nie boi się grzechu przeciwko życiu ludzkiemu, staje się potworem, który zatraca ludzkie oblicze.”
W tym samym czasie w podziemiach pałacu biskupiego metropolita podjął się realnej akcji ratowania lwowskich Żydów, ukrywając ich przed Gestapo. Metropolita miał również protestować przeciwko wciąganiu ukraińskiej milicji w machinę organizowanej przez Niemców zagłady. Jednak ta humanitarna karta zderza się z bolesną, trudną do racjonalnego i moralnego wytłumaczenia postawą wobec innej, równoległej tragedii – krwawego ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.
Gdy bojówki OUN-UPA pod znakiem Tryzuba, często przy czynnym wsparciu lub milczącej akceptacji lokalnego kleru greckokatolickiego, wyrzynały w pień polskich sąsiadów, głos metropolity stracił swoją potęgę. Zamiast jednoznacznego, imiennego potępienia ukraińskich szowinistów i nazwania rzezi po imieniu, Szeptycki formułował ogólne, dyplomatyczne apele o pokój, które w realiach płonących wsi brzmiały bezradnie. Dla umierających w męczarniach Polaków ten brak kategorycznego, pasterskiego veta był niczym moralne opuszczenie.
Jesień 1944 roku przyniosła kolejny, dramatyczny zwrot na wschodniej mapie wojennej. Wojska niemieckie cofały się w popłochu, a do Lwowa ponownie, z pełną bezwzględnością, wkraczała Armia Czerwona. Ciężko chory, bliski śmierci metropolita stanął przed nowym rozdaniem geopolitycznym. Zamiast jednak wybrać milczenie lub męczeński opór, zdecydował się na kolejny krok, który z perspektywy czystej polityki można nazwać cynicznym realizmem, a dla wielu historyków stanowił ostateczny upadek jego autorytetu jako niezależnego hierarchy. Szeptycki wysłał oficjalne pismo bezpośrednio na Kreml, do Józefa Stalina, w którym czytamy:
„Wielkiemu Marszałkowi, Przywódcy Państwa i Niezwyciężonemu Wodzowi Armii Czerwonej, Józefowi Wissarionowiczowi Stalinowi – pozdrowienie i pokłon!… Po wiekach rozłąki naród ukraiński jednoczy się w swoich granicach pod berłem Związku Radzieckiego. Za to wielkie dzieło jesteśmy winni wdzięczność…”
To była gra va banque, oparta na najbardziej prymitywnych, służalczych wzorcach sowieckiej propagandy. Metropolita łudził się, że tym głębokim ukłonem kupi bezpieczeństwo dla struktur swojego Kościoła i uchroni księży przed Sybirem. Historia zadrwiła z tej kalkulacji w sposób niezwykle brutalny. Szeptycki zmarł 1 listopada 1944 roku, a niespełna dwa lata później Sowieci zrealizowali swój krwawy plan bez mrugnięcia okiem. Podczas sfingowanego synodu lwowskiego w 1946 roku Cerkiew grekokatolicka została zlikwidowana i wchłonięta przez moskiewskie prawosławie. Te wiernopoddańcze hołdy sformułowane pod adresem dwóch największych, krwawych tyranów w dziejach ludzkości do dziś stanowią potężną, nienaruszalną barierę dla uznania Szeptyckiego za powszechny wzór cnót chrześcijańskich.
Gdy poddajemy krytycznej analizie skomplikowaną, polityczną i pełną lawirowania linię Andrzeja Szeptyckiego, przed oczami staje zupełnie inny, krystaliczny model postawy wobec totalitarnych systemów i fali szowinizmu. Obok lwowskiego metropolity, w Stanisławowie, działał człowiek, który kategorycznie odmówił jakichkolwiek kompromisów z duchem nienawiści – ordynariusz greckokatolicki, biskup Grzegorz Chomyszyn. Duchowny był hierarchą, który w relacjach z wiernymi i władzą na absolutnie pierwszym miejscu stawił Boga, Dekalog i czystość Ewangelii. Kochał swój ukraiński naród, ale była to miłość dojrzała, trudna i głęboko krytyczna. Chomyszyn z bezkompromisową, profetyczną jasnością potępiał rodzący się ukraiński nacjonalizm, otwarcie nazywając go „pogańską zarazą”, która niechybnie doprowadzi do degeneracji i moralnej zguby jego rodaków.
W swojej pracy „Problem ukraiński” pisał słowa, które brzmiały jak oskarżenie Biskup Grzegorz Chomyszyn wobec ukraińskich nacjonalistów:
„Ukrywać zło, usypiać naród zatrutymi narkotykami, podtrzymywać jego malignę – to straszne zabójstwo. Naród, któremu nikt nie odkrywa, albo nikt nie ma odwagi odkryć błędnej jego drogi, lub naród, który nie chce przyjąć zdrowej rady (…) – jest narodem nie do uzdrowienia.”
Biskup Chomyszyn, o czym warto pamiętać, bez wahania piętnował ugodową postawę Szeptyckiego wobec radykalnych prądów politycznych, zarzucając mu brak stanowczego i jednoznacznego odcięcia się od terrorystycznych metod OUN. Stanisławowski ordynariusz nie słał wiernopoddańczych listów pochwalnych ani do Berlina, ani do Moskwy. Gdy nadeszła próba, wybrał drogę absolutnego sprzeciwu i męczeństwa. Aresztowany przez NKWD i poddany brutalnemu, wycieńczającemu śledztwu, zmarł w szpitalu więziennym w Kijowie w grudniu 1945 roku. Został ogłoszony błogosławionym jako czysty, nieskalany symbol wierności Krzyżowi – bez politycznych układów, bez lawirowania, bez splamienia pióra hołdami dla zbrodniarzy OUN UPA.
Mimo tak potężnych i widocznych cieni na biografii metropolity Szeptyckiego, greckokatolickie elity od lat konsekwentnie forsują jego kult, dążąc do jak najszybszej beatyfikacji. Lwowska cerkiew greckokatolicka od lat uczy wiernych modlitwy za wstawiennictwem sprawiedliwego sługi Metropolity Andrzeja Szeptyckiego:
“Módlmy się, by w Trójcy Jedyny Bóg obdarzył chwałą Świętych swego sługę Sprawiedliwego Metropolitę Andrzeja Szeptyckiego, który był dobrym pasterzem powierzonego mu stada oraz orędownikiem jedności kościoła. Błagamy Cię, Panie, wysłuchaj nas i zmiłuj się nad nami”.
Papież Jan Paweł II postrzegał lwowskiego hierarchę przez pryzmat wielkich idei ekumenicznych – jako budowniczego pomostów między chrześcijańskim Wschodem a Zachodem oraz prekursora polsko-ukraińskiego pojednania. Podczas swojej historycznej pielgrzymki na Ukrainę w 2001 roku, Jan Paweł II wielokrotnie dawał wyraz swojemu głębokiemu uznaniu dla postaci metropolity, co rzymscy urzędnicy mogli odebrać jako zielone światło do przyspieszenia prac nad procesem w Watykanie.
Podnosząc kwestię beatyfikacji arcybiskupa metropolity Andrzeja Szeptyckiego, święty Jan Paweł II odniósł się do jego postaci w homilii wygłoszonej 27 czerwca 2001 roku na lwowskim hipodromie. Podczas tej mszy świętej, połączonej z beatyfikacją męczenników Kościoła greckokatolickiego, papież powiedział:
“Jak moglibyśmy nie wspomnieć dalekowzrocznej i gruntownej działalności pasterskiej Sługi Bożego, metropolity Andrzeja Szeptyckiego, którego proces beatyfikacyjny posuwa się do przodu i którego mamy nadzieję oglądać pewnego dnia w chwale świętych? Trzeba tu odnieść się do jego bohaterskiej działalności apostolskiej, jeśli chcemy zrozumieć niewytłumaczalną po ludzku płodność Kościoła greckokatolickiego na Ukrainie w ciemnych latach prześladowań“
Warto nadmienić, że o wiele wcześniej na straży prawdy historycznej, integralności ołtarzy i pamięci o dziesiątkach tysięcy bezbronnych ofiar stanął kardynał Stefan Wyszyński Krok, reagując na próby beatyfikacji metropolity Szeptyckiego. Prymas Tysiąclecia doskonale rozumiał skomplikowane realia geopolityczne. Prymas Wyszyński dwukrotnie, z pełną powagą i mocą swojego prymasowskiego urzędu, osobiście zablokował proces beatyfikacyjny Andrzeja Szeptyckiego w Rzymie. Kardynał Wyszyński zdawał sobie sprawę, że wyniesienie na ołtarze człowieka, który oficjalnie gratulował Hitlerowi i Stalinowi oraz zachował kunktatorskie milczenie w obliczu rzezi wołyńskiej, byłoby potężnym moralnym policzkiem dla ofiar i aktem rażącej niesprawiedliwości historycznej. Wyszyński stał na twardym stanowisku, że Kościół katolicki nie może ulegać naciskom politycznym ani chwilowym wymogom poprawności dyplomatycznej kosztem prawdy o realnych ludzkich czynach i zaniechaniach.
Może ktoś powie, że zawarta tutaj analiza jest zbyt krytyczna. Warto w takim miejscu dopowiedzieć, że oparta na niezbywalnych faktach analiza postaci Andrzeja Szeptyckiego nie może stać się tanią hagiografią, na jaką od lat liczą niektórzy greckokatoliccy promotorzy procesu. Ludzkie życie oraz przydatność do kultu publicznego w Kościele definiuje suma konkretnych, życiowych wyborów, a nie wypreparowane z kontekstu zasługi. Wielkości człowieka nie mierzy się jedynie chwilą śmierci czy pojedynczą chwalebną kartą. Stanowi o niej cała ścieżka, którą deptał za życia, oraz owoce, jakie po sobie pozostawił.
Listy Szeptyckiego do Hitlera i Stalina List metropolity Andrzeja Szeptyckiego do Adolfa Hitlera, a także jego przerażające w skutkach, dyplomatyczne milczenie wobec wołyńskiego ludobójstwa pozostaną na zawsze bolesnym i kompromitującym dokumentem epoki totalitaryzmów. Próba politycznego balansowania między dwoma totalitaryzmami zatarła w tym przypadku granicę między misją duszpasterską a moralną kapitulacją. Pokazuje to, jak głęboko na manowce może zejść nawet wybitny intelektualista. Warto podkreślić, że jako hierarcha opierał się na watykańskich dokumentach – czytał przecież antytotalitarne encykliki „Mit brennender Sorge” oraz „Divini Redemptoris”. Posiadał więc pełną wiedzę o naturze nazizmu i komunizmu, co czyni jego pragmatyzm jeszcze bardziej drastycznym dowodem politycznego zagubienia.
Choć obrońcy metropolity zawsze będą podnosić tarczę w postaci uratowanych Żydów w czasach Holocaustu i II wojny, to kryształowa, heroiczna i bezkompromisowa postawa biskupa Grzegorza Chomyszyna dobitnie i ostatecznie udowadnia, że istniała zupełnie inna, czysta droga chrześcijańskiego pasterza – droga, która nie wymagała żadnych układów z katami i milczenia wobec krzywdy sąsiadów.
Wyniesienie Andrzeja Szeptyckiego na ołtarze w obliczu tak porażających faktów i kontrowersji moralnych byłoby nie tylko aktem bolesnego koniunkturalizmu, ale przede wszystkim głęboką, nigdy niezagojoną raną zadaną pamięci niewinnych ofiar z Wołynia, Podola i Małopolski Wschodniej. Kościół, jeśli ma pozostać wierny swojej misji jako depozytariusz Prawdy, nie może pozwolić na relatywizację i wybielanie czynów w imię współczesnych sojuszy politycznych czy poprawności ekumenicznej. Chociaż papież Franciszek zatwierdził w 2015 roku dekret o heroiczności cnót metropolity, to sam brak ostatecznej decyzji o beatyfikacji pokazuje, że mury Watykanu wciąż napotykają na opór prawdy historycznej.
Niezłomne, twarde i argumentowane veto kardynała Stefana Wyszyńskiego do dziś pozostaje w historii Kościoła najgłośniejszym dzwonem alarmowym ku beatyfikacji metropolity Szeptyckiego. Przypomina ono z całą, proroczą mocą, że prawdziwa świętość i chrześcijańskie ołtarze nie znoszą cienia dyplomatycznej obłudy. Wymagają one rąk całkowicie wolnych od jakichkolwiek uścisków, paktów i kompromisów z ziemskim złem. Prawda o Szeptyckim, choć skomplikowana, w kontekście ołtarzy musi pozostać jednoznaczna: pasterz, który klękał przed dyktatorami i milczał wobec rzezi, nie może być stawiany jako uniwersalny wzór do naśladowania dla milionów wiernych.