Najpierw trzeba wzbudzić w człowieku poczucie winy. Potem przekonać go, że samo zadawanie pytań jest moralnie podejrzane. Następnie wystarczy już tylko wskazać mu, czego powinien się wstydzić, jakie poglądy powinien porzucić i jakie odpowiedzi przyjąć, żeby ponownie zasłużyć na miano człowieka dobrego, otwartego, wrażliwego i – oczywiście – „prawdziwie chrześcijańskiego”. Tak działa pedagogika wstydu. Nie potrzebuje rzeczowej dyskusji, ponieważ jej najskuteczniejszym narzędziem nie jest argument, lecz poczucie winy.
Sam wstyd nie jest czymś złym. Człowiek powinien umieć wstydzić się podłości, zdrady, kłamstwa, krzywdy wyrządzonej drugiemu człowiekowi i własnego grzechu. Chrześcijaństwo nigdy nie uczyło moralnej obojętności. Problem zaczyna się wtedy, gdy wstyd zostaje oderwany od konkretnego zła i wykorzystany jako narzędzie wychowywania człowieka do posłuszeństwa wobec określonej narracji. Wtedy nie słyszymy już: „zrobiłeś coś złego, nawróć się”, lecz: „jesteś zacofany, zamknięty, pozbawiony empatii, nie rozumiesz współczesnego świata, a być może nawet nie rozumiesz Ewangelii”.
To zasadnicza różnica. Zdrowe sumienie pozwala człowiekowi rozpoznać konkretny grzech, uznać winę, prosić o przebaczenie i rozpocząć od nowa. Pedagogika wstydu działa inaczej, ponieważ nie prowadzi do wolności, lecz do podporządkowania. Człowiek, któremu wystarczająco długo powtarza się, że jego przywiązanie do własnej kultury, tradycji, ojczyzny, granic, moralności czy niezmiennego nauczania Kościoła jest czymś podejrzanym, zaczyna w końcu zastanawiać się nie nad tym, czy jego poglądy są prawdziwe, lecz nad tym, co powinien powiedzieć, aby przestać być publicznie uznawanym za człowieka złego.
Właśnie dlatego można mówić o swoistej tresurze sumienia. Przekonaj człowieka, że powinien się siebie wstydzić, a po pewnym czasie sam poprosi o instrukcję, jak ma myśleć. Wytwórz w nim poczucie winy, a zacznie szukać rozgrzeszenia nie u Boga, lecz u tych, którzy najpierw tę winę w nim wyprodukowali. Mechanizm jest stary, choć język, którym się posługuje, został unowocześniony. Dawniej człowieka oskarżano o niewłaściwe pochodzenie klasowe, dzisiaj można go oskarżyć o niewystarczającą otwartość, brak inkluzywności, ksenofobię, radykalizm, fundamentalizm albo niezdolność do „towarzyszenia”.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że ten mechanizm nie zatrzymał się przed drzwiami kościołów. Wszedł do języka kościelnego, do publicystyki religijnej, a niekiedy również na ambony. Zamiast formować sumienie przez przedstawienie całej prawdy, można przecież wybrać z nauczania Kościoła tylko ten fragment, który wywoła pożądaną reakcję. Nie trzeba niczego fałszować. Wystarczy postawić kropkę odpowiednio wcześnie.
Doskonałym przykładem jest dyskusja o migrantach i uchodźcach. Ile razy słyszeliśmy, że chrześcijanin ma obowiązek przyjąć przybysza, a każdy, kto pyta o granice, bezpieczeństwo, możliwości państwa, prawo, integrację czy różnice kulturowe, powinien zrobić rachunek sumienia ze swojego chrześcijaństwa? Wystarczy zacytować pierwszą część punktu 2241 Katechizmu Kościoła Katolickiego: „Narody bogate są obowiązane przyjmować, o ile to możliwe, obcokrajowców poszukujących bezpieczeństwa i środków do życia, których nie mogą znaleźć w kraju rodzinnym”.
Tyle że Katechizm nie kończy się w tym miejscu. Dalej mówi również o prawie władz politycznych do uzależnienia korzystania z prawa do migracji od określonych warunków prawnych ze względu na dobro wspólne. Następnie przypomina obowiązki samych imigrantów, którzy powinni z wdzięcznością szanować materialne i duchowe dziedzictwo kraju przyjmującego, przestrzegać jego praw oraz uczestniczyć w ponoszeniu ciężarów życia obywatelskiego.
I właśnie tutaj pojawia się pytanie, którego nie wolno zagłuszyć moralnym szantażem: dlaczego tak często słyszymy tylko pierwszą część? Dlaczego pomoc przybyszowi przedstawia się niekiedy jako obowiązek absolutny, natomiast milczy się o dobru wspólnym, możliwościach państwa, obowiązkach przybysza i prawie wspólnoty politycznej do ochrony własnego porządku?
Pełne nauczanie Kościoła jest wymagające dla obu stron. Wzywa do pomocy człowiekowi znajdującemu się w rzeczywistej potrzebie, ale nie znosi roztropności. Wzywa do gościnności, ale nie likwiduje granic. Nakazuje szacunek wobec przybysza, ale wymaga również od przybysza szacunku wobec prawa oraz materialnego i duchowego dziedzictwa kraju, który go przyjmuje. To nie jest ksenofobia. To jest właśnie pełny tekst Katechizmu.
Jeżeli więc ktoś z całego punktu 2241 wybiera wyłącznie fragment pozwalający wzbudzić w wiernych poczucie winy, a przemilcza resztę, nie przedstawia pełnego nauczania Kościoła. Półprawda może być szczególnie skutecznym narzędziem manipulacji właśnie dlatego, że zawiera w sobie fragment prawdy.
Podobny problem widzimy w sporze wokół deklaracji Fiducia supplicans. Tutaj również trzeba odrzucić zarówno propagandowe uproszczenia, jak i próby udawania, że dokument nie powiedział niczego nowego w praktyce duszpasterskiej. Dokument potwierdza katolickie nauczanie o małżeństwie jako wyłącznym, trwałym i nierozerwalnym związku mężczyzny i kobiety oraz wyklucza tworzenie obrzędów mogących powodować pomieszanie z sakramentem małżeństwa. Jednocześnie mówi jednak wprost o możliwości spontanicznych, nieritualizowanych błogosławieństw par znajdujących się w sytuacjach nieregularnych oraz par tej samej płci.
Nie można więc uczciwie powiedzieć, że dokument „nie mówi o błogosławieniu par tej samej płci”, ponieważ mówi. Nie można również uczciwie powiedzieć, że ustanawia małżeństwa jednopłciowe albo zmienia katolicką definicję małżeństwa, ponieważ tego nie robi. Właśnie dlatego trzeba czytać dokument w całości, a nie wybierać z niego wyłącznie tego, co pasuje do jednej albo drugiej narracji.
Pozostaje jednak poważne pytanie duszpasterskie: jak zwykły wierny ma w praktyce odróżnić błogosławienie pary od błogosławienia związku tworzonego przez tę parę? Jak uniknąć zgorszenia i zamieszania, skoro sam dokument uznaje konieczność unikania takiego pomieszania? Czy wierny, który stawia te pytania, jest przeciwnikiem miłosierdzia? Czy kapłan, który obawia się niejednoznacznego komunikatu, powinien zostać zawstydzony jako człowiek „zamknięty”?
Właśnie tutaj pedagogika wstydu może ponownie zastąpić odpowiedź. Zamiast zmierzyć się z argumentem, wystarczy moralnie ocenić pytającego. Zamiast odpowiedzieć na jego wątpliwość, można zasugerować, że ma problem z drugim człowiekiem. To bardzo wygodne, ponieważ człowiek postawiony w roli oskarżonego zaczyna bronić własnej moralnej reputacji, a zasadnicze pytanie pozostaje bez odpowiedzi.
Chrześcijaństwo od początku znało jednak rozróżnienie, którego dzisiaj jakby coraz bardziej się obawiamy: człowiek nie jest swoim grzechem. Człowieka należy szanować, jego godność nie znika wskutek grzechu, a droga nawrócenia pozostaje otwarta. Właśnie dlatego Kościół może jednocześnie kochać człowieka i nie akceptować każdego jego czynu. Gdyby każda moralna ocena czynu była automatycznie odrzuceniem osoby, chrześcijańska moralność przestałaby istnieć.
Dzisiaj jednak coraz częściej próbuje się wmówić katolikom, że samo przypomnienie nauczania moralnego jest formą przemocy. Mówisz o grzechu – osądzasz. Mówisz o nawróceniu – wykluczasz. Pytasz o granice – jesteś zamknięty. Bronisz tradycyjnego nauczania – jesteś radykałem. Domagasz się pełnego cytatu z dokumentu – nie rozumiesz „ducha” współczesnego Kościoła. W ten sposób język miłosierdzia może zostać wykorzystany przeciwko prawdzie, chociaż prawdziwe miłosierdzie nigdy nie potrzebowało kłamstwa.
Podobny mechanizm pojawia się w źle rozumianym dialogu i ekumenizmie. Dialog jest potrzebny, ale nie jest dogmatem stojącym ponad prawdą. Spotkanie z drugim człowiekiem nie wymaga zawieszenia własnej tożsamości, a szacunek wobec przedstawiciela innej religii nie oznacza obowiązku udawania, że różnice doktrynalne przestały istnieć. Katolik może rozmawiać z każdym człowiekiem, ale nie musi w tym celu przestać być katolikiem.
Święty Wincenty z Lerynu pozostawił Kościołowi słynną zasadę: należy trzymać się tego, „w co wszędzie, w co zawsze, w co wszyscy wierzyli”. Nie oznacza to zatrzymania rozwoju doktryny, lecz wskazuje jego granicę: autentyczny rozwój nie może oznaczać przemiany prawdy w jej przeciwieństwo. Nie można dziś przedstawiać jako zacofania tego, co jeszcze wczoraj należało do zwyczajnego nauczania Kościoła, a następnie żądać od wiernych, aby przepraszali za swoją wierność.
Warto przypomnieć również Piusa XI i encyklikę Divini Redemptoris, w której papież pisał o komunizmie: „Komunizm jest z natury zły i nikt, kto chce ocalić cywilizację chrześcijańską, nie może z nim współpracować w żadnym przedsięwzięciu”. Kościół znał więc pojęcie granicy. Wiedział, że dialog nie może oznaczać intelektualnej kapitulacji i że istnieją ideologie, wobec których chrześcijanin nie może zachowywać się tak, jakby prawda i fałsz były równorzędnymi propozycjami.
Nie oznacza to oczywiście, że każdą współczesną ideę można automatycznie nazwać komunizmem. Byłoby to intelektualnie nieuczciwe. Nie sposób jednak nie zauważyć, że wiele współczesnych nurtów przejęło sposób myślenia oparty na konflikcie, emancypacji, przebudowie kultury, redefinicji pojęć i przedstawianiu tradycyjnego porządku jako systemu opresji. Zmienił się język, zmieniły się pola konfliktu, ale metoda zawstydzania człowieka z powodu jego przywiązania do odziedziczonego porządku okazuje się zadziwiająco trwała.
I dlatego trzeba dziś postawić pytanie: czego właściwie katolik ma się wstydzić?
Czy ma się wstydzić tego, że czyta cały Katechizm, a nie tylko zdanie wybrane przez komentatora? Czy ma się wstydzić tego, że chce pomagać potrzebującym, ale jednocześnie pamięta o dobru wspólnym, bezpieczeństwie własnej rodziny i odpowiedzialności za ojczyznę? Czy ma się wstydzić tego, że szanuje każdego człowieka, ale nie zgadza się na zmianę moralnej oceny czynów? Czy ma się wstydzić tego, że pyta, jak w praktyce odróżnić błogosławienie pary od błogosławienia związku? Czy ma się wstydzić tego, że dialog nie oznacza dla niego rezygnacji z prawdy?
A może powinniśmy zacząć wstydzić się czegoś zupełnie innego: wybiórczego cytowania dokumentów, przemilczania niewygodnych fragmentów, moralnego szantażu i zastępowania argumentów etykietami? Może powinniśmy wstydzić się sytuacji, w której człowiek wierny nauczaniu Kościoła musi nieustannie tłumaczyć się ze swojej wierności, podczas gdy człowiek domagający się zmiany tego nauczania bywa przedstawiany jako prorok nowej wrażliwości?
Najgroźniejszym skutkiem pedagogiki wstydu jest autocenzura. Człowiek ma pytanie, ale go nie zadaje, ponieważ boi się etykiety. Widzi sprzeczność, ale milczy, żeby nie zostać uznanym za radykała. Czyta dokument i dostrzega w nim coś, czego nie usłyszał w medialnym komentarzu, ale zaczyna podejrzewać własny rozum. Wtedy nie trzeba już nikogo uciszać, ponieważ człowiek nauczył się uciszać sam.
Kościół nie może wychowywać swoich wiernych do strachu przed pytaniem. Katolicyzm nie jest religią półprawd, a sumienie nie jest pilotem, którym można sterować za pomocą odpowiednio dawkowanego poczucia winy. Sumienie trzeba formować przez prawdę, rozum, wiarę i pełne nauczanie Kościoła.
Dlatego kiedy następnym razem ktoś powie ci, że jako katolik powinieneś się czegoś wstydzić, zapytaj spokojnie: dlaczego? Na podstawie jakiego dokumentu? Którego punktu? Czy przeczytaliśmy go do końca? Czy znamy również następne zdanie?
Bo czasami najważniejsza prawda zaczyna się właśnie tam, gdzie ktoś postawił kropkę zbyt wcześnie.
Masz się wstydzić? Nie. Masz szukać prawdy. Całej prawdy.