Niektóre rewolucje przychodzą z hukiem. Widać płonące barykady, przewracane pomniki, zamykane świątynie i tłumy ludzi na ulicach. Historia zna wiele takich momentów. Są jednak również rewolucje znacznie groźniejsze. Nie potrzebują ognia, karabinów ani manifestów. Nie atakują murów. Atakują umysły. Nie burzą kościołów. Sprawiają, że ludzie zaczynają inaczej patrzeć na prawdę. To właśnie dlatego największe przemiany cywilizacyjne bardzo często zaczynają się nie od polityków, lecz od filozofów. Nie od parlamentów, lecz od uniwersytetów. Nie od ustaw, lecz od idei.
Jedną z najbardziej wpływowych idei nowoczesności było przekonanie, że historia sama w sobie jest źródłem prawdy. Nie chodzi oczywiście o prostą tezę, że ludzie uczą się na błędach przeszłości. Chodzi o coś znacznie głębszego. O przekonanie, że każda kolejna epoka jest dojrzalsza od poprzedniej, że rozwój historyczny sam w sobie stanowi kryterium postępu, a to, co nowe, posiada większą wartość niż to, co stare. W takim świecie tradycja przestaje być skarbem. Staje się ciężarem. Pamięć staje się przeszkodą. Wierność zaczyna być przedstawiana jako brak odwagi do zmian.
To właśnie tutaj zaczyna się to, co wielu autorów określa mianem ukąszenia heglowskiego. Nie jest ono przyjęciem całego systemu filozoficznego Hegla. Jest przyjęciem pewnej mentalności. Mentalności, która każe patrzeć na historię jak na najwyższego sędziego. W takim myśleniu pytanie „czy to jest prawdziwe?” zostaje zastąpione pytaniem „czy to odpowiada obecnemu etapowi rozwoju?”. Nie pyta się już o zgodność z rzeczywistością. Pyta się o zgodność z kierunkiem zmian.
Konsekwencje takiego sposobu myślenia są ogromne. Jeżeli historia staje się najwyższym autorytetem, to wcześniej czy później również religia zaczyna być traktowana jako rzeczywistość podlegająca nieustannej ewolucji. Objawienie przestaje być czymś otrzymanym. Staje się materiałem do reinterpretacji. Tradycja przestaje być depozytem. Staje się punktem wyjścia do kolejnych eksperymentów. Dogmat przestaje być granicą. Staje się propozycją, którą kolejne pokolenia mogą poprawiać.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że chrześcijaństwo od samego początku opierało się na zupełnie innej logice. Apostołowie nie zostali posłani po to, aby tworzyć nową prawdę dla każdej epoki. Otrzymali zadanie strzeżenia tego, co zostało im przekazane. Święty Paweł nie pisał do Tymoteusza, aby dostosowywał Ewangelię do oczekiwań świata. Napisał jedno z najważniejszych zdań w historii Kościoła: „Strzeż depozytu”. To zdanie zawiera całą katolicką filozofię Tradycji. Depozytu się nie wymyśla. Depozytu się nie aktualizuje. Depozytu się nie negocjuje. Depozytu się strzeże.
Właśnie dlatego tak wielu papieży z niepokojem obserwowało rozwój nowoczesnych nurtów filozoficznych i teologicznych. Leon XIII dostrzegał, że świat coraz częściej próbuje budować porządek społeczny bez odniesienia do Boga i prawa naturalnego. Święty Pius X widział, jak do wnętrza teologii przenika przekonanie, że wiara musi być nieustannie dostosowywana do zmieniającej się świadomości człowieka. Nie przypadkiem nazwał modernizm „syntezą wszystkich herezji”. Nie chodziło mu o pojedynczy błąd. Chodziło o mechanizm. O sposób myślenia, który stopniowo przenosi środek ciężkości z Objawienia na doświadczenie człowieka, z prawdy na proces, z Boga na historię.
Problem nie polega na tym, że Kościół rozwija swoje rozumienie rzeczywistości. Kościół zawsze to robił. Problem zaczyna się wtedy, gdy rozwój zaczyna oznaczać zmianę tożsamości. Święty Wincenty z Lerynu już w V wieku wyjaśniał, że prawdziwy rozwój przypomina wzrost organizmu. Dziecko dojrzewa, ale pozostaje tym samym człowiekiem. Jeśli jednak przestaje być sobą, nie mówimy już o rozwoju, lecz o przemianie w coś innego. To rozróżnienie jest dziś ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.
Współczesny kryzys nie polega bowiem wyłącznie na sporach wokół konkretnych dokumentów czy decyzji. Najgłębszy problem znajduje się znacznie głębiej. Dotyczy świadomości wiernych. Coraz więcej ludzi przestaje postrzegać nauczanie Kościoła jako coś obiektywnego i trwałego. Coraz częściej traktuje się je jak stanowisko, które może zostać zmienione przez kolejne pokolenia. To właśnie jest największe zwycięstwo historycyzmu. Nie polega ono na odrzuceniu wiary. Polega na zmianie sposobu jej rozumienia.
Człowiek ukąszony przez tę mentalność nie musi odrzucać Ewangelii. Wystarczy, że zacznie postrzegać ją jako etap procesu. Nie musi negować Objawienia. Wystarczy, że uzna je za punkt wyjścia do niekończących się reinterpretacji. Nie musi atakować Kościoła. Wystarczy, że zacznie oczekiwać od niego nieustannego dostosowywania się do świata.
I właśnie dlatego największe zagrożenie dla chrześcijaństwa nie przychodzi dziś od tych, którzy otwarcie z nim walczą. Znacznie groźniejsi są ci, którzy chcą je nieustannie ulepszać. Historia pokazuje bowiem, że każda epoka, która próbowała poprawiać Ewangelię, kończyła ostatecznie na poprawianiu samego człowieka. A gdy człowiek zaczyna poprawiać prawdę objawioną przez Boga, bardzo szybko dochodzi do przekonania, że sam może zająć miejsce Boga.
Dlatego spór o ukąszenie heglowskie nie jest akademicką dyskusją o filozofii XIX wieku. Jest pytaniem o przyszłość cywilizacji chrześcijańskiej. Jest pytaniem o to, czy Kościół pozostanie strażnikiem depozytu wiary, czy stanie się jedynie kolejną instytucją podążającą za zmiennymi prądami epoki. Jest pytaniem o to, czy będziemy mierzyć historię miarą prawdy, czy też prawdę miarą historii.
Od odpowiedzi na to pytanie zależy znacznie więcej, niż wielu ludzi jest dziś gotowych przyznać.