o nie jest tylko filozoficzna metafora sprzed dwóch tysięcy lat, to nie jest akademicka gra pojęć dla zamkniętych kręgów intelektualnych. To diagnoza rzeczywistości, w której żyjemy. Świata, który rezygnuje z prawdy w imię wygody i kompromisu. Każda cywilizacja w dziejach miała moment przesilenia. Moment, w którym zamiast pytać: „czy to jest prawda?”, zaczęto pytać: „czy to jest tolerancyjne?”. I zawsze ten moment oznaczał początek końca. Upadek zaczyna się wtedy, gdy broni się nie tego, co obiektywnie słuszne, ale tego, co nikogo nie uraża.
Dietrich von Hildebrand – filozof, którego bał się Hitler, a którego Himmler chciał zamordować – opisał to z niezwykłą jasnością. Wskazywał, że miejsce kategorii prawdy i fałszu zajęło pytanie, czy dany pogląd jest aktualny, modny, czy przestarzały. To jest największe zwycięstwo relatywizmu i pragmatyzmu nad rozumem. Gdy prawda traci znaczenie, zostaje tylko moda. A moda nie zbawia – moda zabija.
Hildebrand wiedział, że sumienia nie wolno chować do kieszeni. Niemcy lat trzydziestych, w imię wygodnego „spokoju”, tolerowały narodowy socjalizm. Milczały wobec ideologii, bo tak było łatwiej. A gdy obudziły się w świecie obozów koncentracyjnych i pieców krematoryjnych, było już za późno. Historia boleśnie pokazuje, że milczenie wobec zła jest zgodą na zło. To samo dzieje się dzisiaj. W imię tolerancji knebluje się tych, którzy mają odwagę powiedzieć: małżeństwo jest związkiem mężczyzny i kobiety, aborcja jest zabójstwem, a Europa bez Chrystusa przestaje być Europą.
Widzimy to na każdym kroku. W imię tolerancji odbiera się dzieci rodzicom, w imię tolerancji usuwa się krzyże ze szkół i szpitali, w imię tolerancji zmusza się lekarzy do łamania sumień, w imię tolerancji prawdę nazywa się „mową nienawiści”. Tolerancja stała się biczem na prawdę, kneblem dla sumień i fałszywym bożkiem nowej Europy. To nie jest już wartość – to narzędzie ideologicznej przemocy.
Benedykt XVI mówił o dyktaturze relatywizmu. Dziś widzimy ją w pełnej krasie. Unia Europejska, Trybunał Sprawiedliwości UE, ONZ – instytucje, które powinny strzec podstawowych wartości, zamieniły się w ośrodki dystrybucji fałszywych „praw człowieka”. Praw, które w praktyce oznaczają prawo do zabijania nienarodzonych, prawo do dekonstrukcji małżeństwa, prawo do wyrzucania Boga z życia publicznego. To nie jest tolerancja. To nowoczesny totalitaryzm – ubrany w białe rękawiczki, ale równie bezwzględny jak tyranie przeszłości.
I tu wraca ostrzeżenie Hildebranda. Największym zagrożeniem nie są tyrani, którzy krzyczą swoje kłamstwa. Największym zagrożeniem są masy, które milczą. Masy, które wolą być „tolerancyjne”, niż odważne. Bo odwaga kosztuje, wymaga wyrzeczenia i ryzyka. Ale milczenie kosztuje więcej – kosztuje utratę prawdy, wolności, a ostatecznie – człowieczeństwa.
Świat potrzebuje dziś nowych Hildebrandów. Ludzi, którzy powiedzą jasno: nie będę tolerował kłamstwa. Potrzeba odważnych, którzy zrozumieją, że prawda nie jest „aktualna” ani „nieaktualna”, lecz wieczna. Że cywilizacja, która zamienia prawdę na relatywizm, podpisuje na siebie wyrok śmierci. Że tolerancja bez prawdy jest jak narkotyk – chwilowo usypia narody, ale ostatecznie prowadzi je na skraj przepaści.
Święty Franciszek Salezy przestrzegał: „Miłość nakazuje ostrzegać zawsze głośno przed wilkiem, gdziekolwiek wdziera się on”. Dziś wilk ma imię „tolerancja”. Wchodzi do szkół, do parlamentów, do mediów, a nawet do Kościoła. A naszym obowiązkiem jest stanąć i powiedzieć: nie pozwolimy, by wilk rozszarpał prawdę.
Arystoteles miał rację, gdy mówił o obiektywności prawdy. Hildebrand miał rację, gdy bronił sumienia w obliczu nazizmu. Benedykt XVI miał rację, gdy ostrzegał przed dyktaturą relatywizmu. Teraz my musimy pokazać, że nie damy się uśpić. Bo jeśli poddamy się w imię fałszywej tolerancji, obudzimy się w świecie, w którym wolno wszystko – oprócz mówienia prawdy.