Kościół w Niemczech przeżywa dziś coś, czego nie da się już nazwać jedynie „trudnym momentem”, „spadkiem praktyk religijnych” ani „przejściowym kryzysem wiary”, ponieważ liczby, fakty i realne procesy, które obserwujemy, układają się w obraz znacznie poważniejszy, obraz, który przypomina raczej systemowe załamanie niż chwilowe zachwianie, i to załamanie nie dotyczy jednego obszaru życia Kościoła, lecz dotyka wszystkiego jednocześnie – od życia sakramentalnego, przez powołania, aż po samą tożsamość i sposób rozumienia tego, czym Kościół ma jeszcze być w świecie, który coraz wyraźniej przestaje go potrzebować, a w wielu miejscach wręcz przestaje go rozumieć.
Setki tysięcy ludzi odchodzą każdego roku, i nie są to pojedyncze przypadki ani marginalne statystyki, lecz zjawisko masowe, które ma swoją dynamikę, swoją skalę i swoje konsekwencje, ponieważ za każdą liczbą kryje się konkretna historia człowieka, który jeszcze niedawno był częścią wspólnoty, a dziś podejmuje decyzję o odejściu, często formalnym, często świadomym, często definitywnym, i równocześnie widzimy, że liczba chrztów spada, liczba małżeństw sakramentalnych maleje, a powołania kapłańskie zbliżają się do poziomu, który w wielu diecezjach można już określić jako dramatyczny, ponieważ nie chodzi tylko o to, że jest ich mniej, lecz o to, że w niektórych miejscach praktycznie przestają istnieć, co oznacza, że w perspektywie kilkunastu czy kilkudziesięciu lat nie będzie miał kto sprawować sakramentów, nie będzie miał kto głosić, nie będzie miał kto prowadzić wspólnoty.
I w tym właśnie kontekście pojawia się tak zwana niemiecka Droga Synodalna, która miała być odpowiedzią na kryzys, próbą jego zrozumienia, diagnozy i znalezienia wyjścia, ale dla bardzo wielu obserwatorów – zarówno w Niemczech, jak i poza nimi – stała się raczej symbolem jeszcze większego zamętu, ponieważ zamiast powrotu do fundamentów coraz częściej widzimy propozycje, które polegają na dostosowywaniu Kościoła do świata, na redefinicji jego nauczania, na przesuwaniu granic, które przez wieki były uznawane za nienaruszalne, i to rodzi pytanie, którego nie da się już uniknąć: czy naprawdę można wyjść z kryzysu, pogłębiając jego przyczyny?
Bo jeśli przyjrzymy się temu spokojnie, bez emocjonalnych skrótów i bez ideologicznych filtrów, zobaczymy pewną zależność, która powtarza się w historii: tam, gdzie Kościół zaczyna upodabniać się do świata, bardzo często traci swoją tożsamość, a wraz z nią traci zdolność przyciągania ludzi, ponieważ jeśli przestaje mówić coś innego niż świat, jeśli przestaje stawiać wymagania, jeśli przestaje być znakiem sprzeciwu, to przestaje być potrzebny, bo świat nie potrzebuje kopii samego siebie, lecz potrzebuje czegoś, co go przekracza, co daje sens, co wskazuje kierunek, którego sam z siebie nie jest w stanie wyznaczyć.
W tym sensie niemiecki kryzys nie jest tylko lokalnym problemem jednego kraju ani specyfiką określonego kontekstu kulturowego, lecz jest pewnego rodzaju laboratorium, w którym widać procesy, które mogą w przyszłości dotknąć cały Zachód, ponieważ Niemcy są jednym z najbardziej rozwiniętych, zamożnych i zorganizowanych krajów Europy, a jeśli właśnie tam Kościół przeżywa tak głęboki kryzys, to znaczy, że nie chodzi tylko o czynniki ekonomiczne czy społeczne, lecz o coś znacznie głębszego – o kryzys wiary, o kryzys tożsamości, o kryzys rozumienia tego, czym Kościół jest i po co istnieje.
Nie jest przypadkiem, że w tej sprawie pojawiają się tak mocne ostrzeżenia ze strony Watykanu i przedstawicieli Kościoła powszechnego, ponieważ dostrzega się realne ryzyko, że pewne propozycje, które pojawiają się w ramach Drogi Synodalnej, mogą prowadzić do rozbicia jedności, do powstania Kościoła, który będzie funkcjonował według własnych zasad, oderwanych od Tradycji i nauczania, a to z kolei rodzi pytanie nie tylko o przyszłość Kościoła w Niemczech, ale o przyszłość jedności Kościoła jako takiego, ponieważ jeśli każda lokalna wspólnota zacznie definiować swoją tożsamość na nowo, według własnych kryteriów, to w pewnym momencie przestaniemy mówić o jednym Kościele, a zaczniemy mówić o wielu różnych projektach, które tylko używają tej samej nazwy.
A przecież Kościół nigdy nie był projektem, który można dowolnie modyfikować w zależności od epoki, potrzeb czy oczekiwań społecznych, lecz był rzeczywistością zakorzenioną w Objawieniu, w Tradycji i w nauczaniu, które nie jest własnością żadnego pokolenia, lecz jest dziedzictwem przekazywanym dalej, i właśnie dlatego każda próba jego radykalnej przebudowy musi budzić pytania o granice, o to, co jest jeszcze rozwojem, a co już zerwaniem.
W tym wszystkim najbardziej uderzające jest jednak to, że równolegle z próbami „modernizacji” Kościoła widzimy dalszy spadek praktyk religijnych, dalsze odchodzenie wiernych, dalszy kryzys powołań, co powinno skłaniać do refleksji, czy kierunek, który został obrany, rzeczywiście prowadzi do odnowy, czy raczej pogłębia problem, bo jeśli lekarstwo nie działa, a wręcz pogarsza stan pacjenta, to być może problem leży nie w dawce, lecz w samej diagnozie.
Dlatego to, co dzieje się dziś w Niemczech, nie może być traktowane jako temat dla wąskiej grupy specjalistów czy osób zajmujących się Kościołem na co dzień, lecz jako sygnał ostrzegawczy dla całej wspólnoty, ponieważ pokazuje, do czego może prowadzić proces, w którym wiara zostaje zredukowana do jednego z wielu elementów życia społecznego, a Kościół przestaje być miejscem spotkania z Bogiem, a zaczyna być instytucją, która próbuje znaleźć swoje miejsce w świecie, negocjując swoją tożsamość.
I właśnie dlatego najważniejsze pytanie, które wybrzmiewa w tym kontekście, nie dotyczy tylko Niemiec, lecz dotyczy każdego z nas: czy Kościół ma ratować siebie przez upodabnianie się do świata, czy przez powrót do własnej tożsamości, nawet jeśli oznacza to sprzeciw wobec dominujących trendów, nawet jeśli oznacza to niezrozumienie, nawet jeśli oznacza to trudną drogę, która nie gwarantuje natychmiastowych efektów, ale pozostaje wierna temu, czym Kościół jest od początku?
Bo być może nie patrzymy tu na zwykły kryzys administracyjny, nie na problem zarządzania czy komunikacji, lecz na moment przełomowy, w którym rozstrzyga się coś znacznie ważniejszego – czy Kościół pozostanie sobą, czy stanie się jedną z wielu instytucji, które próbują nadążyć za światem, tracąc po drodze to, co było ich największą siłą.
Jeżeli chcesz zobaczyć pełny obraz tego, co naprawdę dzieje się dziś w Kościele w Niemczech, posłuchaj tego materiału:
Bo to nie jest temat na jeden nagłówek ani jedną opinię. To jest pytanie o przyszłość Kościoła – i o to, czy będziemy mieli odwagę je sobie postawić, zanim odpowiedź narzuci sama rzeczywistość.