Nie ma dwóch krzyży. Nie ma dwóch dróg zbawienia

Są chwile, w których człowiek wierzący musi przestać oglądać się na reakcje środowisk, na poprawność relacji, na dyplomatyczny ton i na ten cały współczesny lęk przed jasnym nazwaniem rzeczy po imieniu, ponieważ jeśli nie zrobi tego właśnie wtedy, gdy rozmywa się prawda o samym centrum chrześcijaństwa, to później zostanie mu już tylko bezsilne patrzenie na to, jak z wiary robi się mgłę, z dogmatu opinię, z Objawienia propozycję, a z Jezusa Chrystusa jednego z wielu religijnych punktów odniesienia, którego należy szanować, owszem, ale już niekoniecznie wyznawać jako jedynego Pana i Zbawiciela wszystkich ludzi. I właśnie dlatego trzeba dziś powiedzieć rzecz prostą, twardą i całkowicie niepodlegającą negocjacji, a mianowicie to, że nie ma dwóch krzyży, nie ma dwóch ekonomii odkupienia, nie ma dwóch równoległych dróg zbawienia, które w różny sposób, ale równie skutecznie prowadziłyby człowieka do Boga, ponieważ jest jeden Krzyż, jedna Ofiara, jeden Pośrednik między Bogiem a ludźmi i jeden Odkupiciel świata, którym jest Jezus Chrystus, Syn Boga żywego, wcielone Słowo, Baranek zabity, ale żyjący, Pan historii i jedyna brama zbawienia.

To właśnie w tym miejscu zaczyna się cały problem naszych czasów, bo coraz częściej można odnieść wrażenie, że to, co przez wieki w Kościele było oczywiste, dziś trzeba odzyskiwać niemal słowo po słowie, zdanie po zdaniu, punkt po punkcie, jakbyśmy nie mieli już do czynienia z żywą pamięcią wiary, lecz z jakimś pospiesznie redagowanym słownikiem kompromisów, w którym każde pojęcie musi zostać najpierw zmiękczone, potem obudowane zastrzeżeniami, a na końcu wpisane w taką siatkę relacji, aby broń Boże nie zabrzmiało zbyt jednoznacznie, zbyt katolicko i zbyt wyraźnie. Tymczasem chrześcijaństwo nie zaczęło się od dialogu, tylko od wydarzenia; nie zaczęło się od wzajemnego uznania, tylko od Wcielenia; nie zaczęło się od szukania języka dla wielu tradycji, ale od wejścia Boga w historię, od Krzyża i od pustego grobu, a jeśli ten punkt wyjścia zostaje rozmyty, to wszystko inne, choćby brzmiało najbardziej elegancko, zaczyna przypominać nie rozwój, lecz ucieczkę od jasności.

Dlatego nie wolno przejść obojętnie wobec języka, który coraz częściej pojawia się w przestrzeni kościelnej, kiedy mówi się o relacji chrześcijaństwa do judaizmu, bo nie chodzi tu o szacunek, którego nikt rozsądny nie neguje, ani o odrzucenie antysemityzmu, które jest oczywistym moralnym obowiązkiem chrześcijanina, lecz o coś znacznie poważniejszego, a mianowicie o to, czy pod hasłem dialogu nie dokonuje się stopniowe przesunięcie środka ciężkości z Chrystusa na relację, z misji na ostrożność, z prawdy na wrażliwość, z głoszenia na niekończącą się pedagogikę spotkania. Kiedy bowiem zwykły wierny słyszy, że Żydzi są uczestnikami Bożego zbawienia, ale nie słyszy równie jasno, równie mocno i równie często, że wszelkie zbawienie dokonuje się wyłącznie przez Jezusa Chrystusa, wtedy rodzi się w nim nie tyle subtelna refleksja teologiczna, ile bardzo prosty, praktyczny i niebezpieczny wniosek, że być może istnieje jednak jakaś szczególna ścieżka, jakiś wyjątek, jakiś inny porządek, który nie wymaga tego samego, czego wymaga się od innych ludzi.

Właśnie tutaj trzeba wrócić do listu polskich biskupów, bo nie chodzi w nim jedynie o historyczne przypomnienie wizyty świętego Jana Pawła Drugiego w rzymskiej synagodze, lecz o pewien bardzo konkretny kierunek duszpasterski, w którym wiernym zaproponowano nie tylko pamięć o tamtym wydarzeniu, ale również bardzo praktyczny gest odwiedzenia synagogi, spotkania się z przedstawicielami judaizmu i wejścia w przestrzeń, która została przedstawiona jako ważny element współczesnego myślenia Kościoła o jego relacji do Żydów. Sam gest, rozumiany jako wyraz szacunku i kultury spotkania, nie byłby jeszcze problemem, gdyby nie został wpisany w szerszy kontekst językowy, który dla wielu katolików brzmi dziś coraz bardziej dwuznacznie, ponieważ obok słusznego przypomnienia o żydowskich korzeniach chrześcijaństwa pojawiają się sformułowania, które bez odpowiedniego dopowiedzenia zaczynają sprawiać wrażenie, jakby istniała duchowa wyjątkowość tak daleko posunięta, że niemal uniezależniona od potrzeby wyraźnego spotkania z Chrystusem.

I to nie jest problem wymyślony, ani sztucznie napompowany, ani też wzięty z emocjonalnych reakcji ludzi przewrażliwionych na punkcie dialogu, lecz bardzo realne napięcie, które rodzi się z zestawienia kilku konkretnych elementów: z jednej strony wciąż słyszymy, że Chrystus jest jedynym Zbawicielem wszystkich ludzi, z drugiej strony otrzymujemy duszpasterskie komunikaty, w których coraz mocniej eksponuje się nieodwołalność przymierza, uczestnictwo w zbawieniu i szczególną więź z judaizmem, a znacznie słabiej, ciszej i mniej jednoznacznie przypomina się, że jeśli ktokolwiek jest zbawiony, to tylko mocą Krzyża Chrystusa. Właśnie dlatego trzeba powiedzieć jasno, że problem nie polega wyłącznie na pojedynczym zdaniu, lecz na całej konstrukcji językowej, która w teorii bywa broniona jako subtelna, a w praktyce działa jak mgła, ponieważ rozmywa kontury tego, co powinno być najjaśniejsze.

W tym miejscu nie sposób pominąć dokumentu z dziesiątego grudnia dwa tysiące piętnastego roku, zatytułowanego „Bo dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne”, do którego odsyła cała ta linia myślenia i który w wielu komentarzach został potraktowany niemal jak gotowa mapa teologiczna dla współczesnego katolika próbującego zrozumieć relację Kościoła do judaizmu. Tymczasem rzecz pierwsza, którą trzeba o nim powiedzieć, brzmi następująco: nie jest to definitywne orzeczenie Magisterium, lecz dokument studyjny, przygotowany jako tekst do dalszej refleksji teologicznej, a więc nie jako zamknięta, nieodwołalna i ostateczna definicja wiary, lecz jako propozycja interpretacyjna osadzona w konkretnym momencie historii Kościoła i w konkretnej logice relacji katolicko-żydowskich. Już samo to powinno wystarczyć, by ostudzić ton tych wszystkich, którzy próbują ucinać każdą krytyczną uwagę wobec jego języka, jakby chodziło o dogmat nienaruszalny, podczas gdy sam dokument przy jego prezentacji był przedstawiany jako materiał teologiczny do pogłębienia dyskusji, a nie jako ostatnie słowo Kościoła.

Ale na tym nie koniec, bo drugi element, o którym mówi się zdecydowanie za mało, dotyczy samego sposobu powstawania tego tekstu. Podczas jego prezentacji wyraźnie zaznaczano, że dokument został przygotowany nie tylko w oparciu o twierdzenia wiary katolickiej i nie tylko w ścisłej współpracy z instytucjami watykańskimi, lecz także z uwzględnieniem konsultacji żydowskich, aby sprawdzić, czy kwestie dotyczące judaizmu zostały przedstawione w sposób, który druga strona dialogu uzna za właściwy. Nie trzeba z tego robić sensacyjnego oskarżenia, bo samo konsultowanie tekstów dialogicznych z partnerem dialogu nie jest niczym niezwykłym, ale trzeba mieć odwagę powiedzieć to do końca: taki dokument nie powstaje wyłącznie w logice klasycznego wykładu doktryny, lecz także w logice relacyjnej, a to oznacza, że jego język z definicji będzie bardziej ostrożny, bardziej miękki, bardziej uwrażliwiony na odbiór drugiej strony, a przez to mniej jednoznaczny niż tradycyjny język teologii katolickiej.

Właśnie tutaj pojawia się pytanie najważniejsze, bo skoro dokument tej rangi i tego rodzaju powstaje w takiej logice, to czy można potem bez wyraźnych zastrzeżeń podawać jego najbardziej drażliwe sformułowania zwykłym wiernym, jakby były prostym i oczywistym przedłużeniem wszystkiego, czego Kościół nauczał przez wieki o zbawieniu, misji i jedyności Chrystusa. To pytanie jest nie tylko zasadne, ale wręcz konieczne, bo jeśli Kościół przez dwa tysiące lat głosił, że Jezus Chrystus jest jedyną drogą do Ojca, a później pojawia się język, który bez dopowiedzeń zaczyna brzmieć tak, jakby istniała jakaś szczególna sfera zbawcza niepotrzebująca wyraźnego odniesienia do Chrystusa, to nie wystarczy powiedzieć, że to tylko kwestia interpretacji. Nie. To jest kwestia odpowiedzialności za słowo, które trafia do wiernych.

Trzeba tu jednak zachować uczciwość i powiedzieć także to, czego wielu emocjonalnych komentatorów powiedzieć nie chce, a mianowicie że sam dokument z dwa tysiące piętnastego roku nie ustanawia dwóch dróg zbawienia w sensie formalnym. Przeciwnie, zawiera zdanie bardzo mocne, że nie ma dwóch dróg prowadzących do zbawienia, ponieważ Chrystus jest Zbawicielem również Żydów. Tego nie wolno pominąć, bo inaczej krytyka zamieniłaby się w nieuczciwość. Problem polega jednak na tym, że obok tego zdania pojawiają się inne sformułowania, mówiące o uczestnictwie Żydów w Bożym zbawieniu oraz o tajemnicy sposobu, w jaki dokonuje się ono bez wyraźnego wyznania Chrystusa, a także o tym, że Kościół nie prowadzi ani nie popiera konkretnej instytucjonalnej misji skierowanej ku Żydom. I to właśnie zderzenie tych zdań tworzy napięcie, które dla teologa może być interesującym polem namysłu, ale dla zwykłego katolika staje się źródłem zamętu, bo słyszy on nie tyle całość subtelnej argumentacji, ile końcowy komunikat, który bardzo łatwo brzmi tak: istnieje jakaś wyjątkowa sytuacja, jakaś odmienna ekonomia, jakaś szczególna ścieżka.

Nie wolno też udawać, że wszystko zaczęło się dopiero w tym jednym dokumencie, bo posoborowa linia myślenia o judaizmie budowana była stopniowo i konsekwentnie. Wystarczy przypomnieć instrukcję z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego piątego roku, zatytułowaną „Żydzi i judaizm w głoszeniu Słowa Bożego i katechezie Kościoła katolickiego”, która mówiła o potrzebie wykorzenienia z umysłów wiernych resztek antysemityzmu, o szczególnej więzi Kościoła z Żydami i o potrzebie uczenia wobec nich szacunku i miłości. Wszystko to można przyjąć bez problemu, jeśli czyta się ten tekst uczciwie i w całości, ale nawet tam, gdzie ton jest pojednawczy, pozostaje wyraźna różnica między chrześcijańską a żydowską interpretacją Objawienia, bo dokument ten wcale nie unieważnia chrystologicznego centrum wiary, nie rozpuszcza chrześcijaństwa w relacyjnym pluralizmie i nie ogłasza dwóch równorzędnych odczytań tej samej prawdy. Innymi słowy, nawet dokumenty posoborowe, do których tak często się dziś odwołuje, nie dają podstaw do głoszenia wizji dwóch dróg zbawienia, a jeśli ktoś taki wniosek z nich wyciąga, to znaczy, że albo czyta je wybiórczo, albo używa ich do czegoś, czemu one formalnie nie służą.

Tymczasem rzeczywistość, która rozgrywa się wokół tych dyskusji, jest jeszcze bardziej brutalna niż język dokumentów, bo kiedy katolików w Polsce zachęca się do pielęgnowania szczególnej wrażliwości wobec judaizmu, do odwiedzania synagog i do celebrowania relacji, jednocześnie w Ziemi Świętej realni chrześcijanie zmagają się z bardzo konkretnymi problemami dotyczącymi pracy, edukacji, obecności w przestrzeni publicznej i ogólnego poczucia bezpieczeństwa swojej przyszłości. I tutaj nie potrzeba wielkich figur retorycznych, żeby dostrzec bolesny kontrast: jednych otacza się językiem nieustannej troski i pedagogiki, o drugich mówi się półgłosem, jakby ich dramat był kwestią drugorzędną, zbyt niewygodną albo zbyt mało użyteczną dla wielkiego projektu międzyreligijnego porozumienia. To właśnie ta asymetria budzi pytania, nie dlatego, że ktoś chce budować nienawiść, ale dlatego, że zwykła sprawiedliwość domaga się równej miary wrażliwości.

I właśnie w tym miejscu w całą tę układankę wchodzą słowa Benjamina Netanjahu, które dla chrześcijanina nie mogą być obojętne, bo nawet jeśli później tłumaczono je jako cytat, nawet jeśli próbowano je wygładzać kontekstem historycznym, to sam fakt zestawienia Jezusa Chrystusa z Dżingis-chanem i sugerowania, że historia uczy przewagi bezwzględnej siły nad dobrem, uderza w samą istotę chrześcijańskiego rozumienia zwycięstwa. Chrześcijaństwo nigdy nie twierdziło, że dobro wygrywa na sposób imperiów, że prawda triumfuje przez brutalność albo że świętość jest po prostu skuteczniejszą formą politycznego panowania. Przeciwnie, chrześcijaństwo od samego początku głosiło zgorszenie Krzyża, to znaczy zwycięstwo, które po ludzku wygląda jak przegrana, ale w rzeczywistości jest objawieniem mocy Boga. Jeśli więc ktoś mówi o Jezusie i Dżingis-chanie w jednej logicznej sekwencji, to chrześcijanin ma pełne prawo powiedzieć: nie, ta skala jest fałszywa, bo Chrystus nie jest konkurentem barbarzyńskich zdobywców w konkursie na skuteczność przemocy, lecz Panem życia i śmierci, który zwycięża nie przez większy terror, ale przez prawdę silniejszą od śmierci.

Dlatego dzisiaj nie wystarczy mówić ogólnie o dialogu, o historii, o wzajemnym poznaniu i o relacjach. Trzeba wrócić do pytania źródłowego: czy Kościół nadal wierzy, że Jezus Chrystus jest jedyną drogą zbawienia wszystkich ludzi. Jeśli odpowiedź brzmi tak, a tylko taka odpowiedź jest katolicka, to całe duszpasterstwo, cała katecheza, cały język dokumentów i cały sposób mówienia o judaizmie muszą być temu podporządkowane, a nie temu przeczyć, tego nie rozmywać i nie przykrywać tego taką ilością niuansów, że prawda przestaje być słyszalna. Jeżeli bowiem ktoś po lekturze listów, dokumentów i kościelnych komentarzy wychodzi z przekonaniem, że może istnieją jednak dwie równoległe drogi, to znaczy, że gdzieś po drodze zawiodła nie tylko jego interpretacja, ale także nasza zdolność do mówienia jasno.

Nie chodzi więc o to, by budować tani konflikt, wzniecać niechęć wobec Żydów czy odrzucać każdy sensowny wysiłek odrzucenia antysemityzmu, ponieważ to byłoby zarówno nieewangeliczne, jak i intelektualnie prymitywne. Chodzi o coś znacznie poważniejszego, a mianowicie o to, by pod pozorem walki z nienawiścią nie uciszać pytań teologicznych, które są całkowicie uprawnione, by pod pozorem dialogu nie przemycać języka, który rozmiękcza jedyność Chrystusa, i by pod pozorem wrażliwości nie zmieniać dogmatu w zestaw dyplomatycznych formuł. Katolik nie może nienawidzić. Ale katolik nie może też zdradzić prawdy. Katolik nie może gardzić. Ale katolik nie może również milczeć wtedy, gdy jego wiara zostaje opowiedziana w taki sposób, że przestaje przypominać wiarę Kościoła, a zaczyna przypominać religijną federację delikatnie uzgadnianych stanowisk.

Dlatego trzeba powiedzieć to jeszcze raz, spokojnie, ale z całą stanowczością, której wymaga sytuacja. Nie ma dwóch krzyży, ponieważ tylko jeden Krzyż naprawdę zbawia. Nie ma dwóch dróg zbawienia, ponieważ tylko jeden Odkupiciel pokonał grzech i śmierć. Nie ma dwóch równorzędnych ekonomii odkupienia, ponieważ tylko jeden Syn Boży stał się człowiekiem, umarł za świat i zmartwychwstał trzeciego dnia. Nie ma innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni, i nie ma drugiej bramy, obok której można by postawić Chrystusa jako jedną z opcji. Jeśli ktoś chce dziś być wierny Ewangelii, musi to zdanie odzyskać w całym jego ciężarze, pięknie i zgorszeniu, bo bez niego zostanie nam już tylko religijny język relacji, który może brzmieć łagodnie, ale nie zbawia. A chrześcijaństwo nie zostało dane po to, by dobrze brzmieć. Zostało dane po to, by prowadzić ludzi do prawdy, która kosztuje, oczyszcza, rani pychę, ale ostatecznie wyzwala.