Kto korzysta na chaosie w Kościele?

Nie ma nic bardziej niebezpiecznego dla wspólnoty niż sytuacja, w której jej członkowie przestają patrzeć w tym samym kierunku. Historia pokazuje, że wielkie cywilizacje upadały nie wtedy, gdy brakowało im pieniędzy, armii czy wpływów politycznych. Upadały wtedy, gdy traciły wspólny punkt odniesienia. Kiedy prawda przestawała być wspólna, a każdy zaczynał budować własną wersję rzeczywistości. Wówczas rozpoczynał się proces rozkładu, który z początku wydawał się niewidoczny, lecz z czasem prowadził do głębokiego kryzysu.

Dziś wielu katolików zadaje sobie pytanie, dlaczego w Kościele jest tyle napięć, sporów, wzajemnych oskarżeń i nieporozumień. Dlaczego niemal każdy temat staje się zarzewiem konfliktu. Dlaczego tak łatwo przychodzi nam ocenianie innych, a tak trudno wspólne szukanie prawdy. Jednak być może jeszcze ważniejsze jest inne pytanie: kto korzysta na tym chaosie?

Starożytni Rzymianie znali zasadę „Divide et impera” – „Dziel i rządź”. Nie była to jedynie polityczna strategia. Była to głęboka obserwacja ludzkiej natury. Ludźmi skłóconymi łatwiej kierować niż ludźmi zjednoczonymi. Wspólnota skoncentrowana na wzajemnych sporach przestaje dostrzegać zagrożenia zewnętrzne. Ludzie zajęci walką między sobą nie pilnują skarbu, który został im powierzony.

Dokładnie dlatego tak trafna pozostaje historia przywołana przez ks. Józefa Tischnera o bacy niosącym psy w worku. Gdy worek pozostawał spokojny, psy gryzły bacę. Gdy jednak baca nim potrząsał, psy zaczynały gryźć się między sobą. Baca miał spokój. W tej krótkiej opowieści zawiera się niezwykle ważna prawda o mechanizmach społecznych. Największym sukcesem tego, kto chce przejąć kontrolę nad wspólnotą, nie jest pokonanie jej z zewnątrz. Największym sukcesem jest doprowadzenie do sytuacji, w której zaczyna ona niszczyć się sama.

Patrząc na współczesny Kościół, trudno oprzeć się wrażeniu, że coraz częściej mamy do czynienia właśnie z takim zjawiskiem. Wierni dzieleni są na obozy. Jedni oskarżają drugich o zdradę Tradycji. Drudzy odpowiadają zarzutami o fundamentalizm i brak otwartości. Zamiast wspólnej refleksji nad tym, jak skuteczniej głosić Ewangelię, pojawia się niekończąca się wojna etykiet. Jedni stają się „postępowi”, inni „zacofani”. Jedni są przedstawiani jako jedyni obrońcy Kościoła, inni jako jego zagrożenie. W efekcie coraz mniej miejsca pozostaje na spokojne pytanie o to, czego naprawdę nauczał Chrystus i co przez wieki przekazywał Kościół.

Szczególnie niepokojące jest to, że chaos bardzo często zaczyna dotyczyć nie kwestii drugorzędnych, lecz samego rozumienia wiary. Coraz częściej pojawiają się próby przedstawiania doktryny jako czegoś płynnego, podlegającego ciągłym reinterpretacjom. Pojawia się przekonanie, że wszystko można na nowo negocjować, wszystko na nowo definiować i wszystko dostosowywać do oczekiwań współczesnego świata. Problem polega jednak na tym, że Kościół nie został powołany do wymyślania prawdy. Został powołany do jej przekazywania.

Dlatego św. Paweł nie pisał do Tymoteusza: „twórz nowy depozyt”. Napisał: „Strzeż dobrego depozytu”. To jedno z najważniejszych zdań Nowego Testamentu. Kościół nie jest właścicielem Objawienia. Jest jego strażnikiem. Nie może zmieniać prawdy bardziej niż bibliotekarz może zmieniać treść przechowywanych ksiąg. Może ją wyjaśniać, pogłębiać i przekazywać kolejnym pokoleniom, ale nie może jej zastąpić własnymi pomysłami.

Historia pokazuje, że każda próba osłabienia chrześcijaństwa rozpoczynała się od osłabienia pamięci. Najpierw przestawano przypominać niewygodne fragmenty Ewangelii. Następnie marginalizowano świętych przypominających o wymaganiach wiary. Potem pojawiała się reinterpretacja pojęć. Na końcu dochodziło do sytuacji, w której kolejne pokolenia nie odrzucały już prawdy – one po prostu przestawały ją znać.

To właśnie dlatego tak ważna jest dziś pamięć. Nie sentymentalizm. Nie nostalgia. Pamięć. Pamięć o tym, czego nauczał Kościół. Pamięć o świętych, którzy bronili prawdy w czasach zamętu. Pamięć o męczennikach, którzy oddawali życie za wiarę, a nie za chwilową popularność. Pamięć o tym, że chrześcijaństwo nie zaczęło się w XXI wieku i nie potrzebuje współczesnych ideologów, aby odkryć własną tożsamość.

Największym problemem nie jest dziś to, że świat nie zgadza się z chrześcijaństwem. Świat nie zgadzał się z nim od początku. Największym problemem jest sytuacja, w której sami chrześcijanie zaczynają wątpić w wartość własnego dziedzictwa. Kiedy zaczynają przepraszać za prawdy, które przez wieki były fundamentem ich wiary. Kiedy bardziej boją się opinii świata niż utraty własnej tożsamości.

Nie oznacza to oczywiście, że Kościół ma zamknąć się na dialog. Wręcz przeciwnie. Prawdziwy dialog wymaga jednak przekonania, że istnieje prawda, której warto szukać. Jeżeli prawda przestaje istnieć, pozostaje jedynie starcie opinii. Wówczas nie zwycięża ten, kto ma rację. Zwycięża ten, kto posiada większe wpływy, większe media lub głośniejszych zwolenników.

Dlatego pytanie „kto korzysta na chaosie w Kościele?” nie jest pytaniem o konkretne nazwiska. Jest pytaniem o mechanizm. Na chaosie korzysta każdy, komu przeszkadza jasne głoszenie Ewangelii. Korzysta każdy, komu zależy na osłabieniu chrześcijańskiej tożsamości. Korzysta każdy, kto wolałby widzieć Kościół zajęty samym sobą zamiast głoszeniem Chrystusa.

Największą odpowiedzią na ten chaos nie jest jednak kolejny konflikt. Nie jest nią kolejna wojna wewnętrzna. Nie jest nią agresja ani pogarda wobec ludzi myślących inaczej. Odpowiedzią jest powrót do źródeł. Do Ewangelii. Do Tradycji. Do modlitwy. Do świętych. Do katechizmu. Do prawdy, która nie zmienia się wraz z kolejnymi trendami kulturowymi.

Bo kiedy wspólnota pamięta, kim jest, bardzo trudno ją podzielić. A kiedy pamięta, do Kogo należy, żaden chaos nie jest w stanie odebrać jej przyszłości.

pakjp pakjp pakjp pakjp gadaitoto pakjp pakjp