To nie było zwykłe spotkanie dyplomatyczne. Nie była to jedynie kurtuazyjna rozmowa między przedstawicielami dwóch wspólnot religijnych ani kolejny obrazek z watykańskiego kalendarza pełnego oficjalnych wizyt, uśmiechów i symbolicznych gestów. Problem polega na tym, że dziś obrazy znaczą więcej niż tysiące dokumentów, a przeciętny wierny nie analizuje teologicznych przypisów, tylko patrzy na fotografie, relacje medialne i symbole. I właśnie dlatego wydarzenia takie jak spotkanie w Watykanie z Sarah Mullally mają znaczenie znacznie większe, niż wielu chciałoby przyznać, ponieważ dotykają samego fundamentu rozumienia Kościoła, kapłaństwa, sukcesji apostolskiej i prawdy o sakramentach.
Dla ogromnej części świata obraz jest prosty: oto „biskupka” anglikańska pojawia się w Watykanie, uczestniczy w wydarzeniach, otrzymuje uwagę mediów, funkcjonuje w przestrzeni przypominającej relacje między równorzędnymi duchownymi. I właśnie tutaj zaczyna się dramat współczesnego „ekumenizmu obrazów”, bo to, co wizualnie wygląda podobnie do katolickiej rzeczywistości, nie oznacza jeszcze, że jest nią w sensie teologicznym i sakramentalnym. Kościół katolicki od ponad stu lat naucza w tej kwestii jednoznacznie. Papież Leon XIII w dokumencie Apostolicae curae z 1896 roku orzekł jasno, że święcenia anglikańskie są „absolutnie nieważne i całkowicie bezskuteczne”. Nie częściowo wadliwe. Nie „problematyczne”. Nie „wymagające dalszego dialogu”. Nieważne.