Brzmi absurdalnie, prawda? W końcu komunizm miał być ideologią wielkich fabryk, wielkich armii, wielkich planów gospodarczych i wielkich haseł o budowie nowego świata. A jednak historia pokazuje, że totalitaryzmy najczęściej boją się nie czołgów, lecz symboli. Boją się pamięci. Boją się prawdy. Boją się ludzi, którzy nie zapomnieli, kim są.
Właśnie dlatego po krwawo stłumionym Powstaniu Węgierskim 1956 roku komunistyczne władze Węgier postanowiły zrobić coś, co dziś wydaje się wręcz groteskowe. Tokajskie wino wyprodukowane w 1956 roku zaczęto sprzedawać jako rocznik 1957. Powód? Data „1956” przypominała o wolności. Przypominała o narodowym zrywie przeciw sowieckiemu imperium. Przypominała o młodych ludziach, którzy wyszli na ulice Budapesztu z nadzieją, że ich kraj będzie mógł sam decydować o własnym losie.
Komuniści rozumieli coś, czego często nie rozumieją współcześni komentatorzy historii. Wiedzieli, że pamięć jest niebezpieczna. Wiedzieli, że naród, który pamięta swoich bohaterów, swoje zwycięstwa i swoje cierpienia, staje się trudny do zniewolenia. Dlatego walka z pamięcią była równie ważna jak walka z przeciwnikami politycznymi. Nie wystarczyło zamknąć ludzi do więzień. Nie wystarczyło cenzurować książek. Trzeba było jeszcze wymazać symbole przypominające o wolności. Nawet jeśli tym symbolem była etykieta na butelce wina.
Ta historia prowadzi nas do człowieka niezwykłego – Béli Hamvasa, jednego z najważniejszych węgierskich pisarzy, filozofów i eseistów XX wieku. Syna ewangelickiego pastora, człowieka głębokiej kultury, który przeżył dwie wojny światowe i doświadczył brutalności komunistycznego reżimu. Hamvas nie był politykiem. Nie dowodził powstaniem. Nie organizował partyjnych struktur. Był jednak kimś znacznie groźniejszym dla systemu – człowiekiem, który myślał samodzielnie.
Po przejęciu pełni władzy przez komunistów jego twórczość została objęta cenzurą. Zakazano mu publikacji. Wysiedlono go z Budapesztu. Nazwano go „elementem reakcyjnym”. Trafił do pracy przy budowie zapory wodnej na Cisie. Komunistyczni ideologowie byli przekonani, że w ten sposób usuną go z życia intelektualnego Węgier. Problem polegał na tym, że człowieka można pozbawić stanowiska, ale nie zawsze można odebrać mu wolność ducha.
Za prześladowaniami Hamvasa stał między innymi György Lukács, jeden z najważniejszych ideologów węgierskiego marksizmu. Dziś wielu historyków uważa go za jednego z ojców późniejszej „nowej lewicy” i marksizmu kulturowego. Lukács wierzył, że człowieka można przebudować za pomocą ideologii. Hamvas wierzył, że człowiek powinien odkrywać prawdę. Lukács chciał podporządkować kulturę polityce. Hamvas uważał, że kultura jest starsza od każdej partii i każdego systemu. Ich konflikt nie był zwykłym sporem filozoficznym. Był starciem dwóch wizji człowieka.
To właśnie w tym czasie Hamvas stworzył swoje najbardziej znane dzieło – „Filozofię wina”. Książkę niezwykłą. Książkę, która pozornie opowiada o winie, a w rzeczywistości jest jednym z najpiękniejszych manifestów wolności ducha napisanych w Europie Środkowej po II wojnie światowej. Już we wstępie autor pisał: „W epoce targanej kryzysami i zwątpieniami odczułem nagły przypływ współczucia dla cierpiących i zdecydowałem się w taki właśnie sposób wesprzeć ich na duchu”.
Najbardziej poruszające są jednak fragmenty dotyczące Boga. Hamvas wiedział, że cenzura nie pozwoli mu pisać wprost. Dlatego z charakterystyczną dla siebie ironią stwierdzał: „Ani razu nie będę mógł użyć słowa BÓG. Muszę go nazywać rozmaitymi innymi imionami, takimi jak na przykład pocałunek albo odrzucenie”. Trudno znaleźć bardziej przejmujący obraz rzeczywistości, w której państwo boi się jednego słowa. Bo jeśli system walczy z samym pojęciem Boga, oznacza to, że w głębi duszy nie wierzy już nawet we własną siłę.
Hamvas doskonale rozumiał, że totalitaryzm nie chce jedynie kontrolować gospodarki czy polityki. Chce kontrolować język. Chce kontrolować pamięć. Chce kontrolować sposób myślenia człowieka. Najpierw zmienia znaczenie słów. Potem zmienia historię. Następnie próbuje zmienić człowieka. Właśnie dlatego historia tokajskiego wina z 1956 roku jest tak ważna. To nie była walka o etykietę. To była walka o pamięć.
Powstanie Węgierskie z 1956 roku pokazało światu, że naród może zostać pokonany militarnie, ale nie musi zostać pokonany moralnie. Młodzi ludzie walczący na ulicach Budapesztu przeciw sowieckim czołgom nie mieli szans na zwycięstwo militarne. Mieli jednak coś, czego nie posiadały komunistyczne imperia – przekonanie, że istnieją wartości ważniejsze od własnego bezpieczeństwa.
Jednym z symboli tamtych wydarzeń stał się Imre Nagy, premier Węgier, który stanął po stronie własnego narodu. Zapłacił za to życiem. Po stłumieniu powstania został aresztowany, osądzony i stracony. Komuniści byli przekonani, że wraz z jego śmiercią umrze również pamięć o wolności. Pomyli się.
Kilka lat później francuski pisarz i filozof Albert Camus napisał słowa, które przeszły do historii: „Węgry nauczyły świat, że sumienie nie umiera”. To jedno zdanie wystarczy za cały komentarz do roku 1956. Czołgi mogą wygrać bitwę. Nie zawsze wygrywają historię.
Dziś, kiedy patrzymy na los Hamvasa, Nagya i bohaterów Budapesztu, widzimy coś niezwykle ważnego. Komuniści potrafili zmieniać etykiety na butelkach. Potrafili zakazywać książek. Potrafili zamykać ludzi do więzień. Nie potrafili jednak zmienić prawdy.
Dlatego warto wracać do tej historii. Nie tylko po to, by wspominać przeszłość. Również po to, by zrozumieć teraźniejszość. Bo każda epoka ma swoich cenzorów. Każda epoka ma swoje zakazane słowa. Każda epoka ma swoich Hamvasów i swoich Lukácsów.
Pytanie brzmi tylko: po której stronie sami chcemy stanąć.
A kiedy następnym razem ktoś powie, że symbole nie mają znaczenia, przypomnijmy sobie tokajskie wino z 1956 roku. Skoro komuniści bali się nawet rocznika na etykiecie, to znaczy, że pamięć jest potężniejsza, niż wielu chciałoby przyznać.