Są takie momenty, w których słowa „zgodnie z prawem” przestają brzmieć uspokajająco, a zaczynają budzić niepokój. Są takie chwile, w których to, co formalnie dopuszczalne, okazuje się moralnie nie do przyjęcia. I są takie sprawy, wobec których nie można pozostać obojętnym, bo milczenie staje się formą zgody. Sprawa małego Felka – opisana w „Naszym Dzienniku” w artykule redaktora Rafała Stefaniuka „Ślepi na zbrodnię” – jest właśnie jedną z tych spraw.
Nie dlatego, że porusza emocje. Nie dlatego, że dzieli opinię publiczną, ale dlatego, że dotyka samego rdzenia pytania o to, czym jest państwo, czym jest prawo i kogo tak naprawdę ma ono chronić.
Mówimy o dziecku w dziewiątym miesiącu życia płodowego. Dziecku zdolnym do narodzin. Dziecku, które – w każdej innej sytuacji – byłoby już przygotowywane do porodu, do pierwszego oddechu, do pierwszego krzyku. Tymczasem w szpitalu w Oleśnicy doszło do działania, które zakończyło jego życie. Do serca dziecka podano chlorek potasu – substancję, której jedynym celem jest zatrzymanie akcji serca. Zabieg wykonała dr Gizela Jagielska. To nie jest interpretacja ani opinia. To fakt.
Najbardziej wstrząsające w tej historii nie jest jednak samo zdarzenie – choć ono samo w sobie jest dramatem najwyższej rangi. Najbardziej wstrząsająca jest reakcja państwa. A właściwie jej brak. Prokuratura w Oleśnicy uznała, że wszystko odbyło się „zgodnie z prawem” i umorzyła postępowanie. Jednym zdaniem, jednym dokumentem, jednym podpisem zamknięto sprawę śmierci dziecka zdolnego do życia.
W tym momencie pojawia się pytanie, którego nie da się już odsunąć na bok: czy prawo może oderwać się od elementarnego poczucia sprawiedliwości i nadal pretendować do miana prawa chroniącego człowieka?
Jak miałem okazję powiedzieć w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”, trudno przejść nad taką argumentacją do porządku dziennego. I warto to zdanie powtórzyć, bo ono nie jest wyrazem emocji, lecz sprzeciwu wobec logiki, która próbuje uczynić z tragedii „zwykłą sprawę proceduralną”. Są takie decyzje, po których nie wolno wracać do codzienności. Są takie rozstrzygnięcia, które wymagają nazwania rzeczy po imieniu, nawet jeśli jest to niewygodne.
Podkreślałem również, że to jest sprawa, która wstrząsnęła całą Polską i odsłoniła patologię systemu opieki zdrowotnej. Patologię polegającą na tym, że procedura zaczyna wypierać odpowiedzialność, a język administracyjny zastępuje język sumienia. To nie jest zarzut wobec pojedynczych osób, lecz diagnoza systemowa: jeśli możliwe jest odebranie życia dziecku w dziewiątym miesiącu ciąży i uznanie tego za działanie legalne, to znaczy, że system przestał widzieć dziecko jako podmiot prawa.
Na ten aspekt zwraca uwagę także mecenas Michał Skwarczyński z Katedry Praw Człowieka i Prawa Humanitarnego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Analizując uzasadnienie decyzji prokuratury, wskazuje on na jej wewnętrzną sprzeczność. Z jednej strony przyjmuje się, że matka nie mogła być zobowiązana do konsultacji psychiatrycznej, z drugiej – uznaje się jej decyzję za wystarczającą podstawę do pozbawienia życia dziecka zdolnego do narodzin. Taka konstrukcja prawna nie tylko budzi wątpliwości, ale podważa zaufanie do instytucji, które powinny stać na straży sprawiedliwości.
W artykule redaktora Stefaniuka pojawia się także wątek interwencji europosła Grzegorza Brauna, który wraz z innymi parlamentarzystami podjął kontrolę w szpitalu w Oleśnicy. Niezależnie od ocen politycznych, sam fakt tej interwencji pokazuje jedno: decyzja prokuratury nie zamknęła sprawy w społecznej świadomości. Wręcz przeciwnie – stała się impulsem do zadawania pytań, które instytucje państwowe najwyraźniej wolałyby pominąć.
I właśnie tutaj ujawnia się szerszy wymiar tej sprawy. Sprawa Felka nie jest tylko tragedią jednej rodziny. Jest lustrem, w którym odbija się kondycja państwa. Bo państwo, które nie potrafi jasno powiedzieć, że życie dziecka zdolnego do narodzin jest wartością bezwarunkową, zaczyna niebezpiecznie dryfować w stronę logiki selekcji. Dziś decyduje się o dziecku w łonie matki. Jutro może decydować o dziecku chorym. Pojutrze o człowieku niepełnosprawnym. Historia uczy, że granice, raz przesunięte, nie zatrzymują się same.
Nie chodzi tu o ideologię. Chodzi o fundamenty. O pytanie, czy prawo ma jeszcze jakąkolwiek granicę, której nie wolno przekroczyć, nawet jeśli wszystkie procedury zostały dochowane. Bo jeśli procedura staje się ważniejsza niż życie, to przestaje być narzędziem sprawiedliwości, a zaczyna być narzędziem usprawiedliwiania zła.
Dlatego tej sprawy nie wolno zostawić w aktach. Nie wolno jej przemilczeć. Nie wolno jej zrelatywizować. Jak już mówiłem, trudno przejść nad taką argumentacją do porządku dziennego – i właśnie dlatego nie wolno tego robić. Bo przejście do porządku dziennego oznacza zgodę. A zgoda oznacza przyjęcie świata, w którym serce dziecka może przegrać z paragrafem.
Sprawa Felka pozostaje otwarta nie dlatego, że ktoś chce ją podtrzymywać, lecz dlatego, że od odpowiedzi na nią zależy, jakim państwem chcemy być. Czy państwem, które chroni najsłabszych, czy państwem, które nauczyło się nie patrzeć.
I to jest pytanie, przed którym nie uciekniemy.