Są dziś w Kościele ludzie, których próbuje się przedstawiać jako problem nie dlatego, że zdradzili Ewangelię, nie dlatego, że głoszą herezję, nie dlatego, że nawołują do buntu przeciw Chrystusowi, ale właśnie dlatego, że zbyt mocno przypominają o rzeczach jeszcze niedawno dla katolika oczywistych, a wśród tych ludzi coraz częściej pojawiają się młodzi kapłani, którzy nie godzą się na rozmywanie języka moralnego, na zamienianie prawdy w duszpasterską mgłę, na zastępowanie wezwania do nawrócenia miękkim językiem psychologicznego komfortu, i właśnie dlatego sprawa księdza Beniamina Sęktasa tak głęboko poruszyła ogromną część wiernych w Polsce, ponieważ wielu ludzi zobaczyło w niej nie historię „medialnego księdza”, jak próbowano to opisywać, ale historię człowieka sumienia, który stanął wobec procesu przebudowy świadomości katolickiej i powiedział jasno: dalej milczeć nie mogę.
To nie jest przypadek, że cała historia zaczyna się od „Fiducia Supplicans”, ponieważ właśnie ten dokument stał się dla ogromnej liczby wiernych symbolem czegoś dużo większego niż tylko sporu o formę błogosławieństw. Dla zwykłych katolików był to moment, w którym po raz pierwszy na tak wielką skalę zobaczyli próbę użycia języka, który jednocześnie zapewnia o niezmienności doktryny i równocześnie otwiera przestrzeń dla praktyki prowadzącej do całkowitego zamieszania moralnego. I właśnie dlatego ksiądz Sęktas reagował tak mocno, ponieważ rozumiał coś, czego część współczesnych duszpasterzy zdaje się już nie rozumieć albo nie chce rozumieć: człowiek prosty nie żyje przypisami, hermeneutyką i akademickimi komentarzami, lecz prostym komunikatem. Jeżeli widzi błogosławienie relacji pozostającej w sprzeczności z moralnością katolicką, to nie będzie analizował subtelnych rozróżnień między osobą a relacją, intencją a stanem moralnym, lecz pomyśli jedno: Kościół już nie mówi jasno.