Europa znów patrzy na płonące kościoły. Patrzy tak, jakby nic się nie stało. Jakby widok zgliszcz świątyni, płonącego prezbiterium, czarnego dymu wznoszącego się nad miastem był po prostu jednym z obrazów współczesności, z którą wypada się „oswoić”. A jednak dziś, w świeżym wydaniu „Naszego Dziennika”, redaktor Rafał Stefaniuk odważył się przerwać tę europejską zmowę milczenia i nazwać rzeczy po imieniu. Jego tekst – „Płoną kościoły w Europie” – to nie kolejny publicystyczny komentarz, ale dokument czasu, który właśnie przeżywamy: czasu deptania chrześcijaństwa, normalizowania przemocy wobec duchownych i zakłamywania statystyk, aby nie psuć wizerunku „nowoczesnej Europy tolerancji”.
W dzisiejszym numerze znajdziecie również kilka moich uwag w tym artykule – wśród głosów wielu ważnych osób, ekspertów, profesorów i ludzi Kościoła, którzy nie boją się mówić prawdy o sytuacji, jaka dotknęła chrześcijan w Europie Zachodniej i coraz wyraźniej dotyka także nas. Nie stawiam się obok nich, nie stawiam ponad nimi – po prostu dokładam swój głos do obrazu, który został tam rzetelnie przedstawiony: obrazu Europy, która zaczyna bać się krzyża, tak jakby krzyż przypominał o czymś, czego chciałaby już nie pamiętać.
Redaktor Stefaniuk w swoim tekście odwołuje się do najnowszego raportu Obserwatorium Nietolerancji i Dyskryminacji Chrześcijan w Europie (OIDAC Europe — wymawia się ojdak jurop), organizacji, która od lat dokumentuje to, czego wiele rządów i większość europejskich mediów nie chce widzieć. A warto wiedzieć, czym właściwie jest ta instytucja. Obserwatorium monitoruje przypadki prześladowań, profanacji, aktów nienawiści, ograniczania wolności religijnej, manipulacji prawnych oraz agresji ideologicznych wobec chrześcijan. Ale to nie jest po prostu „instytucja monitorująca”. To duchowy sejsmograf Europy, rejestrujący każde pęknięcie cywilizacji, która przecież została zbudowana na Ewangelii, rozumie, prawie rzymskim i klasycznej antropologii.
Obserwatorium publikuje roczne raporty, analizuje trendy ideologiczne, wychwytuje zmiany w prawie, które pod pozorem neutralności mają kneblować ludzi wierzących. Jeśli ktoś pyta, co to jest – odpowiadam prosto: to nie termometr, to sonar duchowy. To radar, który wykrywa wrogość, zanim jeszcze politycy zaczną o niej mówić. Dokumentuje to, co najbardziej niewygodne: że chrześcijanie stają się jedną z najbardziej atakowanych grup w Europie Zachodniej, a wolność religijna – coś, co miało być fundamentem – staje się problemem, który trzeba regulować, ucinać, ograniczać.
W raporcie opisanym dziś w gazecie padają liczby, które nie pozostawiają złudzeń. 2211 przypadków napaści, profanacji, podpaleń, ataków fizycznych i aktów nienawiści wobec chrześcijan w samym tylko 2024 roku. To nie są cyfry w tabeli. To są dramaty ludzi. To są historie duchownych, którym pluje się w twarz na ulicy. To są kaplice spalone do fundamentów. To są krzyże przewrócone w nocy. To są ołtarze oblane benzyną. To są świątynie, w których zamiast modlitwy unosi się smród dymu i spalenizny.
A przecież, jak zauważa Obserwatorium Nietolerancji i Dyskryminacji Chrześcijan w Europie, to tylko wierzchołek góry lodowej. Bo w wielu państwach statystyki są zaniżane, motywacje ukrywane, a przestępstwa klasyfikowane tak, by nie trzeba było przyznać, że chrześcijanie są grupą prześladowaną. W Niemczech — gdzie w 2024 roku miało miejsce 33 podpaleń kościołów — zbyt często unika się wpisania, że chodzi o nienawiść religijną. We Francji — ponad 770 ataków. W Wielkiej Brytanii — ponad 500. A w Polsce? Połowa duchownych doświadczyła agresji tylko dlatego, że nosi sutannę. Połowa. W kraju, który jeszcze niedawno uchodził za bezpieczną przystań chrześcijaństwa.
Najbardziej bolesne jest to, że aż 80 procent tych przypadków nie trafia na policję. Dlaczego? Bo księża – i wierni – nie wierzą, że cokolwiek się stanie. Bo sprawy są umarzane. Bo przesłuchania ciągną się miesiącami. Bo w praktyce sprawca ma więcej ochrony niż ofiara. W artykule redaktora Stefaniuka głos zabiera również wielu znawców tematu, którzy od lat ostrzegają, że wymiar sprawiedliwości w Polsce zaczyna przypominać papierowy mur – wygląda na stabilny, ale rozpada się przy pierwszym powiewie wiatru.
To wszystko prowadzi do jednego, bardzo poważnego pytania: kim jest dziś chrześcijanin w Europie roku 2025? Obywatelem drugiej kategorii? Kłopotem politycznym? Przeszkodą w budowaniu „nowej tożsamości kontynentu”? Wydaje się, że tak właśnie patrzą na nas ci, którzy mają w rękach stery mediów, instytucji i unijnych projektów społecznych.
Kiedy atakowana jest synagoga — Europa reaguje. Kiedy atakowany jest meczet — Europa reaguje. I bardzo dobrze. Ale kiedy płonie kościół? Cisza. Kiedy pobity zostaje ksiądz? Cisza. Kiedy chrześcijanie są zastraszani? Cisza. Bo chrześcijanin nie pali samochodów, nie demoluje ulic, nie wychodzi z agresją. Chrześcijanin idzie do kaplicy i modli się w ciszy. A modlitwa nie generuje tytułów w mediach. Ciszę łatwo zignorować.
Dlatego Obserwatorium Nietolerancji i Dyskryminacji Chrześcijan w Europie musi tę ciszę rozbijać. Raportami. Zdjęciami. Nagrania spalonych świątyń. Dokumentacją pobić. Listami interwencyjnymi. I dlatego „Nasz Dziennik” musi o tym pisać. A my — musimy to czytać, udostępniać i mówić o tym dalej. Nie z histerią. Z prawdą.
Właśnie z tego powodu polecam dzisiejszy numer gazety. Polecam artykuł redaktora Rafała Stefaniuka – rzetelny, mocny, odważny. Polecam nie dlatego, że znajdują się tam również moje słowa, ale dlatego, że znajdują się tam fakty, które krzyczą, a których Europa udaje, że nie słyszy. Jeśli chcecie zrozumieć, co naprawdę dzieje się z wolnością religijną chrześcijan, z kulturą europejską, z naszymi świątyniami i z bezpieczeństwem duchownych — przeczytajcie. I przekażcie dalej.
Bo jeśli dziś płoną kościoły, jutro może spłonąć coś znacznie większego: pamięć, tożsamość, fundament, który trzyma jeszcze ten kontynent w równowadze. A gdy fundament się rozsypie — dom nie zostanie długo w pionie.
To jest moment, w którym trzeba mówić. I bronić. Z odwagą. Z miłością. Z prawdą, która nie boi się ognia — nawet jeśli ten ogień trawi kościoły Europy.