Kilka dni temu miałem okazję być gościem „Aktualności dnia” w Radio Maryja. Rozmowa była spokojna, rzeczowa, ale dotyczyła spraw, które spokojne już dawno nie są. Mówiłem wprost o tym, że pod hasłami nowoczesności, inkluzywności i „dostosowywania szkoły do potrzeb ucznia” wprowadza się do polskiego systemu edukacji rozwiązania, które nie mają wiele wspólnego z realnym nauczaniem, a bardzo wiele z ideologicznym projektem przebudowy mentalności młodego pokolenia.
Od kilku lat obserwujemy wyraźną zmianę akcentów w edukacji. Zamiast koncentracji na wiedzy, wymaganiach, dyscyplinie intelektualnej i rzetelności, coraz częściej słyszymy o „dobrostanie”, „emocjach”, „bezpiecznej przestrzeni” i „rozwijaniu potencjału”. Brzmi to dobrze. Kto byłby przeciwko rozwojowi? Kto nie chce, by dziecko czuło się bezpieczne? Problem zaczyna się w momencie, gdy pod tymi hasłami rozmontowuje się fundament szkoły jako miejsca przekazywania wiedzy i formowania charakteru.
W rozmowie podkreśliłem, że szkoła nie może stać się gabinetem terapeutycznym. Nauczyciel nie jest psychoterapeutą, a klasa lekcyjna nie jest grupą wsparcia. Oczywiście, młody człowiek ma prawo do szacunku, zrozumienia i pomocy w sytuacjach kryzysowych. Ale zasadniczą misją szkoły jest nauczanie – przekazywanie wiedzy, uczenie myślenia, budowanie kompetencji. Jeżeli zaczniemy zastępować wymagania opieką emocjonalną, a kryteria ocen rozmywać w imię „nieobciążania ucznia”, to w krótkim czasie obniżymy poziom edukacji do punktu, z którego bardzo trudno będzie się podnieść.
To nie jest teoria. Wystarczy spojrzeć na wyniki egzaminów, na poziom czytania ze zrozumieniem, na umiejętność logicznego myślenia czy pisania dłuższych, spójnych tekstów. Coraz częściej słyszymy od wykładowców akademickich, że studenci pierwszego roku mają problem z elementarnymi kompetencjami. To nie wzięło się znikąd. To efekt stopniowego obniżania poprzeczki, usprawiedliwianego troską o samopoczucie.
W tym kontekście wraca sprawa nauczycielki ze Szkoły Podstawowej w Kielnie. Kontrowersje związane z usunięciem krzyża ze szkolnej sali wywołały ogólnopolską dyskusję. Decyzja komisji dyscyplinarnej o przywróceniu jej do pracy stała się symbolem głębszego problemu: pytania o to, czy szkoła ma być miejscem neutralnym aksjologicznie, czy też przestrzenią zakorzenioną w tradycji i wartościach, które przez dekady kształtowały polską tożsamość.
Nie chodzi tu wyłącznie o jeden symbol. Chodzi o kierunek zmian. Jeżeli zaczynamy usuwać z przestrzeni szkolnej znaki, które dla wielu rodzin są naturalnym elementem kultury i wychowania, to wysyłamy jasny komunikat: tradycja jest problemem, wartości są kwestią prywatną, a szkoła ma być przestrzenią „nowego porządku”. Tylko że szkoła publiczna nie funkcjonuje w próżni. Jest częścią społeczeństwa, a społeczeństwo ma swoje korzenie.
W wywiadzie zwróciłem uwagę na jeszcze jeden aspekt. Ideologiczne eksperymenty w edukacji rzadko są wprowadzane wprost. Nie mówi się: „zmieniamy fundament”. Zamiast tego pojawiają się programy pilotażowe, nowe podstawy programowe, szkolenia dla nauczycieli, materiały „rekomendowane” przez instytucje zewnętrzne. Stopniowo zmienia się język, którym opisuje się ucznia, rodzinę, autorytet. Pojęcia takie jak „wymaganie”, „odpowiedzialność” czy „hierarchia” ustępują miejsca hasłom o „partnerskiej relacji” i „samostanowieniu”.
Brzmi nowocześnie. Ale czy rzeczywiście służy to dziecku? Młody człowiek potrzebuje granic. Potrzebuje jasnych kryteriów, według których oceniana jest jego praca. Potrzebuje wiedzieć, że wysiłek ma sens, a brak wysiłku ma konsekwencje. Jeśli zamiast tego otrzyma przekaz, że wszystko jest względne, że każdy wynik jest dobry, a każda opinia ma taką samą wartość, to nie budujemy w nim siły, lecz bezradność.
Mówiłem też o odpowiedzialności państwa. System edukacji to nie jest pole do eksperymentów światopoglądowych. Każda zmiana w podstawie programowej, każda reforma strukturalna, każde nowe rozporządzenie wpływa na setki tysięcy uczniów i nauczycieli. Tu nie ma miejsca na ideologiczne mody. Potrzebna jest rozwaga, analiza skutków i uczciwa debata.
Sprawa Kielna i podobne sytuacje pokazują, że debata o edukacji nie dotyczy już tylko liczby godzin matematyki czy zakresu lektur. To spór o to, jaka ma być polska szkoła w perspektywie najbliższych dekad. Czy ma być instytucją kształcącą ludzi kompetentnych, zdolnych do samodzielnego myślenia i zakorzenionych w swojej kulturze? Czy też ma stać się przestrzenią eksperymentów, w której zamiast wiedzy promuje się określone wizje człowieka i społeczeństwa?
Nie demonizuję zmian jako takich. Edukacja musi się rozwijać. Świat się zmienia, technologie się zmieniają, metody pracy także. Ale rozwój nie może oznaczać rezygnacji z fundamentów. Jeżeli szkoła przestanie być miejscem wymagania i nauki, a stanie się wyłącznie przestrzenią „samorealizacji” bez jasnych kryteriów, to zapłacą za to uczniowie – nie dziś, nie jutro, ale za kilka, kilkanaście lat.
To nie jest alarm wywołany na potrzeby medialne. To jest realna troska o przyszłość kolejnych pokoleń. O to, czy polska szkoła będzie jeszcze w stanie kształcić ludzi zdolnych do odpowiedzialnego życia w społeczeństwie, czy też stanie się instytucją pozorną, produkującą świadectwa bez realnej treści. Dlatego zachęcam do śledzenia tej debaty, do czytania dokumentów, do rozmowy z nauczycielami i rodzicami. Edukacja to nie jest temat dla wąskiej grupy ekspertów. To sprawa każdego z nas. Bo od jakości szkoły zależy jakość przyszłej Polski.