Są momenty w historii, które nie potrzebują krzyku ani dramatycznych deklaracji, bo same w sobie są tak wymowne, że wystarczy się zatrzymać i spojrzeć, aby zrozumieć, że nie mamy do czynienia z pojedynczym wydarzeniem, ale z konsekwencją długiego procesu, który dojrzewał latami i który w końcu dochodzi do punktu, w którym nie da się już udawać, że nic się nie zmieniło.
Dwudziestego piątego marca dwa tysiące dwudziestego szóstego roku w Canterbury świat zobaczył obraz, który dla jednych był powodem do zachwytu, dla innych symbolem nowoczesności, a dla tych, którzy jeszcze próbują myśleć w kategoriach prawdy, znakiem bardzo poważnego przesunięcia, bo oto po raz pierwszy w historii tej stolicy urząd objęła kobieta, co samo w sobie nie jest tylko zmianą personalną, lecz dotyka samej natury tego, czym jest kapłaństwo, czym jest urząd i czym w ogóle jest Kościół.
Nie da się tego sprowadzić do emocji ani do prostych haseł o „czasach, które się zmieniają”, ponieważ jeśli kapłaństwo przestaje być rozumiane jako uczestnictwo w ofierze Chrystusa, jeśli przestaje być czymś otrzymanym, a zaczyna być czymś nadanym przez wspólnotę, to nie mamy do czynienia z rozwojem, lecz z zerwaniem, które zostało już dawno nazwane przez Kościół i które nie zostało nigdy cofnięte ani unieważnione.
Leon XIII powiedział to jasno i bez żadnych niedopowiedzeń, kiedy w Apostolicae Curae stwierdził, że „święcenia udzielane według rytu anglikańskiego były i są absolutnie nieważne i całkowicie bezskuteczne”, i to zdanie nie jest jednym z wielu głosów w dyskusji, lecz definitywnym rozstrzygnięciem, które zamyka pewien temat na poziomie doktrynalnym, niezależnie od tego, jak bardzo współczesny świat chciałby go ponownie otworzyć.
A jednak właśnie dziś obserwujemy coś, co budzi niepokój nie dlatego, że ktoś jest uprzejmy czy życzliwy, ale dlatego, że język zaczyna przesuwać akcenty, a wraz z tym przesunięciem zmienia się sposób myślenia ludzi, którzy coraz częściej słyszą o „wspólnym świadectwie”, o „dialogu w prawdzie i miłości” i o „wspólnym ukazywaniu Chrystusa”, nie zadając sobie już pytania, czy fundament, na którym te słowa są budowane, rzeczywiście jest wspólny.
Bo jeśli nie ma wspólnego rozumienia kapłaństwa, jeśli nie ma wspólnego rozumienia Eucharystii, jeśli nie ma wspólnego rozumienia samego Kościoła, to mówienie o wspólnym świadectwie zaczyna przypominać bardziej próbę stworzenia wrażenia jedności niż rzeczywiste jej istnienie, a to jest różnica zasadnicza, której nie da się zagadać nawet najpiękniejszym językiem.
Pius XI widział to już sto lat temu i dlatego w Mortalium Animos napisał bez żadnych kompromisów, że „jedność chrześcijan można popierać tylko przez popieranie powrotu do jedynego prawdziwego Kościoła Chrystusowego tych, którzy są od niego odłączeni”, a następnie postawił pytanie, które dziś brzmi jak ostrzeżenie skierowane wprost do naszych czasów: „czy mamy pozwolić, aby prawda stała się przedmiotem kompromisu?”
To pytanie nie jest teoretyczne ani historyczne, ponieważ ono dotyczy tego, co dzieje się na naszych oczach, kiedy zamiast mówić jasno o różnicach, zaczyna się je rozmywać, zamiast wzywać do powrotu, zaczyna się mówić o równoległych drogach, a zamiast stawiać wymagania wynikające z prawdy, zaczyna się budować przestrzeń, w której każdy może pozostać tam, gdzie jest, pod warunkiem że zachowa się odpowiedni język.
I właśnie tutaj dochodzimy do sedna, którego nie wolno przemilczeć, bo nie chodzi tylko o strukturę czy urząd, lecz o antropologię, która stoi za tym wszystkim i która ujawnia się szczególnie wyraźnie wtedy, gdy dotykamy kwestii życia, ponieważ jeśli ktoś stojący na czele wspólnoty religijnej wpisuje się w logikę świata dopuszczającego aborcję, to nie mamy do czynienia z drobną różnicą opinii, lecz z pęknięciem na poziomie najbardziej podstawowym.
Bo jeśli nie ma zgody co do tego, że życie niewinne jest nienaruszalne, to trudno mówić o wspólnym świadectwie Chrystusa, który przyszedł, aby życie dać, a nie odbierać, i w tym miejscu wszelkie piękne słowa zaczynają tracić swoją wagę, ponieważ nie są już zakorzenione w tej samej wizji dobra i prawdy.
I dlatego problem nie polega na tym, że ktoś prowadzi dialog, lecz na tym, że ten dialog zaczyna być odbierany jako wystarczający sam w sobie, bez odniesienia do tego, co Kościół zawsze uważał za konieczne, czyli do powrotu do pełni prawdy, która nie jest własnością żadnej wspólnoty, lecz została powierzona Kościołowi jako depozyt.
W tym miejscu bardzo łatwo usłyszeć uspokajające zdanie, że przecież „bramy piekielne Kościoła nie przemogą”, i to jest prawda, której nikt nie kwestionuje, ale nie wolno jej używać jako wygodnego usprawiedliwienia dla bierności, ponieważ historia pokazuje jasno, że choć Kościół jako taki przetrwa, to wielu ludzi w jego wnętrzu może się pogubić, może zostać zwiedzionych i może stracić to, co jest najważniejsze.
Bo obietnica Chrystusa dotyczy Kościoła jako całości, a nie automatycznie każdego człowieka, który przestaje rozeznawać, gdzie kończy się prawda, a zaczyna kompromis, i właśnie dlatego nie wystarczy powtarzać, że wszystko będzie dobrze, lecz trzeba jeszcze mieć odwagę powiedzieć, co jest prawdą, nawet jeśli nie jest to wygodne ani popularne.
Canterbury nie jest początkiem tej drogi, lecz jej logicznym skutkiem, widocznym znakiem tego, co dzieje się wtedy, gdy człowiek krok po kroku przesuwa granice, najpierw w imię jedności, potem w imię otwartości, a na końcu w imię samego człowieka, który zaczyna zajmować miejsce Boga.
A kiedy dochodzi się do tego punktu, historia zawsze pokazuje ten sam mechanizm: to, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia, zaczyna być przedstawiane jako coś normalnego, a to, co było normą przez wieki, zaczyna być traktowane jak przeszkoda, którą trzeba usunąć.
I wtedy właśnie nienormalność przestaje być widziana jako problem, a zaczyna uchodzić za normę.