„Świat odzyska swój prawdziwy sens, jeśli zostanie uporządkowany, jeśli każda rzecz będzie na swoim miejscu.” – Béla Hamvas
To nie jest poetycka metafora. To akt oskarżenia wobec chaosu, jaki fundują nam kolejne ideologiczne rewolucje. Tak pisał Béla Hamvas – węgierski pisarz, filozof, syn ewangelickiego pastora. Jeden z tych, którzy nie ugięli się ani pod naporem totalitaryzmów XX wieku, ani pod terrorem „postępowej” cenzury. Człowiek, który widział zbyt wiele, by milczeć. I zbyt dobrze rozumiał naturę zła, by nazywać rzeczy inaczej niż po imieniu.
Hamvas – żyjący na styku dwóch wojen światowych i komunistycznej okupacji – odważnie włączył się w próbę odbudowy demokratycznego ducha Węgier. Ale bardzo szybko stał się niewygodny. Niewygodny dla tych, którzy nie znoszą ludzi myślących samodzielnie. Dla tych, którzy wolą święty spokój od świętej prawdy.
I tu pojawia się on – György Lukács. Ojciec chrzestny marksizmu kulturowego, patron całej tej późniejszej „nowej lewicy”, której mutacje do dziś infekują szkoły, uniwersytety i media. To właśnie Lukács uznał Hamvasa za „element reakcyjny”, kazał wyrzucić go z Budapesztu, objął cenzurą i zakazem publikacji. Przypieczętował wszystko klasyczną formułą marksistowskiej logiki: „Kto nie jest z nami, jest przeciwko nam”. Dzisiaj ten sam schemat działa pod inną nazwą – „mowa nienawiści”, „wykluczające narracje”, „brak inkluzywności”. Ale mechanizm pozostał ten sam: ucisz. Zdelegalizuj. Wymaż.
Hamvas, wyrzucony z przestrzeni intelektualnej, został wysłany do… budowy tamy na Cisie. Bo komunizm nie potrzebuje myślicieli – potrzebuje robotników. I to najlepiej tych „reedukowanych”. Dostał dziesiątki upomnień za czytanie „niewłaściwej literatury”. Dziś miałby zablokowane konto, „fact-checki” na każdym cytacie i bana na YouTube’a. Wtedy – musiał zamienić słowo „Bóg” na „pocałunek” albo „odrzucenie”. Bo taka była cena przetrwania. Ale nawet wtedy się nie ugiął.
W 1945 roku, w Berény nad Balatonem, napisał dzieło niezwykłe – „Filozofię wina”. W świecie spustoszonym przez ideologie, Hamvas – świadomie i prowokacyjnie – postawił na coś, co od wieków symbolizowało radość, świętość, wspólnotę. Wino. Nie jako trunek. Jako metafizyczny znak sprzeciwu wobec terroru rozumu bez duszy.
Już na wstępie pisał: „W epoce targanej kryzysami i zwątpieniami odczułem nagły przypływ współczucia dla cierpiących i zdecydowałem się w taki właśnie sposób wesprzeć ich na duchu.” Ale za tym współczuciem kryła się żelazna logika myślenia, która rozbrajała marksizm jak beczkę niskiej jakości kwasu winnego.
W czasach, gdy nawet słowo „Bóg” było zakazane, Hamvas z ironią pisał: „Muszę Go nazywać rozmaitymi innymi imionami, takimi jak pocałunek albo odrzucenie.” Wiedział, że ateiści najbardziej boją się tego, czego nie potrafią objąć swą ideologiczną pałką. Boga. Wolności. Smaku życia.
I choć Lukács chciał go uciszyć, wymazać, wykastrować z życia publicznego – Hamvas przetrwał. Przetrwał, bo miał rację. I miał odwagę ją wypowiedzieć.
Dziś jego zdanie „Ostatecznie pozostaną dwie istoty – Bóg i wino” brzmi jak wyrok na świat, który chce zostawić tylko Netflixa i klikalność.
Warto tu przypomnieć jeszcze jeden symboliczny epizod: Tokaj, 1956 rok. W czasie, gdy na ulicach Węgier ginęli ludzie, gdy młodzież walczyła z czołgami sowieckimi, w winnicach trwały żniwa. Rok był wyjątkowo obfity. Ale komunistyczna wierchuszka, przestraszona tym, że rocznik ’56 kojarzyć się będzie z wolnością, postanowiła zmienić etykietki. Zgodnie z partyjnym dekretowaniem rzeczywistości, wino z 1956 sprzedawano jako rocznik 1957.
Ot, mały detal. Tak jak dziś – zamienia się „mężczyznę” na „osobę z prostatą”, „prawdę” na „narrację”, „krzyż” na „symbol wykluczenia”. Nic nowego pod słońcem.
Ale Hamvas ich wszystkich przechytrzył. Nabił komunistów w butelkę – dosłownie i w przenośni. Bo jego myśl przetrwała. A ich propaganda zlała się z historią jak niedobre, kwaśne wino.
Dziś znów wracają tamte czasy. Znów mówi się nam, że pewnych słów nie wypada wypowiadać. Że „trzeba być bardziej inkluzywnym”, że „wiara to sprawa prywatna”, że „wartości to konstrukty społeczne”. Znów być może będziemy musieli nazywać Boga „pocałunkiem”. Ale właśnie dlatego trzeba dziś sięgnąć po „Filozofię wina”, zanim wszystko, co istotne, zostanie zapieczętowane nową cenzurą – tą z tęczową naklejką i hasztagiem w tle.
Bo Hamvas to nie tylko przeszłość. To ostrzeżenie przed przyszłością, która już się zaczęła.