Niektóre rewolucje przychodzą z hukiem wystrzałów, płonącymi barykadami i tłumami na ulicach. Inne wchodzą do miast bez jednego wystrzału, bez sztandarów i bez armii. Nie niszczą murów, ponieważ wiedzą, że znacznie skuteczniej jest zmienić znaczenie słów zapisanych na murach. Nie burzą świątyń, ponieważ rozumieją, że łatwiej jest zmienić sposób myślenia ludzi modlących się w ich wnętrzu.
Właśnie dlatego największe przemiany naszych czasów nie dokonują się na placach rewolucji. Dokonują się w języku. Dokonują się w kulturze. Dokonują się w sposobie interpretowania rzeczywistości. Człowiek XXI wieku rzadko słyszy dziś otwarte wezwanie do odrzucenia chrześcijaństwa. Znacznie częściej słyszy propozycję jego „aktualizacji”, „dostosowania”, „uwspółcześnienia” lub „nowego odczytania”. Mechanizm jest subtelny. Zostawia się te same nazwy, te same symbole i te same instytucje, ale stopniowo zmienia się ich treść.
Dlatego warto wrócić do człowieka, którego nazwisko większość katolików zna słabo, choć skutki jego myśli obserwujemy każdego dnia. Antonio Gramsci (czytaj: Antoniо Gramszi) nie był generałem. Nie dowodził armiami. Nie organizował powstań. A jednak wielu historyków uważa go za jednego z najskuteczniejszych rewolucjonistów XX wieku.
Gramsci zrozumiał coś, czego nie rozumieli wcześniejsi marksiści. Dostrzegł, że Zachód nie zostanie zdobyty przez karabin. Zachód zostanie zdobyty przez kulturę. Rodzina, szkoła, uniwersytet, media i religia stanowiły jego zdaniem fundament cywilizacji, dlatego właśnie tam należało skierować główny wysiłek rewolucyjny.
Nie ukrywał swoich zamiarów. Pisał wprost:
„Nasza doktryna nie jest doktryną zbuntowanych niewolników, jest to doktryna władców, którzy w codziennym trudzie przygotowują broń, by zapanować nad światem”.
To zdanie warto przeczytać kilka razy. Nie ma w nim mowy o wolności. Nie ma w nim mowy o pluralizmie. Nie ma w nim mowy o współistnieniu różnych poglądów. Jest natomiast mowa o panowaniu. Jest mowa o zdobywaniu wpływu. Jest mowa o hegemonii kulturowej.
Współczesny człowiek bardzo często nie dostrzega tego mechanizmu, ponieważ przyzwyczajono go do myślenia, że walka o władzę odbywa się wyłącznie w parlamentach. Tymczasem prawdziwa walka o władzę odbywa się wcześniej. Toczy się o definicje. Toczy się o język. Toczy się o odpowiedź na pytanie, co jest dobrem, a co złem, co jest normalnością, a co odchyleniem, co jest prawdą, a co jedynie opinią.
Gramsci wiedział, że kto kontroluje język, ten kontroluje myślenie. Dlatego pisał:
„Należy niezmordowanie powtarzać własne argumenty… powtarzanie jest bowiem środkiem dydaktycznym, działającym najskuteczniej na umysłowość ludu”.
Czy nie brzmi to znajomo?
Przez dziesięciolecia słyszymy te same hasła. Nieustannie powtarza się, że każda norma jest opresją, każda granica jest wykluczeniem, każda trwała prawda jest zagrożeniem dla wolności, a każda próba obrony niezmiennych zasad jest przejawem fanatyzmu. Hasła te są powtarzane przez polityków, celebrytów, media, uniwersytety i organizacje międzynarodowe tak długo, aż przestają być postrzegane jako opinie. Zaczynają funkcjonować jako oczywistości.
Roger Scruton dostrzegał ten proces z niezwykłą przenikliwością. Pisał, że żaden intelektualista „nie może ignorować zmian, które naszemu życiu umysłowemu narzucili pisarze i działacze lewicy”. Nie chodziło mu o zwykły spór polityczny. Chodziło o przebudowę całego krajobrazu moralnego Zachodu.
Scruton przypominał również coś jeszcze ważniejszego. W książce „Kultura jest ważna” napisał, że każda kultura wyrasta z religijnego korzenia i że właśnie z tego korzenia „żywica wiedzy moralnej rozchodzi się na wszystkie gałęzie myślenia i sztuki”.
To zdanie jest kluczem do zrozumienia współczesności. Jeżeli ktoś chce zmienić cywilizację, nie musi od razu atakować wszystkich jej instytucji. Wystarczy, że osłabi korzeń. Drzewo przez pewien czas będzie jeszcze wyglądało zdrowo. Będą liście. Będą gałęzie. Będą owoce przypominające dawne owoce. Jednak proces obumierania już się rozpoczął.
Właśnie dlatego niepokój budzi dziś nie tyle atak zewnętrzny na Kościół, ile coraz częściej obserwowana zmiana jego języka. Człowiek słyszy dziś niekiedy więcej o klimacie niż o zbawieniu. Więcej o strukturach społecznych niż o grzechu. Więcej o procesach niż o prawdzie. Więcej o integracji niż o nawróceniu.
Nie chodzi o to, że problemy społeczne są nieważne. Kościół od wieków zajmował się ubogimi, cierpiącymi i wykluczonymi. Problem pojawia się wtedy, gdy środek zaczyna zastępować cel. Gdy troska o świat doczesny przesłania rzeczywistość wieczną. Gdy człowiek odnosi wrażenie, że zbawienie duszy staje się jedynie jednym z wielu tematów, a nie centrum całego przesłania.
To właśnie dlatego św. Pius X już na początku XX wieku bił na alarm. W encyklice „Pascendi Dominici Gregis” nie pisał o przeciwnikach stojących przed bramami Kościoła. Ostrzegał przed ludźmi działającymi wewnątrz jego struktur. Ostrzegał przed tymi, którzy zachowując zewnętrzną formę katolicyzmu, stopniowo zmieniają jego treść.
To ostrzeżenie brzmi dziś niezwykle aktualnie. Bo być może największym zagrożeniem dla Kościoła nie jest człowiek, który otwarcie mówi, że nie wierzy. Znacznie większym zagrożeniem może być człowiek, który nadal używa słów „wiara”, „Kościół”, „Ewangelia” i „miłosierdzie”, ale nadaje im znaczenie coraz bardziej odległe od tego, które rozumiały pod nimi wcześniejsze pokolenia chrześcijan.
Rewolucja nie zawsze przychodzi z pochodnią. Czasem przychodzi z nowym słownikiem. Czasem przychodzi z nową interpretacją. A czasem przychodzi pod sklepienie świątyni.
Jeżeli jednak ktoś uważa, że są to jedynie rozważania teoretyczne, warto spojrzeć na historię XX wieku. Właśnie tam znajdziemy wydarzenia, które dla jednych stanowią ostrzeżenie, dla innych niewygodne świadectwo, a dla jeszcze innych temat, którego woleliby nigdy nie poruszać.
Wśród nich znajduje się historia Belli Dodd, kobiety, która przez lata należała do ścisłego kierownictwa amerykańskiej partii komunistycznej. Nie była szeregowym działaczem. Nie była przypadkowym sympatykiem. Była osobą znajdującą się blisko centrum decyzyjnego. Po swoim nawróceniu zaczęła jednak opowiadać o mechanizmach funkcjonowania ruchu, któremu wcześniej służyła.
Najbardziej znane pozostają jej słowa:
„W latach trzydziestych wprowadziliśmy tysiąc stu mężczyzn do kapłaństwa, aby zniszczyć Kościół od wewnątrz. Chodziło o to, aby ci ludzie zostali wyświęceni, a następnie wspięli się po drabinie wpływów i władzy jako prałaci i biskupi”.
Niezależnie od sporów historycznych dotyczących szczegółów tej relacji, warto zatrzymać się nad samą logiką działania, którą opisuje. Nie chodziło o zamykanie kościołów. Nie chodziło o konfiskatę majątku. Nie chodziło o publiczne prześladowania.
Chodziło o coś znacznie bardziej skutecznego.
Jeżeli bowiem uda się osłabić instytucję od środka, nie trzeba już prowadzić z nią wojny na zewnątrz.
To właśnie dlatego świadectwo Belli Dodd tak często powraca w debatach dotyczących współczesnego kryzysu. Nie dlatego, że wyjaśnia wszystko. Nie dlatego, że stanowi odpowiedź na każde pytanie. Powraca dlatego, że pokazuje pewien sposób myślenia. Pokazuje strategię. Pokazuje logikę działania, która nie polega na szturmowaniu twierdzy, ale na przejmowaniu jej od środka.
Jeszcze bardziej niepokojące są słowa przypisywane samej Dodd dotyczące Józefa Stalina. Według jej relacji to właśnie sowiecki dyktator miał rozumieć, że religia stanowi jedną z najpotężniejszych sił kształtujących człowieka. Człowiek wychowany przez Kościół, posiadający jasne zasady moralne i świadomość istnienia prawa wyższego niż państwo, jest bowiem znacznie trudniejszy do podporządkowania.
Dlatego prawdziwa walka nie toczyła się wyłącznie o granice państw. Toczyła się o dusze. Toczyła się o sumienia. Toczyła się o przyszłe pokolenia.
Nie jest przypadkiem, że podobną logikę odnajdujemy również w słynnym dokumencie Alta Vendita. Autorzy tego tekstu nie marzyli o zniszczeniu Kościoła poprzez brutalne prześladowania. Doskonale wiedzieli, że Kościół wielokrotnie wychodził silniejszy z okresów krwawego ucisku. Ich celem było coś znacznie bardziej ambitnego.
Chcieli wychować pokolenie duchownych i wiernych, które samo zacznie myśleć kategoriami swoich przeciwników.
Nie chodziło o zmianę budynków. Nie chodziło o zmianę szat liturgicznych. Nie chodziło nawet o zmianę nazw. Chodziło o zmianę mentalności.
To właśnie dlatego współczesny człowiek powinien zwrócić szczególną uwagę na język. Kiedy bowiem analizujemy wielkie kryzysy historyczne, bardzo szybko odkrywamy pewną prawidłowość. Najpierw zmienia się język. Później zmienia się myślenie. Następnie zmieniają się decyzje. A na końcu zmienia się cała rzeczywistość.
Czy nie obserwujemy dziś podobnego procesu?
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu kapłan przede wszystkim nauczał. Dzisiaj coraz częściej słyszymy, że ma przede wszystkim słuchać. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu mówiono o obowiązku nawrócenia. Dzisiaj częściej słyszymy o konieczności akceptacji. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu centrum stanowiło pytanie o prawdę. Dzisiaj centrum coraz częściej staje się pytanie o doświadczenie.
Nie są to zmiany przypadkowe. Nie są to wyłącznie zmiany stylistyczne. To zmiany dotyczące samego sposobu postrzegania chrześcijaństwa. Dlatego w tym miejscu warto przypomnieć jednego z największych myślicieli XX wieku – Fultona Sheena. Ten amerykański arcybiskup wielokrotnie ostrzegał, że największym zagrożeniem dla Kościoła nie będzie otwarty ateizm. Największym zagrożeniem będzie religia pozbawiona nadprzyrodzoności. Chrześcijaństwo zachowujące symbole, ale tracące wiarę. Chrześcijaństwo mówiące o człowieku, lecz zapominające o Bogu.
Arcybiskup Sheen pisał:
„Antychryst nie będzie tak nazywany, bo inaczej nie miałby zwolenników. Nie będzie nosił czerwonych rajstop ani wymiotował siarką. Będzie mówił o pokoju, dobrobycie i obfitości”.
To jeden z najbardziej przejmujących cytatów XX wieku, ponieważ pokazuje coś niezwykle ważnego. Największe zagrożenia bardzo rzadko przychodzą pod własnym imieniem. Błąd często przedstawia się jako postęp. Relatywizm przedstawia się jako otwartość. Kapitulację przedstawia się jako dialog. A odejście od prawdy przedstawia się jako miłosierdzie. Dlatego współczesny kryzys Kościoła nie może być analizowany wyłącznie przez pryzmat pojedynczych dokumentów, wypowiedzi czy wydarzeń. Znacznie ważniejsze jest pytanie o kierunek.
Dokąd prowadzi ta droga? Dokąd prowadzi język, który coraz rzadziej mówi o grzechu? Dokąd prowadzi język, który coraz rzadziej przypomina o piekle, sądzie i odpowiedzialności? Dokąd prowadzi język, który coraz częściej skupia się na doczesności, a coraz rzadziej na wieczności? To właśnie tutaj zaczynamy dostrzegać prawdziwy wymiar problemu. Nie chodzi o pojedyncze reformy. Nie chodzi o jedną konferencję czy jeden dokument.
Chodzi o wizję Kościoła. Czy Kościół ma być latarnią wskazującą kierunek światu? Czy ma być głosem przypominającym o prawdzie niezależnie od ceny? Czy ma być znakiem sprzeciwu wobec błędów epoki? A może ma stopniowo stawać się jedną z wielu instytucji społecznych zajmujących się zarządzaniem problemami współczesnego świata? To pytanie staje się dziś ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Bo gdy spojrzymy na historię, odkryjemy, że wielkie cywilizacje nie upadały wtedy, gdy przegrywały bitwy. Upadały wtedy, gdy przestawały wierzyć w to, kim są.
W tym miejscu wielu czytelników może postawić całkowicie zasadne pytanie. Skoro Kościół przechodził przez herezje, schizmy, prześladowania, wojny, rewolucje i totalitaryzmy, dlaczego właśnie obecna sytuacja miałaby być czymś szczególnym? Przecież kryzysy towarzyszyły chrześcijaństwu od początku jego istnienia. Ariusz miał swoich zwolenników. Reformacja rozdarła Europę. Rewolucja francuska próbowała stworzyć religię bez Boga. Komunizm przez dziesięciolecia prześladował wierzących. A jednak Kościół przetrwał.
To prawda. Istnieje jednak zasadnicza różnica pomiędzy wieloma kryzysami przeszłości a tym, z czym mamy do czynienia obecnie. Dawniej przeciwnik najczęściej znajdował się na zewnątrz. Można było wskazać konkretne idee, konkretne ruchy i konkretne środowiska występujące przeciw chrześcijaństwu. Dzisiaj problem staje się znacznie trudniejszy do uchwycenia, ponieważ coraz częściej spór nie dotyczy tego, czy Kościół ma istnieć, lecz tego, czym ma być.
Jeszcze sto lat temu nikt nie próbował przekonywać katolików, że podstawowym zadaniem Kościoła jest zarządzanie migracją, realizowanie celów klimatycznych lub wspieranie globalnych strategii społecznych. Nawet najbardziej radykalni przeciwnicy chrześcijaństwa rozumieli, że Kościół zajmuje się przede wszystkim zbawieniem człowieka. Dzisiaj natomiast coraz częściej obserwujemy przesunięcie środka ciężkości z rzeczywistości nadprzyrodzonej na rzeczywistość społeczną. Nie chodzi o całkowite odrzucenie prawd wiary. Chodzi o zmianę proporcji. Chodzi o zmianę akcentów. Chodzi o sytuację, w której sprawy drugorzędne zaczynają zajmować miejsce spraw pierwszorzędnych.
To właśnie dlatego tak istotna staje się analiza języka. Kiedy czyta się wiele współczesnych dokumentów międzynarodowych, można zauważyć charakterystyczne słownictwo. Powtarzają się pojęcia inkluzywności, różnorodności, odporności społecznej, zrównoważonego rozwoju, integracji, zarządzania migracją i przeciwdziałania wykluczeniu. Nie ma nic złego w trosce o człowieka znajdującego się w trudnej sytuacji. Problem pojawia się wtedy, gdy ten język zaczyna dominować również tam, gdzie przez wieki centrum stanowiły pojęcia takie jak łaska, grzech, nawrócenie, świętość, ofiara, odkupienie i życie wieczne.
Niepokój wielu wiernych nie bierze się więc z niechęci do pomocy ubogim czy migrantom. Bierze się z pytania, dlaczego coraz częściej słyszą o tych zagadnieniach, a coraz rzadziej słyszą o konieczności walki z grzechem, o potrzebie sakramentów, o odpowiedzialności moralnej i o celu ostatecznym człowieka. W historii Kościoła działalność charytatywna zawsze była konsekwencją wiary. Dzisiaj czasami można odnieść wrażenie, że wiara zaczyna być przedstawiana jako uzasadnienie dla działalności społecznej.
Nieprzypadkowo kardynał Joseph Ratzinger, późniejszy Benedykt XVI, wielokrotnie przestrzegał przed redukowaniem chrześcijaństwa do programu społecznego. Doskonale rozumiał, że kiedy Kościół zaczyna mówić wyłącznie językiem problemów doczesnych, bardzo szybko traci zdolność mówienia o rzeczach wiecznych. A kiedy przestaje mówić o wieczności, przestaje różnić się od dziesiątek innych organizacji funkcjonujących w przestrzeni publicznej.
Warto przypomnieć jego słynne ostrzeżenie dotyczące „dyktatury relatywizmu”. Wielu ludzi błędnie interpretuje te słowa jako krytykę określonych środowisk politycznych. Tymczasem Ratzinger mówił o czymś znacznie głębszym. Ostrzegał przed światem, w którym nie istnieje już żadna obiektywna prawda, a jedynym kryterium stają się emocje, oczekiwania społeczne i zmieniające się nastroje kulturowe. W takim świecie nie trzeba nikogo zmuszać do porzucenia wiary. Wystarczy przekonać go, że wszystkie poglądy są równie prawdziwe, a każda próba obrony niezmiennych zasad jest przejawem nietolerancji.
Tutaj właśnie dochodzimy do jednego z najbardziej charakterystycznych zjawisk współczesności. Coraz częściej obserwujemy sytuację, w której ludzie gotowi są bronić dialogu bardziej niż prawdy, procesu bardziej niż celu, akceptacji bardziej niż nawrócenia i dobrego samopoczucia bardziej niż zbawienia. W rezultacie pojawia się pokusa budowania chrześcijaństwa pozbawionego wymagań. Chrześcijaństwa, które nie stawia trudnych pytań. Chrześcijaństwa, które nie przypomina o konsekwencjach moralnych ludzkich wyborów. Chrześcijaństwa, które nie chce nikogo urazić, nawet za cenę rezygnacji z własnej tożsamości.
Tymczasem historia świętych pokazuje coś dokładnie odwrotnego. Najwięksi świadkowie wiary nie byli podziwiani przez świat dlatego, że dostosowywali się do jego oczekiwań. Bardzo często byli odrzucani właśnie dlatego, że odmawiali kompromisu w sprawach zasadniczych. Święty Atanazy niemal samotnie przeciwstawiał się arianizmowi. Święty Tomasz Morus oddał życie, ponieważ nie chciał podporządkować prawdy interesom politycznym. Święty Maksymilian Kolbe nie pytał, czy jego postawa będzie dobrze oceniona przez opinię publiczną. Kierował się czymś znacznie ważniejszym niż popularność.
Dlatego współczesny kryzys należy rozpatrywać przede wszystkim w kategoriach odwagi. Nie chodzi wyłącznie o błędy doktrynalne, spory teologiczne czy różnice interpretacyjne. Chodzi o pytanie, czy istnieją jeszcze ludzie gotowi przypominać światu prawdę nawet wtedy, gdy staje się ona niewygodna. Chodzi o pytanie, czy istnieją jeszcze duchowni gotowi ryzykować własną popularność dla obrony tego, co uznają za zgodne z Objawieniem. Chodzi o pytanie, czy istnieją jeszcze świeccy gotowi wymagać od siebie więcej niż proponuje współczesna kultura.
Roger Scruton pisał, że cywilizacje nie umierają dlatego, że zostają pokonane przez silniejszych przeciwników. Umierają wtedy, gdy przestają wierzyć w wartość własnego dziedzictwa. To zdanie powinno dziś wybrzmiewać szczególnie mocno. Żadna instytucja nie jest w stanie przetrwać długo, jeśli zaczyna wstydzić się własnych fundamentów. Żadna wspólnota nie zachowa swojej tożsamości, jeśli nie będzie potrafiła odpowiedzieć na pytanie, kim jest i po co istnieje.
Właśnie dlatego spór, który obserwujemy dzisiaj, nie jest jedynie kolejnym etapem wewnętrznej debaty. Jest sporem o samą definicję Kościoła. Jest sporem o to, czy jego głównym zadaniem pozostanie prowadzenie człowieka ku Bogu, czy też stopniowo stanie się jedną z wielu instytucji zajmujących się poprawianiem świata doczesnego. A od odpowiedzi na to pytanie zależy znacznie więcej niż los pojedynczych dokumentów, synodów czy konferencji. Od tej odpowiedzi zależy przyszły kształt chrześcijaństwa w świecie Zachodu.
Historia uczy, że wielkie cywilizacje rzadko upadają pod naporem zewnętrznych wrogów. Znacznie częściej przegrywają wtedy, gdy tracą pewność własnej tożsamości, gdy zaczynają wątpić w prawdę, która je zbudowała, i gdy wstydzą się fundamentów, na których przez stulecia opierały swoją siłę.
Dlatego najważniejsze pytanie naszych czasów nie brzmi: kto ma władzę? Nie brzmi również: kto wygra kolejny spór? Pytanie brzmi: czy potrafimy jeszcze odróżnić prawdę od narracji, wierność od kompromisu i odnowę od przebudowy prowadzącej do utraty własnej tożsamości?
Bo kiedy siekiera zostaje przyłożona do korzenia, nie chodzi już o pojedyncze gałęzie. Chodzi o przyszłość całego drzewa. A przecież od tego, czy zachowamy odwagę myślenia, odwagę mówienia i odwagę trwania przy prawdzie, zależy znacznie więcej niż los jednej instytucji. Zależy przyszłość cywilizacji, która przez wieki czerpała życie z korzeni, które dziś tak wielu próbuje odciąć.