Pakt migracyjny wszedł w życie. Dla większości Europejczyków informacja ta przeszła niemal niezauważona pomiędzy kolejnymi politycznymi sporami, medialnymi sensacjami i codziennym szumem informacyjnym. Tymczasem trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z wydarzeniem, którego konsekwencje mogą okazać się znacznie poważniejsze, niż sugerują oficjalne komunikaty. Nie chodzi wyłącznie o procedury administracyjne, mechanizmy relokacji czy kolejne unijne regulacje. Chodzi o coś znacznie głębszego. Chodzi o sposób, w jaki Europa rozumie samą siebie, o sposób, w jaki definiuje odpowiedzialność państwa wobec obywateli, a także o sposób, w jaki Kościół mówi dzisiaj o jednym z najważniejszych wyzwań społecznych współczesności. Im dłużej obserwuję debatę dotyczącą migracji, tym częściej dochodzę do wniosku, że problem nie polega wyłącznie na polityce. Problem dotyczy również języka, którym opisujemy rzeczywistość, a jeszcze bardziej tego, o czym się mówi i o czym coraz częściej się milczy.
Kilka dni temu przy granicy polsko-białoruskiej wybrzmiało kazanie biskupa Piotra Sawczuka. Wiele mediów zwróciło uwagę na wezwanie do otwartości wobec migrantów oraz przypomnienie chrześcijańskiego obowiązku pomocy człowiekowi znajdującemu się w potrzebie. Samo przypomnienie tej prawdy nie budzi mojego sprzeciwu. Chrześcijaństwo od dwóch tysięcy lat naucza przecież, że człowiek cierpiący nie może być traktowany jak problem logistyczny, statystyczny czy polityczny. Każdy człowiek posiada godność wynikającą z faktu stworzenia na obraz Boga. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy z całego bogactwa katolickiej nauki społecznej pozostaje jedynie jeden wycinek rzeczywistości. Wierny słyszy o obowiązku przyjęcia przybysza, ale nie słyszy już równie mocno o obowiązku ochrony rodziny. Słyszy o solidarności z migrantem, ale znacznie rzadziej o odpowiedzialności państwa za własnych obywateli. Słyszy o człowieku znajdującym się po drugiej stronie granicy, ale nie słyszy o dobru wspólnym, które od św. Tomasza z Akwinu aż po Piusa XII pozostawało jednym z fundamentów katolickiej refleksji społecznej. W rezultacie otrzymuje obraz niepełny. A niepełny obraz rzeczywistości bardzo łatwo staje się obrazem fałszywym.
Właśnie tutaj dochodzimy do jednego z największych problemów współczesnego kaznodziejstwa. Coraz częściej mamy bowiem do czynienia nie z otwartym zaprzeczeniem nauczania Kościoła, ale z jego selekcją. Nie odrzuca się całego depozytu wiary. Wybiera się jedynie te fragmenty, które dobrze współbrzmią z dominującymi narracjami kulturowymi. Mówi się więc o otwartości, ale znacznie rzadziej o odpowiedzialności. Mówi się o przyjmowaniu, ale rzadziej o roztropności. Mówi się o prawach migrantów, ale znacznie ciszej o obowiązkach państwa. Mówi się o solidarności, ale coraz mniej o bezpieczeństwie. Nie jest to jeszcze pełne odrzucenie katolickiej nauki społecznej. Jest to jednak bardzo niebezpieczne przesunięcie akcentów, które sprawia, że wierny otrzymuje jedynie fragment większej całości. Historia Kościoła pokazuje natomiast, że większość błędów doktrynalnych nie rodziła się z całkowitego odrzucenia prawdy. Rodziła się z absolutyzowania jednego jej fragmentu kosztem pozostałych.
Leon XIII, którego encykliki wielokrotnie analizowaliśmy, nie budował nauki społecznej na pojedynczych hasłach. W „Rerum Novarum” nie przeciwstawiał współczucia sprawiedliwości ani troski o ubogich odpowiedzialności za ład społeczny. Przeciwnie, próbował pokazać człowieka w całej jego złożoności. Człowiek był dla niego jednocześnie osobą posiadającą niezbywalną godność, członkiem rodziny, uczestnikiem wspólnoty narodowej, obywatelem państwa i stworzeniem powołanym do życia wiecznego. Podobnie postępowali jego następcy. Pius XI w „Quadragesimo Anno” nie ograniczał się do analiz ekonomicznych. Dostrzegał zagrożenia płynące zarówno z nieograniczonego liberalizmu, jak i z kolektywistycznych ideologii. Pius XII, obserwując tragedię milionów uchodźców po II wojnie światowej, nie głosił doktryny otwartych granic. Przypominał natomiast, że pomoc człowiekowi potrzebującemu musi iść w parze z troską o porządek społeczny, bezpieczeństwo oraz dobro wspólne.
To właśnie dobro wspólne wydaje się dziś jednym z najbardziej zapomnianych pojęć katolickiej nauki społecznej. Tymczasem nie jest ono dodatkiem do chrześcijańskiej refleksji o społeczeństwie. Jest jednym z jej fundamentów. Dobro wspólne oznacza taki porządek społeczny, który pozwala rodzinom, wspólnotom i obywatelom rozwijać się w sposób harmonijny i bezpieczny. Państwo nie istnieje po to, aby realizować abstrakcyjne projekty ideologiczne. Nie istnieje po to, aby zaspokajać oczekiwania międzynarodowych instytucji. Nie istnieje po to, aby poprawiać własny wizerunek w oczach mediów. Państwo istnieje po to, aby chronić swoich obywateli, ich bezpieczeństwo, ich wolność oraz warunki umożliwiające normalne życie społeczne. Jeżeli więc debata o migracji całkowicie pomija ten wymiar, przestaje być debatą odpowiedzialną.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że współczesna Europa zdaje się nie wyciągać wniosków z własnych doświadczeń. Przez lata słyszeliśmy zapewnienia, że masowa migracja nie spowoduje większych problemów społecznych. Dzisiaj wiele państw Zachodu mierzy się z kryzysami, których skali nie przewidywano lub których nie chciano dostrzegać. Wystarczy spojrzeć na problemy integracyjne, rosnące napięcia kulturowe, powstawanie równoległych społeczności oraz coraz częstsze pytania dotyczące bezpieczeństwa. Nie oznacza to, że każdy migrant jest zagrożeniem. Oznacza natomiast, że odpowiedzialna polityka wymaga czegoś więcej niż dobrych intencji. Wymaga odwagi patrzenia na rzeczywistość taką, jaka jest, a nie taką, jaką chcielibyśmy ją widzieć.
Niepokoi mnie również coś jeszcze. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że część współczesnych homilii zaczyna operować językiem emocji, podczas gdy znacznie rzadziej odwołuje się do pełnej wizji człowieka obecnej w depozycie wiary. Wierny słyszy o człowieku na tratwie, ale nie słyszy o przemytnikach ludzi zarabiających fortuny na ludzkiej desperacji. Słyszy o cmentarzu wodnym Morza Śródziemnego, ale nie słyszy o politykach, którzy przez lata tworzyli mechanizmy zachęcające kolejne tysiące ludzi do podejmowania śmiertelnego ryzyka. Słyszy o obowiązku otwartości, ale znacznie rzadziej słyszy o cnocie roztropności, która od czasów starożytnych była nazywana woźnicą wszystkich cnót. W rezultacie powstaje obraz uproszczony, a uproszczenia bardzo rzadko prowadzą do prawdy.
Warto postawić pytanie, które w dzisiejszej debacie bywa traktowane niemal jak prowokacja. Dlaczego tak rzadko przypomina się wiernym, że katolicka nauka społeczna mówi nie tylko o prawach człowieka migrującego, ale również o prawach wspólnoty, która ma go przyjąć? Dlaczego tak rzadko słyszymy, że państwo posiada moralny obowiązek ochrony własnych obywateli, własnej kultury, własnego porządku społecznego i własnego bezpieczeństwa? Dlaczego tak rzadko przywołuje się nauczanie Piusa XII, który przypominał, że migracja musi uwzględniać możliwości kraju przyjmującego, jego sytuację społeczną oraz dobro wspólne? Te pytania nie wynikają z braku współczucia. Przeciwnie. Wynikają z przekonania, że odpowiedzialność jest formą miłości, a nie jej zaprzeczeniem.
Być może największym problemem współczesnej Europy nie jest sam kryzys migracyjny, ale kryzys odwagi intelektualnej. Coraz więcej ludzi boi się zadawać oczywiste pytania. Coraz więcej polityków boi się mówić o skutkach własnych decyzji. Coraz więcej komentatorów wybiera emocjonalne slogany zamiast uczciwej analizy. Tymczasem przyszłość Europy nie zależy wyłącznie od liczby przyjętych migrantów ani od kolejnych rozporządzeń podpisywanych w Brukseli. Będzie zależała od tego, czy Europa zachowa zdolność obrony własnej tożsamości, własnej kultury i własnych korzeni. Cywilizacja, która przestaje wierzyć w samą siebie, wcześniej czy później staje się bezbronna. A wspólnota, która zapomina o własnym dziedzictwie, bardzo szybko zaczyna żyć wyłącznie teraźniejszością, tracąc zdolność myślenia o przyszłości.
Dlatego prawdziwa dyskusja o pakcie migracyjnym nie powinna zaczynać się od oskarżeń ani od moralnego szantażu. Powinna zaczynać się od uczciwego spojrzenia na całość problemu. Chrześcijanin ma obowiązek pomagać człowiekowi w potrzebie. To prawda. Ale równie prawdziwe jest to, że państwo ma obowiązek chronić dobro wspólne. Chrześcijanin ma obowiązek okazywać miłosierdzie. To również prawda. Jednak równie prawdziwe jest to, że roztropność pozostaje jedną z najważniejszych cnót życia społecznego. Dopiero wtedy, gdy te prawdy pozostają razem, otrzymujemy pełny obraz rzeczywistości. Gdy jedną z nich wyrywamy z kontekstu i czynimy jedynym kryterium oceny, przestajemy mówić o integralnej wizji człowieka, a zaczynamy poruszać się w świecie półprawd, które często brzmią szlachetnie, ale bardzo rzadko prowadzą do dobrych rozwiązań.
I właśnie tutaj dochodzimy do punktu, który powinien niepokoić każdego człowieka myślącego poważnie o przyszłości Europy. Spór o migrację nigdy nie był wyłącznie sporem o granice. Nigdy nie był wyłącznie sporem o procedury administracyjne, relokację czy kolejne unijne dokumenty. W rzeczywistości jest to spór o sposób rozumienia człowieka, wspólnoty i odpowiedzialności. Jest to spór o to, czy nadal potrafimy patrzeć na rzeczywistość w całej jej złożoności, czy też będziemy wybierać jedynie te fragmenty prawdy, które najlepiej pasują do aktualnych emocji, politycznych oczekiwań lub medialnych narracji.
Jeżeli bowiem w kazaniach, homiliach i publicznych wystąpieniach pozostanie wyłącznie człowiek na tratwie, a zniknie rodzina oczekująca bezpieczeństwa, jeżeli pozostanie wyłącznie migrant, a zniknie obywatel powierzony odpowiedzialności państwa, jeżeli pozostanie wyłącznie współczucie, a zniknie roztropność, to przestaniemy mówić językiem katolickiej nauki społecznej. Zaczniemy natomiast posługiwać się językiem uproszczeń, który może brzmieć atrakcyjnie, ale nie jest zdolny unieść ciężaru rzeczywistości.
Historia Kościoła pokazuje, że największe kryzysy nie zaczynały się od całkowitego odrzucenia prawdy. Zaczynały się od redukowania jej do wybranego fragmentu. Każda herezja brała część prawdy i czyniła z niej całość. Każda deformacja nauczania rozpoczynała się od przesunięcia akcentów. Dlatego dzisiaj nie wystarczy pytać, czy pomagamy migrantom. Trzeba również pytać, czy nadal głosimy pełnię nauczania Kościoła. Nie wystarczy pytać, czy okazujemy współczucie. Trzeba również pytać, czy zachowaliśmy zdolność do roztropnego osądu. Nie wystarczy pytać, czy otwieramy serca. Trzeba również pytać, czy nie zamykamy oczu.
Bo być może największym zagrożeniem dla współczesnej Europy nie jest sam pakt migracyjny. Być może największym zagrożeniem jest sytuacja, w której coraz więcej ludzi przestaje odróżniać pełną prawdę od jej wygodnej części, integralną wizję człowieka od jej ideologicznej karykatury oraz chrześcijańskie miłosierdzie od politycznej naiwności. A kiedy społeczeństwo traci zdolność odróżniania tych rzeczy, wcześniej czy później zaczyna płacić za to bardzo wysoką cenę.
Dlatego dzisiaj potrzeba mniej sloganów, mniej emocjonalnych obrazów i mniej moralnego szantażu. Potrzeba natomiast więcej odwagi, więcej uczciwości intelektualnej i więcej wierności całemu depozytowi wiary. Kościół nie został powołany do tego, aby powtarzać światu to, co świat chce usłyszeć. Został powołany do głoszenia prawdy „w porę i nie w porę”. Całej prawdy. Nie połowy. Nie fragmentu. Nie wersji dostosowanej do aktualnych trendów. Właśnie dlatego w czasach zamętu największym aktem miłosierdzia pozostaje nie przemilczanie trudnych pytań, ale odważne ich stawianie. Nawet wtedy, gdy odpowiedzi okazują się niewygodne.