Historia Kościoła uczy, że największe kryzysy bardzo rzadko zaczynają się od otwartego buntu przeciwko Ewangelii. Znacznie częściej rozpoczynają się od zmiany znaczenia słów. Najpierw zmienia się język, później sposób myślenia, następnie praktykę, a dopiero na końcu człowiek odkrywa, że stoi już w zupełnie innym miejscu niż wcześniej, choć przez cały czas wydawało mu się, że idzie tą samą drogą. Właśnie dlatego walka o słowa jest jedną z najważniejszych bitew toczonych w dziejach cywilizacji chrześcijańskiej. Kiedy bowiem zmienia się znaczenie pojęć takich jak miłość, wolność, godność, prawda czy miłosierdzie, zmienia się również sposób postrzegania człowieka, świata i Boga.
Nieprzypadkowo więc w ostatnich latach obserwujemy coraz częstsze próby reinterpretowania symboli, które przez pokolenia stanowiły fundament katolickiej duchowości. Jednym z nich jest kult Najświętszego Serca Jezusa. Przez ponad sto lat czerwiec był dla milionów katolików miesiącem wynagrodzenia za grzechy, pokuty, adoracji i wdzięczności wobec Chrystusa, którego Serce zostało przebite dla zbawienia świata. Dziś jednak coraz częściej słyszymy, że ten sam czerwiec można połączyć z Miesiącem Dumy, a symbolikę Serca Jezusowego interpretować przez pryzmat współczesnych sporów o tożsamość i seksualność.
Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że chodzi wyłącznie o nowy sposób mówienia o miłości Boga. Zwolennicy takiego podejścia podkreślają przecież, że Chrystus kocha wszystkich ludzi, że nikogo nie wyklucza i że Jego Serce pozostaje otwarte dla każdego człowieka. Problem polega jednak na tym, że podobne stwierdzenia są prawdziwe tylko wtedy, gdy nie wyrywa się ich z kontekstu całej Ewangelii. Chrystus rzeczywiście kocha wszystkich ludzi, ale nigdy nie pozostawia ich takimi, jakimi ich spotkał. Miłość Jezusa nie polega na utwierdzaniu człowieka w jego błędach. Miłość Jezusa polega na prowadzeniu człowieka do prawdy, nawet wtedy, gdy prawda okazuje się wymagająca, bolesna i sprzeczna z oczekiwaniami epoki.
Właśnie dlatego warto przyjrzeć się stanowisku środowisk związanych z „Wiarą i Tęczą”, które aktywnie uczestniczą w procesach synodalnych i coraz częściej przedstawiają siebie jako głos ludzi znajdujących się na obrzeżach Kościoła. Samo pojęcie obrzeży brzmi niezwykle atrakcyjnie. Budzi skojarzenia z ubogimi, opuszczonymi i odrzuconymi. Problem polega jednak na tym, że w obecnej debacie obrzeża coraz częściej przestają oznaczać ludzi potrzebujących Ewangelii, a zaczynają oznaczać grupy oczekujące od Kościoła zmiany Ewangelii.
To właśnie tutaj przebiega linia podziału, której wielu ludzi nie dostrzega. Przez dwa tysiące lat Kościół szedł na obrzeża po to, aby prowadzić ludzi do centrum. Tym centrum był Chrystus. Tym centrum było Objawienie. Tym centrum była prawda o człowieku zapisana w Piśmie Świętym i Tradycji. Dzisiaj natomiast coraz częściej słyszymy sugestię, że centrum powinno zostać przesunięte w stronę obrzeży, a doświadczenie określonych grup ma stać się nowym punktem odniesienia dla wspólnoty wierzących.
Nie jest przypadkiem, że podobne procesy zachodziły już wcześniej w różnych wspólnotach protestanckich. Najpierw pojawiały się postulaty większej otwartości. Następnie mówiono o konieczności nowego odczytania Biblii. Później pojawiały się zmiany języka. W końcu dochodziło do zmiany praktyki, a po pewnym czasie również do zmiany doktryny. Wszystko odbywało się spokojnie, bez gwałtownych deklaracji i bez oficjalnego odrzucania wcześniejszego nauczania. Wystarczało stopniowe przesuwanie granic.
W tym kontekście szczególnie interesująca staje się promocja książki „Budując most” autorstwa o. Jamesa Martina SJ. Sam tytuł jest niezwykle sugestywny. Most kojarzy się przecież z pojednaniem, spotkaniem i dialogiem. Kto chciałby być przeciwnikiem budowania mostów? Kto chciałby uchodzić za człowieka zamykającego drzwi przed drugim człowiekiem? Problem polega jednak na tym, że każdy most prowadzi dokądś. Most sam w sobie nie jest celem. Jest drogą.
I właśnie dlatego najważniejsze pytanie nie brzmi, czy budować mosty. Najważniejsze pytanie brzmi: dokąd mają prowadzić?
Czy mają prowadzić człowieka do Chrystusa?
Czy mają prowadzić do nawrócenia?
Czy mają prowadzić do uznania pełni katolickiego nauczania?
Czy może mają prowadzić do przekonania, że nauczanie Kościoła powinno zostać dostosowane do oczekiwań współczesnego świata?
W tym miejscu warto przypomnieć słowa Leona XIII, Piusa XI i Piusa XII, którzy należeli do największych papieskich propagatorów kultu Najświętszego Serca Jezusa. Żaden z nich nie przedstawiał tego nabożeństwa jako symbolu psychologicznej akceptacji człowieka. Żaden nie traktował go jako religijnego uzasadnienia dla dowolnego sposobu życia. Wręcz przeciwnie. Najświętsze Serce Jezusa było dla nich symbolem królowania Chrystusa nad człowiekiem, rodziną i społeczeństwem. Było przypomnieniem, że człowiek nie należy do samego siebie, lecz do Boga. Było wezwaniem do pokuty, wynagrodzenia i przemiany życia.
Pius XI w encyklice poświęconej wynagrodzeniu Najświętszemu Sercu Jezusa nieustannie powracał do pojęcia grzechu. To słowo brzmi dziś dla wielu ludzi niemal prowokacyjnie, ponieważ współczesna kultura znacznie chętniej mówi o traumach, wykluczeniu, doświadczeniach i emocjach niż o odpowiedzialności moralnej człowieka. Tymczasem chrześcijaństwo zawsze przypominało, że największym problemem człowieka nie jest brak społecznej akceptacji, ale oddalenie od Boga.
To właśnie dlatego próby łączenia miesiąca Najświętszego Serca Jezusa z Miesiącem Dumy budzą tak wiele pytań. Trudno bowiem nie zauważyć, że są to dwie zupełnie różne wizje człowieka. W jednej centrum stanowi Bóg, który przemienia człowieka. W drugiej centrum stanowi człowiek, który oczekuje uznania własnej definicji siebie. W jednej punktem wyjścia jest nawrócenie. W drugiej afirmacja. W jednej najważniejsze jest pytanie o zgodność życia z wolą Boga. W drugiej pytanie o zgodność nauczania z oczekiwaniami współczesnej kultury.
Właśnie dlatego obecny spór nie dotyczy wyłącznie jednej fundacji, jednego synodu czy jednej książki. W rzeczywistości jest to spór o kierunek, w którym zmierza Kościół. Jest to spór o to, czy nadal będzie prowadził człowieka do Chrystusa, czy też coraz bardziej będzie próbował prowadzić Chrystusa do człowieka. Jest to spór o to, czy język Kościoła pozostanie zakorzeniony w Objawieniu, czy też stanie się odbiciem aktualnych mód kulturowych.
Największa ironia całej sytuacji polega na tym, że środowiska mówiące dziś najgłośniej o otwartości bardzo często oczekują zamknięcia ust tym, którzy przypominają tradycyjne nauczanie. Kapłan mówiący o grzechu bywa oskarżany o brak miłosierdzia. Teolog odwołujący się do św. Tomasza z Akwinu przedstawiany jest jako człowiek niezdolny do dialogu. Wierni przywiązani do Katechizmu stają się symbolem rzekomego problemu. Tymczasem ludzie otwarcie kwestionujący wielowiekowe nauczanie Kościoła coraz częściej przedstawiani są jako prorocy nowej epoki.
Historia pokazuje jednak, że Kościół nie przetrwał dwóch tysięcy lat dlatego, że podążał za duchem czasu. Przetrwał właśnie dlatego, że potrafił przeciwstawić się duchowi czasu, gdy ten prowadził człowieka w stronę błędu. Nie oznacza to odrzucenia człowieka. Nie oznacza braku współczucia. Nie oznacza zamknięcia drzwi. Oznacza jedynie przypomnienie prostej prawdy, że miłość bez prawdy staje się sentymentalizmem, a miłosierdzie bez nawrócenia bardzo szybko zamienia się w usprawiedliwianie wszystkiego.
Dlatego pytanie, które stoi dziś przed Kościołem, nie brzmi, czy należy kochać człowieka. Odpowiedź na nie została udzielona dwa tysiące lat temu na Golgocie. Pytanie brzmi, czy będziemy mieli odwagę nadal mówić człowiekowi prawdę o jego powołaniu, nawet wtedy, gdy świat uzna tę prawdę za niewygodną.
Od odpowiedzi na to pytanie zależy znacznie więcej niż wynik kolejnego synodu. Od odpowiedzi na to pytanie zależy to, czy za kilkadziesiąt lat Najświętsze Serce Jezusa nadal będzie symbolem Chrystusa Króla, który prowadzi człowieka do zbawienia, czy też stanie się kolejnym religijnym symbolem pozbawionym treści, który każdy będzie mógł wypełnić własną ideologią.