Patrząc na tegoroczne Święto Dziękczynienia przy Świątyni Opatrzności Bożej, trudno było oprzeć się wrażeniu, że uczestniczymy nie tylko w wydarzeniu religijnym, ale również w wydarzeniu symbolicznym. Symbolicznym dlatego, że jak w soczewce skupiły się w nim pytania, które od miesięcy, a może nawet od kilku lat, coraz mocniej nurtują wielu katolików w Polsce. Jak to możliwe, że honorowy patronat nad jednym z najważniejszych wydarzeń religijnych w kraju obejmuje Rafał Trzaskowski, prezydent Warszawy, polityk od lat utożsamiany z Paradami Równości, wspieraniem środowisk LGBT oraz rozwiązaniami prawnymi dotyczącymi związków jednopłciowych, podczas gdy jednocześnie tysiące wiernych bezskutecznie oczekują równie mocnego i jednoznacznego głosu w sprawach dotyczących religii w szkołach, katechezy, rodziny czy prawa rodziców do wychowywania dzieci zgodnie z własnym światopoglądem. Nie chodzi tutaj o atak na konkretną osobę. Chodzi o pewien znak czasu. O pytanie, które coraz częściej pojawia się w rozmowach zwykłych ludzi: czy Kościół nadal potrafi odróżniać rzeczy pierwszorzędne od drugorzędnych?
Żyjemy w czasach gwałtownej przebudowy kulturowej. W Europie trwa spór nie o szczegóły, ale o fundamenty. Jeszcze kilkanaście lat temu mówiono głównie o związkach partnerskich. Dzisiaj mówi się o adopcji dzieci przez pary jednopłciowe, o surogacji, o redefinicji małżeństwa, o zmianie rozumienia ojcostwa i macierzyństwa, o podważaniu biologicznych podstaw ludzkiej natury. W wielu krajach Zachodu rodzice organizują protesty przeciwko ideologizacji szkół i przedszkoli. Coraz więcej ludzi dostrzega skutki eksperymentów społecznych, które jeszcze niedawno przedstawiano jako nieunikniony postęp. Tymczasem w Polsce wielu wiernych ma wrażenie, że gdy świat przyspiesza w kierunku rewolucji antropologicznej, główne kościelne debaty coraz częściej koncentrują się na procesach, konsultacjach i synodalnych rozmowach.
Szczególne emocje budzi działalność środowiska „Wiara i Tęcza”, które otwarcie deklaruje chęć współtworzenia przyszłości Kościoła. W opublikowanych stanowiskach można przeczytać, że osoby LGBT nie znajdują się na obrzeżach Kościoła, ale w jego centrum. Można przeczytać o potrzebie nowego spojrzenia, nowych form obecności i nowego języka. Można przeczytać o doświadczeniu odrzucenia, które ma stać się jednym z ważnych punktów odniesienia dla przyszłości wspólnoty. Problem polega na tym, że dla wielu wiernych nie jest to już pytanie o duszpasterstwo. To jest pytanie o doktrynę. To jest pytanie o to, czy doświadczenie człowieka zaczyna zastępować prawdę objawioną. To jest pytanie o to, czy Kościół ma pomagać człowiekowi zrozumieć Ewangelię, czy też ma dostosowywać Ewangelię do oczekiwań współczesnej kultury.
Jeszcze większy niepokój budzi kontrast pomiędzy tym, co dzieje się w społeczeństwie, a tym, co bardzo często słyszymy z oficjalnych kościelnych komunikatów. Kiedy pojawia się temat migracji, słyszymy stanowiska. Kiedy pojawia się temat ekologii, słyszymy stanowiska. Kiedy pojawiają się różnego rodzaju kwestie społeczne, słyszymy stanowiska. Tymczasem wielu rodziców pyta, gdzie są równie mocne komunikaty dotyczące marginalizacji religii w szkołach, spadku uczestnictwa w katechezie, kryzysu rodziny czy prób redefinicji małżeństwa. Nie chodzi o to, że Kościół nie powinien zajmować się problemami społecznymi. Chodzi o proporcje. Chodzi o to, że jeśli fundament zaczyna pękać, trudno zrozumieć, dlaczego tak często mówi się o sprawach pobocznych, a tak rzadko o samych fundamentach.
Coraz częściej można odnieść wrażenie, że zwykli wierni pozostają sami ze swoimi pytaniami. Rodzice patrzą na szkoły, w których religia stopniowo traci znaczenie. Katecheci obserwują zmniejszającą się liczbę uczniów. Młodzi ludzie dorastają w świecie, który każdego dnia podważa chrześcijańskie rozumienie człowieka, rodziny i moralności. W tym samym czasie słyszą o kolejnych procesach synodalnych, kolejnych konsultacjach i kolejnych debatach dotyczących przyszłości Kościoła. I właśnie wtedy pojawia się pytanie, które staje się osią całego sporu: czy Kościół ma jeszcze odwagę mówić światu to, czego świat nie chce usłyszeć?
Historia chrześcijaństwa pokazuje, że największe kryzysy nie zaczynały się od prześladowań. Największe kryzysy zaczynały się wtedy, gdy ludzie Kościoła zaczynali wierzyć, że aby przetrwać, muszą upodobnić się do świata. Tymczasem Kościół rozwijał się wtedy, gdy miał odwagę być znakiem sprzeciwu. Gdy przypominał, że prawda nie zależy od sondaży. Gdy przypominał, że dobro nie zależy od większości. Gdy przypominał, że człowiek nie tworzy prawdy, ale ją odkrywa. Dzisiaj coraz więcej katolików ma poczucie, że stoimy właśnie przed takim momentem próby.
Dlatego pytanie „Gdzie są pasterze?” nie jest atakiem. Nie jest buntem. Nie jest próbą podważenia autorytetu Kościoła. Jest wołaniem ludzi, którzy kochają Kościół i dlatego nie chcą patrzeć obojętnie na zachodzące zmiany. Jest pytaniem o odwagę. O jasność przekazu. O gotowość do obrony tych wartości, które przez dwa tysiące lat budowały chrześcijańską cywilizację. Bo jeżeli dzisiaj zabraknie odwagi w obronie rodziny, dzieci, katechezy i chrześcijańskiej antropologii, jutro może się okazać, że spór nie będzie już dotyczył przyszłości Kościoła. Będzie dotyczył przyszłości całej cywilizacji.