Najpierw związki partnerskie. Co będzie następne?

W debacie publicznej bardzo często słyszymy uspokajające zapewnienia. Zwolennicy kolejnych zmian obyczajowych niemal zawsze używają tego samego argumentu. Mówią, że chodzi wyłącznie o niewielką korektę prawa. O drobną zmianę. O rozwiązanie pojedynczego problemu. O gest wobec określonej grupy obywateli. Przekonują, że wszelkie obawy są przesadzone, a ci, którzy ostrzegają przed dalszymi konsekwencjami, ulegają emocjom lub tworzą katastroficzne scenariusze.

Historia uczy jednak czegoś zupełnie innego.

Największe rewolucje bardzo rzadko rozpoczynają się od frontalnego ataku. Znacznie częściej zaczynają się od zmiany języka. Od zastąpienia jednego pojęcia drugim. Od przesunięcia granicy o kilka centymetrów. Od przekonania społeczeństwa, że w gruncie rzeczy nic istotnego się nie dzieje.

Właśnie dlatego pytanie „Co będzie następne?” nie jest przejawem histerii. Jest przejawem odpowiedzialności.

Każdy człowiek zajmujący się historią idei wie, że skutki określonych decyzji można często przewidzieć nie dlatego, że posiada się zdolności prorocze, ale dlatego, że zna się wcześniejsze doświadczenia innych państw. W wielu krajach Zachodu proces wyglądał bardzo podobnie. Najpierw pojawiały się związki partnerskie przedstawiane jako rozwiązanie czysto administracyjne. Zapewniano obywateli, że nie ma to nic wspólnego z redefinicją małżeństwa. Następnie pojawiały się postulaty zrównania statusu prawnego. Później małżeństwa jednopłciowe. Jeszcze później adopcja dzieci. Następnie kwestie związane z edukacją, językiem, programami szkolnymi i ograniczaniem prawa do publicznej krytyki nowych rozwiązań.

Nie dlatego, że ktoś knuł tajny spisek.

Dlatego, że każda zmiana tworzy własną logikę dalszych zmian.

Jeżeli państwo uznaje, że małżeństwo nie jest już wyjątkową wspólnotą kobiety i mężczyzny, lecz jedynie jedną z wielu form relacji, pojawia się pytanie, dlaczego inne relacje miałyby być traktowane inaczej. Jeżeli różnica płci przestaje mieć znaczenie dla definicji małżeństwa, to na jakiej podstawie ma mieć znaczenie w innych obszarach życia społecznego? Jeżeli prawo odrywa instytucję małżeństwa od jej naturalnego celu, czyli tworzenia trwałego środowiska dla rodziny i wychowania dzieci, wówczas uruchamia proces, którego końca nikt nie jest w stanie precyzyjnie przewidzieć.

W tym miejscu dochodzimy do sedna problemu. Spór o związki partnerskie nie jest wyłącznie sporem o ustawę. Jest sporem o antropologię. O odpowiedź na pytanie, kim jest człowiek, czym jest rodzina i dlaczego cywilizacja przez tysiące lat uznawała małżeństwo kobiety i mężczyzny za instytucję szczególną. Nie dlatego, że wszystkie wcześniejsze pokolenia były zacofane. Nie dlatego, że nie znały innych form relacji. Ale dlatego, że rozumiały coś bardzo prostego. Społeczeństwo nie odtwarza się dzięki deklaracjom polityków ani dzięki uchwałom parlamentów. Społeczeństwo trwa dzięki rodzinom.

Dlatego właśnie Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej nie mówi o szczególnej ochronie dowolnej relacji emocjonalnej. Artykuł 18 wskazuje wprost, że małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny znajduje się pod ochroną i opieką państwa. Nie jest to przypadek. Nie jest to efekt chwilowego nastroju politycznego. Jest to wyraz przekonania, że pewne instytucje mają znaczenie fundamentalne dla przetrwania wspólnoty narodowej.

Niepokój wielu obywateli nie wynika więc z niechęci wobec konkretnych osób. Wynika z doświadczenia historycznego. Ludzie widzą, jak podobne procesy przebiegały w innych krajach. Widzą, że zapewnienia składane na początku bardzo często okazują się nieaktualne kilka lat później. Widzą, że granice przesuwają się stopniowo. Widzą również, że każda kolejna zmiana przedstawiana jest jako ostateczna, po czym po pewnym czasie pojawiają się następne postulaty.

Warto też zauważyć, że spór ten nie dotyczy wyłącznie prawa. Dotyczy również kultury. Prawdziwa rewolucja zaczyna się wtedy, gdy ludzie przestają pytać, czy coś jest prawdziwe, dobre i zgodne z naturą człowieka, a zaczynają pytać wyłącznie, czy jest akceptowane przez większość. Historia zna wiele przykładów sytuacji, w których większość się myliła. Prawda nie jest produktem sondaży. Nie zależy od liczby głosów. Nie zmienia się dlatego, że zmienił się klimat polityczny.

Dlatego pytanie „Co będzie następne?” pozostaje aktualne. Nie dlatego, że ktoś chce straszyć społeczeństwo. Dlatego, że odpowiedzialni ludzie zawsze patrzą kilka kroków do przodu. Analizują konsekwencje. Zastanawiają się nad kierunkiem zmian. Próbują zrozumieć, do jakiego celu prowadzi obrana droga.

Właśnie o to toczy się dziś spór. Nie o pojedynczy przepis. Nie o jedną ustawę. Nie o jeden medialny temat. Toczy się spór o to, czy Polska zachowa cywilizacyjne fundamenty, na których została zbudowana, czy też wejdzie na drogę, którą wcześniej podążyło wiele państw Zachodu. A historia pokazuje, że kiedy społeczeństwo przestaje zadawać pytanie o kierunek marszu, bardzo często budzi się dopiero wtedy, gdy jest już daleko od miejsca, z którego wyruszyło.

pakjp pakjp pakjp pakjp gadaitoto pakjp pakjp