Świat bez Matki staje się światem sierot

Dziś Dzień Matki. Dzień wzruszeń, kwiatów, telefonów, rodzinnych spotkań i pięknych słów, które człowiek wypowiada wobec tej osoby, od której wszystko się zaczęło. Ale właśnie dzisiaj, gdy świat na chwilę zatrzymuje się nad słowem „matka”, warto zadać pytanie dużo głębsze i dużo bardziej niewygodne: czy współczesna cywilizacja naprawdę jeszcze rozumie, czym jest matka? Czy świat, który coraz częściej mówi o wolności, prawach człowieka i postępie, rzeczywiście rozumie wartość kobiety zdolnej oddać życie za drugiego człowieka? Czy może żyjemy już w epoce, która potrafi świętować Dzień Matki, a jednocześnie dzień po nim wraca do systemowego niszczenia macierzyństwa, rodziny i samego pojęcia kobiecości?

Wystarczy uczciwie spojrzeć wokół siebie. Żyjemy przecież w kulturze, która coraz częściej traktuje dziecko jako „projekt”, rodzinę jako „jedną z wielu opcji”, a poświęcenie jako oznakę słabości. Kobieta ma być dzisiaj przede wszystkim niezależna, produktywna, samowystarczalna i wolna od wszystkiego, co mogłoby wymagać trwałości, odpowiedzialności i ofiary. Świat współczesny potrafi godzinami mówić o emancypacji, ale coraz częściej nie potrafi już powiedzieć, czym naprawdę jest matczyna miłość. Potrafi organizować kampanie społeczne o „szacunku dla kobiet”, ale jednocześnie promuje cywilizację, w której dziecko pod sercem bywa przedstawiane jako przeszkoda dla kariery, planów i „samorealizacji”.

I właśnie dlatego współczesny człowiek jest coraz bardziej samotny, coraz bardziej zagubiony i coraz bardziej duchowo osierocony. Nigdy wcześniej ludzie nie mieli tylu możliwości komunikacji, a jednocześnie nigdy wcześniej nie byli tak wewnętrznie odcięci od siebie nawzajem. Nigdy wcześniej świat nie miał tylu psychologów, terapeutów, ekspertów od emocji i poradników o „szczęśliwym życiu”, a jednocześnie nigdy wcześniej nie było tylu ludzi żyjących bez sensu, bez celu i bez poczucia duchowego domu. To właśnie dlatego świat bez Matki naprawdę staje się światem sierot.

I właśnie w takim świecie Kościół od dwóch tysięcy lat wskazuje na Maryję. Nie jako sentymentalny symbol religijny. Nie jako „łagodniejszą twarz chrześcijaństwa”. Ale jako odpowiedź Boga na pychę współczesnego człowieka. Jako znak sprzeciwu wobec cywilizacji, która chce żyć tak, jakby Boga nie było. Nieprzypadkowo wielcy papieże wracali właśnie do Maryi wtedy, gdy świat pogrążał się w chaosie. Pius IX, Leon XIII, Pius XI czy Pius XII doskonale rozumieli, że człowiek odrzucający Matkę bardzo szybko zaczyna odrzucać również Boga, prawdę i samego siebie. Oni wiedzieli, że wojna z macierzyństwem jest zawsze wojną z człowiekiem.

Kiedy Pius IX ogłaszał w konstytucji Ineffabilis Deus dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, nie chodziło wyłącznie o teologiczną definicję. Był to duchowy manifest przeciwko światu, który zaczynał tracić poczucie świętości. W epoce rewolucji, liberalnej pychy i rodzącego się materializmu Kościół przypomniał światu, że istnieje kobieta całkowicie oddana Bogu, zachowana od grzechu pierworodnego i przygotowana na Matkę Zbawiciela świata. Świat współczesny coraz bardziej nie rozumie tej prawdy, ponieważ coraz bardziej nie rozumie samej świętości. Dzisiaj niewinność bywa wyśmiewana, czystość przedstawiana jako naiwność, a wierność traktowana jak życiowy absurd. Tymczasem Maryja przypomina, że człowiek nie został stworzony do życia w chaosie moralnym, ale do świętości.

To dlatego tradycja Kościoła mówiła o Maryi z tak niezwykłą czcią i z tak wielką teologiczną precyzją:

„Jest Matką Bożą; posiada zatem takiej miary czystość i świętość, że po Bogu większej świętości wyobrazić sobie nie można; jest Matką Bożą; jakiekolwiek więc któryś ze świętych otrzymał przywileje w zakresie łaski uświęcającej, ona ich przed wszystkimi dostępuje”.

To zdanie pokazuje fundamentalną prawdę chrześcijaństwa. Maryja nie jest „jedną z wielu”. Nie jest wyłącznie moralnym wzorem ani historyczną postacią. Ona została wybrana przez Boga na Matkę Jezusa Chrystusa. A skoro Chrystus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem, Maryja naprawdę jest Bożą Rodzicielką. I właśnie dlatego Kościół przez wieki tak mocno bronił Jej godności, ponieważ tam, gdzie przestaje się rozumieć Maryję, bardzo szybko przestaje się rozumieć także Chrystusa.

Pius XI w encyklice Lux Veritatis pisał w sposób niezwykle mocny o roli Maryi dla jedności chrześcijan i dla samej prawdy wiary. Papież przypominał światu Sobór Efeski i dogmat o Bożym Macierzyństwie Maryi, pokazując, że walka o Maryję była zawsze walką o Chrystusa. I właśnie tam znajdujemy słowa, które dziś brzmią niemal proroczo:

„Żywimy niezłomną nadzieję, że nasze słowa będą miłe i pożyteczne nie tylko dla was i dla wszystkich diecezjan, lecz skoro je wszyscy najdrożsi bracia i synowie od stolicy apostolskiej odłączeni rozważą i wstrząsną z miłości ku prawdzie, nie będą mogli oprzeć się powadze historii, mistrzyni życia, niejako wstrząśnięci nie odczuli przynajmniej tęsknoty za owczarnią pod jednym pasterzem i za umiłowaniem owej prawdziwej wiary przechowywanej zawsze bezpiecznie i bez uszczerbku z największą troskliwością w Kościele rzymskim”.

To nie jest język relatywizmu. To nie jest język współczesnego świata, który próbuje wmówić człowiekowi, że „każdy ma swoją prawdę”. To język Kościoła przekonanego, że prawda istnieje i że Maryja prowadzi człowieka właśnie do tej prawdy. Jak bardzo kontrastuje to z dzisiejszą cywilizacją, która coraz częściej próbuje budować „jedność” bez prawdy, „dialog” bez Ewangelii i „miłość” bez wymagań moralnych. Świat, który potrafi mówić o tolerancji, a jednocześnie coraz bardziej nienawidzi chrześcijaństwa. Świat, który usuwa krzyże z przestrzeni publicznej, ale jednocześnie domaga się bezwarunkowej akceptacji każdej ideologii.

Nieprzypadkowo także Leon XIII tak mocno wracał do Maryi i różańca. W encyklikach Octobri Mense, Adiutricem Populi oraz Iucunda Semper papież widział w różańcu nie religijną dekorację, ale broń duchową przeciwko cywilizacji odrywającej się od Boga. Leon XIII rozumiał coś, czego współczesny człowiek coraz bardziej nie pojmuje: cywilizacje nie umierają najpierw ekonomicznie. One umierają duchowo. Najpierw człowiek przestaje się modlić. Potem przestaje rozróżniać dobro i zło. Następnie zaczyna usprawiedliwiać wszystko. A na końcu nie potrafi już odróżnić prawdy od propagandy.

Czyż nie jest to opis naszych czasów? Świata, który mówi o „prawach człowieka”, a jednocześnie zabija dzieci nienarodzone. Świata, który mówi o „wolności”, ale coraz bardziej nienawidzi chrześcijaństwa. Świata, który próbuje redefiniować płeć, rodzinę i samo człowieczeństwo. Świata, który człowieka pozbawionego korzeni uważa za „nowoczesnego”, a człowieka wiernego Ewangelii za „fundamentalistę”.

To dlatego Leon XIII wskazywał na Matkę Bożą Różańcową. Wiedział bowiem, że człowiek bez Matki bardzo szybko staje się człowiekiem bez pamięci, bez tożsamości i bez duchowego domu. I właśnie dlatego współczesna wojna z rodziną jest jednocześnie wojną z Maryją, ponieważ Maryja przypomina światu coś, czego współczesna cywilizacja panicznie nie chce słyszeć: że człowiek nie jest Bogiem, że nie stworzy siebie od nowa, że istnieje dobro i zło, że istnieje natura człowieka i że bez Boga człowiek bardzo szybko zaczyna niszczyć samego siebie.

kucingjp kucingjp kucingjp kucingjp