Fiducia supplicans, Kraków i ksiądz Sęktas. Przypadek, czy ostrzeżenie?

Są dziś w Kościele ludzie, których próbuje się przedstawiać jako problem nie dlatego, że zdradzili Ewangelię, nie dlatego, że głoszą herezję, nie dlatego, że nawołują do buntu przeciw Chrystusowi, ale właśnie dlatego, że zbyt mocno przypominają o rzeczach jeszcze niedawno dla katolika oczywistych, a wśród tych ludzi coraz częściej pojawiają się młodzi kapłani, którzy nie godzą się na rozmywanie języka moralnego, na zamienianie prawdy w duszpasterską mgłę, na zastępowanie wezwania do nawrócenia miękkim językiem psychologicznego komfortu, i właśnie dlatego sprawa księdza Beniamina Sęktasa tak głęboko poruszyła ogromną część wiernych w Polsce, ponieważ wielu ludzi zobaczyło w niej nie historię „medialnego księdza”, jak próbowano to opisywać, ale historię człowieka sumienia, który stanął wobec procesu przebudowy świadomości katolickiej i powiedział jasno: dalej milczeć nie mogę.

To nie jest przypadek, że cała historia zaczyna się od „Fiducia Supplicans”, ponieważ właśnie ten dokument stał się dla ogromnej liczby wiernych symbolem czegoś dużo większego niż tylko sporu o formę błogosławieństw. Dla zwykłych katolików był to moment, w którym po raz pierwszy na tak wielką skalę zobaczyli próbę użycia języka, który jednocześnie zapewnia o niezmienności doktryny i równocześnie otwiera przestrzeń dla praktyki prowadzącej do całkowitego zamieszania moralnego. I właśnie dlatego ksiądz Sęktas reagował tak mocno, ponieważ rozumiał coś, czego część współczesnych duszpasterzy zdaje się już nie rozumieć albo nie chce rozumieć: człowiek prosty nie żyje przypisami, hermeneutyką i akademickimi komentarzami, lecz prostym komunikatem. Jeżeli widzi błogosławienie relacji pozostającej w sprzeczności z moralnością katolicką, to nie będzie analizował subtelnych rozróżnień między osobą a relacją, intencją a stanem moralnym, lecz pomyśli jedno: Kościół już nie mówi jasno.

I właśnie to było centrum sprzeciwu księdza Beniamina. Nie człowiek. Nie grzesznik. Nie osoba poraniona. Ale próba religijnego oswojenia grzechu przez duszpasterską dwuznaczność. Dlatego tak mocno wybrzmiewały jego słowa o „szkodliwej recepcji” Fiducia Supplicans w Polsce. Dlatego przypominał św. Jana Pawła II, który nauczał, że „Kościół nie może przemilczać prawdy, gdyż uchybiłby wierności wobec Boga Stwórcy i nie pomagałby człowiekowi w odróżnianiu dobra od zła”. To nie są słowa agresji. To nie są słowa radykalizmu. To są słowa klasycznego katolicyzmu, który przez dwa tysiące lat rozumiał, że miłość bez prawdy staje się sentymentalizmem, a miłosierdzie bez wezwania do nawrócenia zamienia się w duchowe znieczulenie.

I właśnie dlatego tak bardzo uderza dziś próba przedstawiania księdza Sęktasa jako człowieka szukającego rozgłosu, ponieważ każdy, kto choć trochę uczciwie przyjrzy się jego tekstom, jego wypowiedziom i jego poezji, widzi człowieka niezwykle wrażliwego, wręcz boleśnie przeżywającego to, co dzieje się w Kościele. Nie przypadkiem tak ogromnym echem odbił się jego poetycki obraz „mitr z Gazety Wyborczej”, ponieważ w tych kilku słowach zawarł coś, co wielu wiernych od dawna nosiło w sobie jako gorzkie doświadczenie: część ludzi Kościoła zaczęła bardziej obawiać się opinii liberalnych mediów niż zgorszenia wiernych i rozmycia Ewangelii. W tym obrazie jest cała tragedia współczesnego katolicyzmu zachodniego — lęk przed światem większy niż lęk przed utratą prawdy.

Bo właśnie to dziś widzimy. Można w Kościele coraz śmielej mówić językiem „nowych dróg”, „inkluzywności”, „afirmacji”, „towarzyszenia”, można budować narrację o „nowej hermeneutyce człowieka”, można przedstawiać środowiska LGBT jako ważnych partnerów procesów synodalnych, można wpuszczać do przestrzeni kościelnej ludzi jawnie mówiących o potrzebie zmiany nauki Kościoła, można organizować spotkania, świadectwa i procesy, które praktycznie oswajają wiernych z myślą, że dawna moralność była „zbyt surowa”, i wtedy bardzo często słyszymy o konieczności dialogu, słuchania, otwartości i nowej wrażliwości. Wystarczy jednak, że młody kapłan przypomni prostą prawdę: „nie błogosławi się grzechu”, a natychmiast zaczyna się opowieść o „zamęcie”, „nadgorliwości”, „braku roztropności” i „problemie medialnym”.

To właśnie dlatego sprawa listu księdza Sęktasa do kardynała Grzegorza Rysia wywołała tak ogromne emocje, ponieważ dotknęła samego centrum współczesnego kryzysu Kościoła: pytania o jedyność Jezusa Chrystusa jako Zbawiciela. Dla wielu ludzi był to moment przełomowy, bo oto młody kapłan publicznie pyta, czy można prowadzić dialog międzyreligijny w taki sposób, że zwykły wierny zaczyna odnosić wrażenie, iż Chrystus nie jest już konieczny wszystkim ludziom w tym samym sensie. A przecież to nie jest marginalny temat akademicki. To centrum chrześcijaństwa. Jeżeli Chrystus nie jest jedynym Zbawicielem, to po co krzyż, po co męka, po co Ewangelia, po co Kościół, po co misje, po co męczennicy? I właśnie dlatego jego pytania dotyczące Krakowa miały tak ogromny ciężar symboliczny. Kraków nie jest przecież zwykłą diecezją. To stolica św. Stanisława, kardynała Sapiehy i św. Jana Pawła II. To przestrzeń pamięci polskiego katolicyzmu. I właśnie dlatego wielu wiernych odebrało ten list nie jako osobisty atak, lecz jako dramatyczne wołanie o zachowanie tożsamości Kościoła.

Najbardziej charakterystyczne w całej tej historii jest jednak to, co wydarzyło się później. Najpierw pojawiają się komentarze o „młodym”, „nadgorliwym” księdzu, który „musi dojrzeć”. To klasyczny mechanizm psychologizacji człowieka, którego argumentów nie chce się podjąć uczciwie. Nie odpowiada się wtedy na pytania. Nie rozmawia się o treści. Zaczyna się mówić o emocjach, stylu, temperamencie, medialności. A później pojawia się komunikat kurii. I nagle człowiek przypominający naukę Kościoła zostaje przedstawiony jako źródło „zamętu”.

Wierni bardzo dobrze widzą ten mechanizm. Widzą, że dużo szybciej reaguje się dziś na kapłana broniącego jasności moralnej niż na ludzi rozmywających tę moralność. Widzą, że można latami flirtować z ideologicznym językiem świata i nadal być traktowanym jako człowiek dialogu, ale wystarczy zbyt mocno przypomnieć o grzechu, piekle, nawróceniu i jedyności Chrystusa, aby stać się problemem. I właśnie dlatego sprawa księdza Sęktasa tak bardzo rezonuje. Bo ogromna część wiernych ma poczucie, że nie chodzi już o jednego księdza, lecz o model Kościoła, który wyłania się na naszych oczach: Kościoła bardziej bojącego się oskarżenia o „brak otwartości” niż utraty własnej tożsamości.

Nie wolno również pomijać jego wrażliwości patriotycznej i historycznej, ponieważ ona także jest częścią tej samej walki o tożsamość. Ksiądz Sęktas bardzo wyraźnie pokazuje, że katolicyzm nie jest abstrakcyjną duchowością odklejoną od narodu, pamięci i historii. Liberalne środowiska bardzo chętnie przedstawiają dziś patriotyzm jako coś podejrzanego, jako rzekomy nacjonalizm, który należy wyrugować z przestrzeni publicznej, tymczasem Kościół zawsze rozumiał różnicę między miłością ojczyzny a jej ubóstwieniem. Człowiek bez pamięci narodowej, bez zakorzenienia i bez wspólnoty bardzo łatwo staje się materiałem do ideologicznego przekształcenia. I właśnie dlatego tak ważne są jego odniesienia do Podlasia, do pamięci lokalnych ran, do dramatów związanych z komunizmem, NKWD i trudną historią relacji polsko-prawosławnych. To nie jest „jątrzenie”. To jest przypomnienie, że pojednanie bez prawdy zamienia się w wymuszone zapomnienie.

Dzisiaj coraz wyraźniej widać, że sprawa księdza Beniamina Sęktasa stała się symbolem dużo większego konfliktu. Z jednej strony mamy Kościół Tradycji, jasnego języka moralnego, wezwania do nawrócenia, Chrystusa jako jedynego Zbawiciela, wiary rozumianej nie jako emocjonalny komfort, lecz droga krzyża prowadząca do zbawienia. Z drugiej strony coraz mocniej pojawia się model Kościoła procesów, dialogu bez granic, języka permanentnej miękkości, który bardzo często bardziej boi się jednoznaczności niż błędu. I właśnie dlatego ludzie tacy jak ksiądz Sęktas stają się niewygodni, ponieważ przypominają, że Ewangelia nigdy nie była projektem poprawności społecznej. Chrystus nie został ukrzyżowany za to, że wszystkich uspokajał. Został ukrzyżowany dlatego, że mówił prawdę zbyt jasno.

Najbardziej dramatyczna pozostaje jednak samotność takich kapłanów. Samotność człowieka, który nagle zaczyna widzieć, że wielu ludzi, którzy wcześniej bili brawo po cichu, zaczyna milczeć, gdy pojawia się cena. A przecież właśnie wtedy najbardziej potrzebna jest modlitwa i solidarność wiernych. Nie histeryczna. Nie buntownicza. Ale głęboko katolicka. Wsparcie dla kapłana, który przypomina rzeczy jeszcze niedawno dla Kościoła oczywiste. Bo jeżeli młodzi księża zobaczą, że za jasność trzeba zapłacić samotnością, a za dwuznaczność można otrzymać spokój i akceptację świata, to będziemy świadkami jednego z największych kryzysów duchowych współczesnego katolicyzmu.

I może właśnie dlatego sprawa księdza Beniamina Sęktasa tak bardzo boli. Bo wielu wiernych widzi w niej nie problem jednego człowieka, lecz lustro pokazujące prawdziwy stan współczesnego Kościoła.

kucingjp kucingjp kucingjp kucingjp