Selekcja się skończyła. Tylko powiedz wszystkim

Najbardziej obrzydliwą formą hipokryzji nie jest dziś już zwykłe kłamstwo, ale moralność stosowana wybiórczo, zależnie od tego, kto siedzi po właściwej stronie politycznego i medialnego stołu. I właśnie dlatego sprawa Kłodzka wywołała tak ogromny gniew ludzi, którzy przez lata byli karmieni opowieścią o „bezkompromisowym dziennikarstwie”, „walce o prawdę” i „staniu po stronie ofiar bez względu na wszystko”. Bo kiedy temat dotyczył Kościoła katolickiego, duchownych albo środowisk konserwatywnych, wtedy uruchamiała się cała machina emocjonalna: wielkie dokumenty, dramatyczna muzyka, wywiady pełne moralnego wzburzenia, publiczne oskarżenia i niekończące się komentarze o „systemowym złu”, które trzeba rozliczyć do końca, bez litości i bez taryfy ulgowej.

A potem przyszło Kłodzko.

I nagle okazało się, że ten sam świat medialnych autorytetów, który jeszcze chwilę wcześniej przedstawiał siebie jako ostatnich sprawiedliwych walczących o prawdę, potrafi dziwnie zamilknąć, kiedy sprawa zaczyna dotykać środowisk politycznych i ideowych, które przez lata budowały ich pozycję, wynosiły ich na piedestał i przedstawiały jako moralnych sędziów całego społeczeństwa. I właśnie tutaj cała ta konstrukcja zaczyna się sypać, ponieważ ludzie po raz pierwszy na taką skalę zobaczyli, że być może nigdy nie chodziło wyłącznie o prawdę i dobro ofiar, ale o bardzo konkretną selekcję tematów, odpowiednio dobranych sprawców i odpowiednio ustawioną narrację medialną.

Bo przecież nie mówimy tutaj o drobnej aferze obyczajowej ani internetowym skandalu, który można zamknąć wzruszeniem ramion. Mówimy o sprawie według medialnych relacji potwornej, ciężkiej moralnie i wstrząsającej społecznie, obejmującej dramat dzieci, wyroki sądowe, gigantyczną ilość materiałów dowodowych i oskarżenia tak ciężkie, że gdyby pojawiły się w odpowiednim środowisku ideologicznym, prawdopodobnie przez pół roku oglądalibyśmy specjalne wydania programów, dokumenty w największych stacjach telewizyjnych i kolejne emocjonalne tyrady o „konieczności oczyszczenia systemu”.

Ale tutaj zapadła cisza.

I właśnie ta cisza jest dziś oskarżeniem mocniejszym niż jakikolwiek komentarz.

Bo ludzie zaczęli zadawać pytanie, którego media panicznie nie chcą dziś słyszeć: dlaczego Tomasz Sekielski i środowiska budujące przez lata własną moralną wyższość na tropieniu patologii w Kościele nagle nie wykazują tej samej pasji, tej samej furii i tej samej „misji ujawniania prawdy”, kiedy sprawa zaczyna dotykać politycznych środowisk progresywnych oraz ludzi należących do obozu, który przez lata wspierał ich medialnie i ideologicznie?

I właśnie tutaj wychodzi na jaw coś znacznie bardziej niebezpiecznego niż pojedyncza hipokryzja konkretnego dziennikarza. Wychodzi na jaw cały system podwójnych standardów, w którym jedne ofiary stają się paliwem medialnym i politycznym, a inne stają się problemem do szybkiego wygaszenia. Jedne tragedie służą budowaniu wielkich narracji o „ciemnocie”, „systemowym złu” i „konieczności walki z opresją”, a inne trzeba możliwie szybko przykryć ciszą, zanim społeczeństwo zacznie zadawać niewygodne pytania o to, kto naprawdę ustala dziś hierarchię moralnego oburzenia.

Najbardziej odrażające w tym wszystkim jest jednak coś jeszcze: przez lata ludziom wmawiano, że chodzi wyłącznie o dobro dzieci i ofiar, podczas gdy coraz wyraźniej widać, że w wielu przypadkach chodziło również o polityczne uderzenie w Kościół katolicki jako ostatnią dużą instytucję stojącą na drodze ideologicznej przebudowy społeczeństwa. Bo jeśli naprawdę chodziłoby wyłącznie o ofiary, wtedy każda sprawa byłaby traktowana z identyczną brutalnością medialną, identycznym naciskiem i identycznym moralnym gniewem, niezależnie od tego, czy dotyczy księdza, polityka, celebryty czy człowieka związanego ze środowiskami progresywnymi.

Tymczasem rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.

Kiedy sprawa dotyczy Kościoła, media potrafią miesiącami pompować atmosferę zbiorowej odpowiedzialności, sugerując niemal, że całe chrześcijaństwo jest skażone i wymaga publicznego upokorzenia. Kiedy jednak pojawia się dramat uderzający w środowiska polityczne oraz ideologiczne przedstawiające siebie jako „nowoczesne”, „postępowe” i „wrażliwe społecznie”, nagle słyszymy o „ostrożności”, „potrzebie wyjaśnień” albo po prostu obserwujemy ciszę, która ma przeczekać temat, aż społeczeństwo zajmie się czymś innym.

I właśnie wtedy człowiek zaczyna rozumieć, że współczesne media coraz częściej nie pełnią już roli strażników prawdy, ale operatorów emocji społecznych. Wskazują ludziom, wobec kogo należy odczuwać gniew, które środowiska mają zostać publicznie napiętnowane i które tragedie mają być eksploatowane miesiącami jako symbol „systemowego zła”. Wszystko inne należy wygasić albo rozmyć, zanim zagrozi odpowiedniej narracji politycznej.

To dlatego temat Kłodzka tak mocno uderzył w społeczne emocje, ponieważ ludzie po raz pierwszy na taką skalę zobaczyli brutalną prawdę: że w dzisiejszym świecie cierpienie ofiar bardzo często nie jest już traktowane jednakowo, ale filtrowane przez ideologiczny interes i medialną użyteczność. A kiedy społeczeństwo zaczyna dostrzegać, że prawda stała się wybiórcza, wtedy rozpada się ostatni fundament zaufania do świata medialnych autorytetów.

Bo prawda albo obowiązuje wszystkich tak samo, albo przestaje być prawdą i staje się jedynie narzędziem wojny kulturowej prowadzonej pod płaszczykiem moralności.

I właśnie dlatego ludzie są dziś tak wściekli.

Nie tylko przez samą aferę.

Ale przez świadomość, że przez lata mogli być karmieni nie pełną prawdą, lecz starannie wyselekcjonowaną narracją, w której jednych trzeba było publicznie niszczyć, a innych za wszelką cenę chronić przed identycznym medialnym ogniem.

pakjp pakjp pakjp pakjp katakjp katakjp katakjp katakjp katakjp katakjp katakjp katakjp