Hejter w sutannie

Czy naprawdę żyjemy jeszcze w rzeczywistości, w której można spokojnie zadawać pytania o szkołę, wychowanie dzieci, prawa rodziców i kierunek zmian kulturowych, czy może weszliśmy już w etap, w którym samo postawienie pytania staje się powodem do publicznego napiętnowania? Bo dokładnie z czymś takim mamy dziś do czynienia, gdy minister edukacji Barbara Nowacka w programie „Graffiti” w Polsat News używa wobec abp. Marka Jędraszewskiego określenia „hejter w sutannie”, próbując przedstawić hierarchy nie jako uczestnika debaty publicznej, nie jako człowieka odwołującego się do historii, wychowania i pamięci narodowej, ale jako figurę agresji, symbol czegoś rzekomo moralnie podejrzanego i społecznie niebezpiecznego.

I właśnie tutaj zaczyna się największy paradoks całej tej sytuacji.

Bo z jednej strony słyszymy nieustanne apele o walkę z hejtem, o odpowiedzialność za słowa, o kulturę debaty, o szacunek wobec drugiego człowieka, o przeciwdziałanie mowie nienawiści, a z drugiej strony dokładnie ci sami ludzie, którzy najgłośniej nawołują do „języka szacunku”, bez najmniejszego problemu wrzucają do przestrzeni publicznej określenia mające człowieka ośmieszyć, zdegradować i sprowadzić do poziomu internetowego agresora. I nie chodzi tu wyłącznie o osobę abp. Marka Jędraszewskiego. Chodzi o mechanizm znacznie szerszy i znacznie groźniejszy.

Bo kiedy biskup zostaje nazwany „hejterem w sutannie”, to nie jest zwykły komentarz polityczny. To jest komunikat wysłany do całego społeczeństwa: każdy, kto podważa obowiązującą narrację, każdy, kto przypomina o prawach rodziców, każdy, kto mówi o historii, kulturze, chrześcijańskiej antropologii czy granicach ingerencji państwa w wychowanie dzieci, może zostać publicznie oznaczony jako ktoś, z kim nie trzeba rozmawiać, bo został już wcześniej moralnie skompromitowany.

I tutaj trzeba postawić pytanie fundamentalne: kto naprawdę wprowadza język hejtu do debaty publicznej?

Czy człowiek, który ostrzega przed ograniczaniem roli rodziców i przed redukowaniem szkoły do miejsca ideologicznej formacji? Czy może człowiek, który zamiast odpowiedzieć na argumenty, wybiera język pogardy i medialnej etykiety?

Bo przecież abp. Jędraszewski nie mówił o pogodzie, nie mówił o sprawach błahych i nie próbował nikogo obrażać dla samej prowokacji. Odwoływał się do bardzo konkretnego doświadczenia historycznego, które w Polsce powinno wywoływać szczególną wrażliwość. Mówił o niebezpieczeństwie edukacji redukowanej do poziomu produkowania człowieka użytecznego, pozbawionego głębszego zakorzenienia w historii, kulturze i tożsamości. I można się z jego analogią spierać, można dyskutować o proporcjach, można uważać, że użył zbyt mocnego obrazu, ale nie można uczciwie udawać, że odpowiedzią na argument historyczny jest nazwanie człowieka „hejterem”.

To nie jest odpowiedź. To jest unieważnienie rozmówcy.

I właśnie w tym miejscu warto zobaczyć szerszy obraz. Bo ten mechanizm nie dotyczy tylko Kościoła. Dzisiaj najpierw etykietuje się biskupa, jutro nauczyciela, pojutrze rodzica, który nie zgadza się z określoną wizją wychowania. Najpierw mówi się: „hejter w sutannie”, potem „fanatyk”, „oszołom”, „ciemnogród”, „szerzyciel nienawiści”, aż w końcu człowiek zaczyna bać się zabierać głos, bo wie, że zamiast dyskusji zostanie publicznie napiętnowany.

I to jest najbardziej niebezpieczne.

Bo społeczeństwo nie umiera wtedy, kiedy ludzie się spierają. Społeczeństwo zaczyna umierać wtedy, kiedy jedna strona przestaje odpowiadać na argumenty, a zaczyna zarządzać emocjami i etykietami. Kiedy zamiast logiki pojawia się psychologiczna presja. Kiedy zamiast debaty mamy moralny szantaż. Kiedy obywatel ma nie myśleć, tylko reagować odruchem: „ten człowiek został nazwany hejterem, więc nie warto go słuchać”.

A przecież sedno całego sporu nie dotyczy jednego słowa. Sedno dotyczy szkoły, dzieci i prawa rodziców do wychowania zgodnie z własnymi przekonaniami. Dotyczy pytania, czy państwo ma być partnerem rodziny, czy jej ideologicznym korektorem. Dotyczy pytania, czy szkoła ma jeszcze wychowywać człowieka zakorzenionego w kulturze i historii, czy tylko człowieka funkcjonalnego, podatnego na aktualne trendy społeczne i kulturowe.

I dlatego tak ważne są słowa abp. Tadeusza Wojdy, który przypomniał o art. 48 Konstytucji RP mówiącym, że to rodzice mają pierwotne i niezbywalne prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. To nie jest marginalny zapis. To fundament całego porządku społecznego. Państwo może wspierać rodziców, może organizować edukację, może pomagać rodzinie, ale nie może zachowywać się tak, jakby dziecko było własnością ministerstwa, a rodzic jedynie dodatkiem do procesu wychowawczego.

I właśnie dlatego pytania o edukację zdrowotną są pytaniami poważnymi. Nie dlatego, że ktoś jest przeciwnikiem zdrowia czy bezpieczeństwa dzieci. To absurdalne uproszczenie. Problem polega na tym, że pod pojęciem „edukacji zdrowotnej” coraz częściej ukrywa się całą wizję człowieka, relacji, seksualności i rodziny, a kiedy rodzice lub Kościół pytają o granice tej wizji, słyszą, że „nie rozumieją”, „są aroganccy” albo „sieją nienawiść”.

To jest dokładnie ten moment, w którym walka z hejtem zamienia się w narzędzie politycznego i kulturowego nacisku.

Bo jeśli człowieka można uciszyć samą etykietą, to nie trzeba już wygrywać argumentami.

I tutaj wraca sprawa języka. Ludzie bardzo często nie zauważają, jak ogromną władzę mają słowa. Nazwanie kogoś „hejterem” nie jest neutralne. To jest próba ustawienia odbiorcy emocjonalnie jeszcze przed rozpoczęciem rozmowy. To jest stworzenie wrażenia, że druga strona nie kieruje się troską, odpowiedzialnością czy przekonaniem, ale agresją i złymi intencjami.

Tylko że w takim razie trzeba zapytać jeszcze raz: kto tu naprawdę używa języka pogardy?

Czy biskup mówiący o zagrożeniach związanych z kierunkiem zmian kulturowych? Czy minister, która publicznie redukuje hierarchy Kościoła do obraźliwej etykiety?

Bo nie da się jednocześnie budować własnego wizerunku jako obrońcy debaty wolnej od nienawiści i samemu używać języka, który ma człowieka publicznie ośmieszyć. Nie da się apelować o szacunek, jednocześnie odmawiając go ludziom myślącym inaczej. Nie da się mówić o tolerancji, jednocześnie pokazując, że określone poglądy mają być wypchnięte poza granice dopuszczalnej rozmowy.

I właśnie dlatego ta sprawa jest tak ważna.

Bo dzisiaj nie chodzi już tylko o jeden program w Polsat News, o jedną wypowiedź czy jeden medialny konflikt. Chodzi o pytanie, czy Polska będzie jeszcze krajem, w którym rodzic, nauczyciel, ksiądz, profesor czy zwykły obywatel mogą powiedzieć: „mam wątpliwości”, „nie zgadzam się”, „chcę dyskusji”, bez ryzyka natychmiastowego napiętnowania.

Jeżeli bowiem społeczeństwo zaczyna bać się pytań, to wcześniej czy później przestaje być społeczeństwem wolnych ludzi.

A wtedy szkoła naprawdę przestaje wychowywać człowieka myślącego.

Zaczyna wychowywać człowieka posłusznego.

pakjp pakjp pakjp pakjp katakjp katakjp katakjp katakjp katakjp katakjp katakjp katakjp