Jest coś głęboko niepokojącego – i nie da się tego już przykryć ani stylem, ani cytatami, ani odwołaniem do emocji – w fakcie, że list pasterski, który z natury powinien być jasnym, prostym i odważnym głosem skierowanym do wiernych, pojawia się jako dokument objęty embargiem, z precyzyjnie wyznaczoną godziną publikacji, z zakazem wcześniejszego udostępniania, jakby nie chodziło o prawdę, która z natury chce być głoszona otwarcie i bez lęku, ale o treść, którą trzeba najpierw „ułożyć w czasie”, kontrolować jej wejście w przestrzeń publiczną, przygotować grunt pod reakcję, a może nawet zdążyć ją oswoić zanim ktokolwiek zacznie zadawać pytania.
I właśnie to powinno zapalić pierwszą lampkę ostrzegawczą, bo jeśli coś wymaga takiego zarządzania, to znaczy, że nie jest to tekst neutralny, że dotyka sprawy poważnej, że wprowadza coś, co nie jest oczywiste, co może zostać zakwestionowane, co – mówiąc wprost – może zostać odczytane jako przesunięcie granic, które do tej pory wydawały się nienaruszalne.
Bo ten list nie jest tylko wspomnieniem wizyty sprzed czterdziestu lat, nie jest tylko przypomnieniem gestu Jana Pawła II, nie jest tylko wezwaniem do przezwyciężenia antysemityzmu, choć właśnie na tych elementach buduje się jego pierwsze, najbardziej miękkie i bezpieczne wrażenie, które ma rozbroić czujność czytelnika i ustawić go w pozycji odbiorcy, który już na starcie ma przyjąć, że wszystko, co dalej usłyszy, mieści się w przestrzeni oczywistego dobra.
Problem polega na tym, że to, co najważniejsze, nie znajduje się w tych pierwszych, emocjonalnie bezpiecznych akapitach, ale w zdaniach, które padają później, w sformułowaniach, które na pierwszy rzut oka brzmią spokojnie, wręcz pojednawczo, ale które – jeśli potraktować je poważnie, a nie jako retoryczną dekorację – mają konsekwencje teologiczne, których nie da się zignorować bez rozbicia samego fundamentu wiary.
Bo kiedy czytamy, że „religia żydowska nie jest dla naszej religii zewnętrzna, lecz w pewien sposób wewnętrzna”, to nie mamy do czynienia z uprzejmym gestem, tylko z twierdzeniem, które ustawia judaizm nie jako etap przygotowujący na przyjście Chrystusa, nie jako historię, która znajduje swoje wypełnienie, ale jako rzeczywistość wciąż żywą, aktualną, trwającą w sposób, który nie został zamknięty ani przekroczony w wydarzeniu Wcielenia i Odkupienia.
Kiedy czytamy, że „Bóg nie odwołał Pierwszego Przymierza” i że „Izrael pozostaje nadal narodem wybranym”, to znowu nie jest to niewinne przypomnienie wierności Boga, ale teza, która – jeśli nie zostanie natychmiast i jednoznacznie odniesiona do Chrystusa jako wypełnienia i jedynej drogi zbawienia – zaczyna funkcjonować jako samodzielna konstrukcja, sugerująca, że istnieje jakaś forma trwania relacji zbawczej poza Nim, obok Niego, równolegle do Niego.
I właśnie tutaj trzeba przestać udawać, że problemu nie ma, że to tylko kwestia interpretacji, że „tak naprawdę wszyscy się zgadzamy”, tylko używamy innych słów, bo to nie jest prawda, to jest ucieczka.
Bo jeśli przymierze trwa w sposób, który nie wymaga uznania Chrystusa jako Mesjasza i Zbawiciela, jeśli można mówić o uczestnictwie w Bożym zbawieniu bez wyraźnego odniesienia do Niego, jeśli można to zamknąć w zdaniu: „jak to jest możliwe – pozostaje tajemnicą Bożą”, to nie jest już tylko napięcie teologiczne, to jest faktyczne rozmycie tego, co zostało objawione jednoznacznie.
Chrystus nie zostawił przestrzeni na interpretacyjne wygibasy, nie powiedział: „Ja jestem jedną z dróg”, nie powiedział: „Ja jestem drogą dla tych, którzy Mnie wybiorą, ale inni mają swoje ścieżki”, tylko powiedział w sposób absolutny i niepodlegający negocjacjom: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie”.
To zdanie nie jest metaforą.
To zdanie jest granicą.
I jeśli jakikolwiek dokument zaczyna funkcjonować w taki sposób, że tę granicę rozmywa, że wprowadza język, który pozwala ją obejść, że sugeruje możliwość równoległości, to nie mamy do czynienia z pogłębieniem dialogu, tylko z osłabieniem prawdy.
Nie chodzi tu o wrogość wobec kogokolwiek, nie chodzi o odrzucenie szacunku, nie chodzi o negowanie wspólnych korzeni, nie chodzi o cofanie historii i udawanie, że nic się nie wydarzyło, chodzi o coś znacznie poważniejszego – o zachowanie jasności, że zbawienie nie jest kategorią kulturową, nie jest kategorią historyczną, nie jest kategorią dialogiczną, tylko jest rzeczywistością, która ma jedno źródło i jedno imię.
I właśnie dlatego ten tekst w całości musi zostać odrzucony nie jako zbiór zdań, nie jako gest pamięci, nie jako próba pojednania na poziomie ludzkim, ale jako konstrukcja, która – pod pozorem dobra – wprowadza niebezpieczną dwuznaczność w samym centrum wiary, bo jeśli pozwolimy, żeby takie sformułowania zaczęły funkcjonować bez sprzeciwu, jeśli przyjmiemy je „bo tak wypada”, „bo to list pasterski”, „bo nie chcemy konfliktu”, to za chwilę ta dwuznaczność stanie się normą, potem oczywistością, a na końcu nowym punktem odniesienia, z którego już nie będzie powrotu.
Embargo tego nie ukryje. Cytaty tego nie usprawiedliwią. Autorytet tego nie unieważni.
Bo prawda nie potrzebuje zarządzania.
Prawda nie potrzebuje miękkiego wejścia.
Prawda nie potrzebuje języka, który coś sugeruje zamiast mówić wprost.
Prawda potrzebuje jasności.
A tutaj tej jasności nie ma.
Dlatego nie wystarczy powiedzieć: „trzeba to przemyśleć”.
Nie wystarczy powiedzieć: „to jest trudne”.
Nie wystarczy powiedzieć: „to wymaga dialogu”.
Trzeba powiedzieć jasno: nie ma dwóch dróg zbawienia.
Nie ma równoległych przymierzy w sensie zbawczym.
Nie ma miejsca na konstrukcję, w której Chrystus przestaje być absolutnym centrum.
I jeśli jakikolwiek tekst – nawet podpisany przez autorytety – zaczyna to zacierać, to nie jest to już kwestia interpretacji. To jest kwestia wierności.
Jest coś absolutnie uderzającego i – nie bójmy się tego słowa – kompromitującego w tym komunikacie końcowym, w którym z jednej strony biskupi podpisują się pod listem, nadają mu rangę oficjalnego nauczania, kierują go do wiernych jako materiał duszpasterski do odczytania w Kościele, a z drugiej strony tym samym dokumentem mówią: „możesz, ale nie musisz”, „drogi księże, wykorzystaj – jeśli chcesz”, „jeśli uznasz za stosowne”, jakbyśmy nie mieli do czynienia z prawdą, która zobowiązuje, tylko z propozycją interpretacyjną, którą można przyjąć albo pominąć, w zależności od wrażliwości, klimatu parafii czy osobistego uznania.
Bo jeśli coś jest prawdą – nie jest opcjonalne. Jeśli coś jest nauczaniem – nie jest sugestią. Jeśli coś dotyczy zbawienia – nie jest dodatkiem do duszpasterstwa.
I to jest pierwszy zgrzyt, którego nie da się zamieść pod dywan. Pamietajmy o tym, że nie można jednocześnie podpisywać się pod dokumentem jako pasterz Kościoła i wysyłać sygnału: „to nie jest konieczne”, „to nie jest wiążące”, „to jest do rozważenia”. To nie jest styl Kościoła, który przez dwa tysiące lat mówił jasno, nawet gdy było to niewygodne, nawet gdy prowadziło to pod prąd świata, nawet gdy oznaczało konflikt, a nie wygodny dialog.
I teraz dochodzimy do sedna. Bo ten list – niezależnie od tego, jak bardzo zostanie obudowany językiem pojednania, emocji, historii, gestów – wprowadza napięcie w samym centrum wiary, bo zestawia ze sobą dwie rzeczywistości w sposób, który nie jest neutralny: trwałość przymierza i jedyność Chrystusa.
A Tradycja Kościoła w tej sprawie jest jednoznaczna. Nie ma w niej ani jednego miejsca, ani jednego Ojca Kościoła, ani jednego soboru, ani jednego papieża, który nauczałby o dwóch równorzędnych drogach zbawienia. Nie ma takiej linii. Nie ma takiej tezy. Nie ma takiej możliwości.
Chrystus nie jest jedną z dróg. Chrystus nie jest drogą równoległą. Chrystus nie jest propozycją. Chrystus jest jedyną drogą.
I jeśli jakikolwiek dokument zaczyna operować językiem, który sugeruje możliwość istnienia jakiejś formy zbawienia poza wyraźnym odniesieniem do Niego, to nie jest to rozwój doktryny – to jest jej rozmycie.
Nie można powiedzieć: przez 1500 lat Kościół się mylił, a teraz nagle odkryliśmy coś nowego.
Nie można powiedzieć: wcześniej interpretowaliśmy to źle, a dziś mamy „pełniejszy obraz”.
Nie można powiedzieć: teraz rozumiemy lepiej, więc zmieniamy akcenty, które w praktyce zmieniają sens.
Kościół to nie jest struktura, która co kilkadziesiąt lat aktualizuje swoją doktrynę jak instrukcję obsługi.
Kościół nie jest Świadkami Jehowy, którzy jednego dnia uczą tak, a drugiego inaczej, tłumacząc to „nowym światłem”. Kościół opiera się na Objawieniu, które zostało dane raz na zawsze, i które może być pogłębiane, ale nie może być odwracane ani relatywizowane.
A tutaj mamy właśnie próbę takiego przesunięcia – nie wprost, nie brutalnie, ale miękko, językiem, który daje się różnie interpretować, który zostawia przestrzeń niedopowiedzenia, który pozwala jednocześnie powiedzieć „tak” i „nie”, w zależności od tego, kto czyta.
I właśnie dlatego to jest groźne, ponieważ błędy, które przychodzą wprost, łatwo odrzucić. Najgroźniejsze są te, które przychodzą w formie półprawdy.
Dlatego ten list nie jest „jedną z wielu opinii”. Nie jest „tekstem do refleksji”. Nie jest „materiałem duszpasterskim do wykorzystania lub nie”. Jest dokumentem, pod którym podpisali się biskupi, a który jednocześnie wprowadza niejasność tam, gdzie Kościół przez wieki mówił jasno.
I właśnie dlatego nie wystarczy go „przyjąć z życzliwością”. Trzeba go skonfrontować z Tradycją. Trzeba go zestawić z Ewangelią.
Trzeba go zmierzyć z tym, co Kościół zawsze nauczał. Bo jeśli tego nie zrobimy, to za chwilę okaże się, że to, co jeszcze wczoraj było nie do pomyślenia, dziś staje się „jedną z interpretacji”, a jutro stanie się obowiązującym standardem. A wtedy nie będziemy już dyskutować o liście. Tylko o tym, czy wciąż mówimy o tej samej wierze.