Polscy naziści? Sąd vs Roszkowski. Co się dzieje z MEN?

Czy minister edukacji może publicznie powiedzieć o podręczniku akademickiego historyka, że „kłamstwo było na każdej stronie”, a następnie tłumaczyć to „swobodą poetycką”? To pytanie nie dotyczy wyłącznie jednego sporu sądowego ani jednej wypowiedzi, która wywołała medialną burzę. To pytanie sięga znacznie głębiej – do samego fundamentu życia publicznego, do standardów debaty, do odpowiedzialności za słowo, a w konsekwencji do tego, jak kształtowana jest świadomość kolejnych pokoleń.

Sprawa, która rozpoczęła się 12 października 2024 roku podczas konwencji Platformy Obywatelskiej, nie była jedynie ostrą, polityczną wypowiedzią wpisującą się w dynamikę kampanii czy bieżącego sporu. Słowa o „kłamstwie na każdej stronie” podręcznika autorstwa prof. Wojciecha Roszkowskiego padły w kontekście edukacji – a więc przestrzeni, która z definicji powinna być szczególnie chroniona przed uproszczeniami, emocjonalnymi etykietami i retorycznymi skrótami. To właśnie edukacja jest miejscem, gdzie młody człowiek uczy się rozróżniać fakty od opinii, argument od manipulacji, historię od jej interpretacji. Kiedy więc język polityczny zaczyna wkraczać w tę przestrzeń w formie radykalnych, absolutyzujących ocen, pojawia się realne zagrożenie, że granice te zaczną się zacierać.

Proces, który ruszył w lutym 2026 roku przed Sądem Okręgowym w Warszawie, nadał tej sprawie zupełnie inny wymiar. Przestała ona być wyłącznie elementem debaty medialnej, a stała się przedmiotem oceny prawnej. Prof. Roszkowski uznał, że tak sformułowana wypowiedź godzi w jego dobra osobiste – w reputację naukowca, autora podręcznika, człowieka, który przez lata budował swoją pozycję w świecie akademickim. Żądanie odszkodowania w wysokości 1000 zł za każdą z 512 stron podręcznika miało nie tylko wymiar finansowy, ale przede wszystkim symboliczny. Było próbą pokazania, że słowo – zwłaszcza wypowiedziane przez osobę pełniącą funkcję publiczną – ma swoją wagę i konsekwencje.

Linia obrony przyjęta przez minister Barbarę Nowacką wprowadziła do tej sprawy element, który dla wielu obserwatorów stał się szczególnie problematyczny. Tłumaczenie, że określenie „na każdej stronie” było jedynie figurą retoryczną, licentia poetica, otwiera bowiem bardzo poważne pytanie: gdzie przebiega granica między dopuszczalną metaforą a stwierdzeniem, które może być odebrane jako zarzut o charakterze faktycznym? Czy osoba odpowiedzialna za system edukacji może pozwolić sobie na język, który wprowadza tak daleko idące uogólnienia, a następnie uchylać się od ich konsekwencji, odwołując się do stylistyki wypowiedzi?

Wyrok sądu, choć nieprawomocny, częściowo przyznał rację autorowi podręcznika, zobowiązując minister do opublikowania przeprosin. Jednocześnie jednak sposób rozliczenia kosztów procesu wywołał zdziwienie i pytania o logikę całego rozstrzygnięcia. Z jednej strony uznano naruszenie dóbr osobistych, z drugiej – to powód został obciążony znaczną częścią kosztów postępowania. Ta ambiwalencja tylko pogłębiła wrażenie, że mamy do czynienia z sytuacją, która wymyka się prostym kategoriom zwycięstwa i porażki, a jednocześnie unaocznia złożoność relacji między prawem, polityką i językiem publicznym.

Jednak nawet gdyby tej sprawy sądowej nie było, problem pozostałby aktualny. Bo nie jest to odosobniony przypadek. Wypowiedzi minister edukacji już wcześniej wywoływały poważne kontrowersje, które dotykały niezwykle wrażliwych obszarów pamięci historycznej i wychowania. Słowa o „polskich nazistach”, które pojawiły się w kontekście II wojny światowej, pokazały, jak łatwo jedno zdanie może uruchomić lawinę reakcji, ponieważ dotyka kwestii fundamentalnych dla tożsamości narodowej. Tłumaczenie tej wypowiedzi jako przejęzyczenia i późniejsze przeprosiny nie zamknęły dyskusji, a raczej pokazały, jak wielka odpowiedzialność spoczywa na osobach publicznych za precyzję języka, którego używają.

Podobnie było w przypadku wypowiedzi z 4 września 2025 roku, kiedy przeciwników edukacji zdrowotnej określono jako działających „na rzecz pornolobby i seksualizacji dzieci”. To sformułowanie, niezwykle mocne i jednoznaczne, natychmiast spolaryzowało debatę, przesuwając ją z poziomu argumentów merytorycznych na poziom oskarżeń i emocji. W takim klimacie bardzo trudno o rzeczową rozmowę, ponieważ język przestaje być narzędziem komunikacji, a staje się narzędziem walki.

Równolegle pojawiają się sygnały płynące nawet z wnętrza środowiska rządzącego, które wskazują na problemy w procesie podejmowania decyzji dotyczących edukacji. Kontrola przeprowadzona przez posła Marcina Józefaciuka w Ministerstwie Edukacji Narodowej, dotycząca zmian w zakresie prac domowych, ujawniła brak analiz, brak dokumentacji procesu decyzyjnego, brak planu monitorowania skutków reformy. To już nie jest kwestia języka, ale kwestia standardów zarządzania systemem edukacji. A jednak obie te sfery – język i decyzje – są ze sobą ściśle powiązane. Bo sposób, w jaki mówi się o edukacji, wpływa na sposób, w jaki się ją kształtuje.

W tym wszystkim pojawia się pytanie, które wydaje się najważniejsze: czy język polityki zaczyna dziś kształtować język szkoły? Jeżeli w przestrzeni publicznej dopuszczalne stają się skrajne uproszczenia, mocne etykiety i retoryczne skróty, to istnieje realne ryzyko, że podobny sposób myślenia zacznie przenikać do edukacji. A wtedy szkoła przestaje być miejscem formowania samodzielnego myślenia, a zaczyna być przestrzenią reprodukowania określonych narracji.

To nie jest tylko spór o jeden podręcznik, jedną wypowiedź czy jeden proces. To jest pytanie o standard debaty publicznej w Polsce. O to, czy słowo wypowiedziane przez osobę pełniącą funkcję publiczną ma jeszcze swoją wagę, czy staje się jedynie elementem gry politycznej, który można dowolnie interpretować i reinterpretować w zależności od potrzeb. To jest pytanie o to, czy edukacja pozostanie przestrzenią poszukiwania prawdy, czy stanie się kolejnym polem walki narracji.

Bo jeśli młody człowiek ma nauczyć się myśleć, musi najpierw zobaczyć, że słowo ma znaczenie. Że nie jest obojętne, jak się mówi i co się mówi. Że istnieje różnica między oceną a oskarżeniem, między metaforą a stwierdzeniem faktu. Jeśli ta różnica zniknie w przestrzeni publicznej, bardzo trudno będzie ją utrzymać w szkole.

Dlatego ta sprawa nie powinna być traktowana jako kolejny epizod politycznego sporu, który za chwilę zostanie przykryty następnym tematem. To jest moment, który zmusza do refleksji nad tym, w jakim kierunku zmierza debata publiczna i jaką rolę odgrywa w niej edukacja. Bo od tego, jakie standardy przyjmiemy dziś, zależy to, jak będą myśleć i rozumieć świat ci, którzy jutro przejmą odpowiedzialność za jego kształt.