13 kwietnia stanąłem przy ruinach dawnej synagogi w Krzepicach i odmówiłem modlitwę, którą Kościół zanosił przez wieki w liturgii Wielkiego Piątku:
„Oremus et pro Iudaeis: ut Deus et Dominus noster auferat velamen de cordibus eorum; ut et ipsi agnoscant Iesum Christum Dominum nostrum”.
„Módlmy się i za Żydów: aby Bóg i Pan nasz zdjął zasłonę z ich serc, aby i oni uznali Jezusa Chrystusa, Pana naszego”.
I właśnie wtedy uderzyło mnie najmocniej, jak ogromna rewolucja dokonała się w Kościele w ciągu ostatnich dekad. Rewolucja nie tylko języka, ale samego myślenia o judaizmie rabinicznym, o misji Kościoła i o wyjątkowości Chrystusa.
Przez dwa tysiące lat sprawa była dla chrześcijaństwa jasna. Kościół modlił się o nawrócenie wszystkich narodów, ponieważ wierzył, że Jezus Chrystus jest jedynym Zbawicielem świata. Nie było „dwóch równoległych dróg”. Nie było teologii podwójnego przymierza. Nie było przekonania, że jedna religia może zostać zbawiona przez Chrystusa bez uznania Chrystusa.
Była Ewangelia.
Były słowa św. Piotra:
„Nie ma w żadnym innym zbawienia.”
(Dz 4,12)
Były słowa samego Chrystusa:
„Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie.”
(J 14,6)
I była nieprzerwana tradycja modlitwy, liturgii i nauczania, która traktowała judaizm rabiniczny jako religię pozostającą poza pełnią Objawienia po odrzuceniu Mesjasza.
Dziś wielu ludzi próbuje udawać, że to wszystko właściwie nigdy nie istniało. Że Kościół „źle rozumiał” własną misję przez dwadzieścia wieków. Że trzeba napisać relację chrześcijaństwa do judaizmu od nowa. I właśnie tutaj pojawia się dokument, który stał się punktem zwrotnym całej tej zmiany — Nostra aetate.
To właśnie po Soborze Watykańskim II rozpoczęto proces budowania nowej narracji wobec judaizmu rabinicznego. Oczywiście oficjalnie mówiono o dialogu, wzajemnym szacunku i odrzuceniu antysemityzmu — i sam sprzeciw wobec nienawiści rasowej jest czymś słusznym. Problem polega jednak na tym, że bardzo szybko zaczęto przekraczać granicę pomiędzy szacunkiem a teologicznym rozmyciem prawdy.
Zaczęto mówić tak, jakby judaizm rabiniczny po Chrystusie nadal pozostawał równoległą drogą zbawienia.
A to jest twierdzenie absolutnie rewolucyjne z punktu widzenia całej wcześniejszej Tradycji Kościoła.
Bo jeśli judaizm po odrzuceniu Chrystusa nadal wystarcza do zbawienia, to po co Ewangelia? Po co misyjność Kościoła? Po co apostołowie oddawali życie? Po co św. Paweł chodził do synagog i głosił Jezusa jako Mesjasza? Po co męczennicy ginęli za wyznanie, że Chrystus jest jedynym Panem?
Współczesna narracja coraz częściej próbuje stworzyć chrześcijaństwo, które nie będzie już głosiło konieczności nawrócenia Żydów. I właśnie dlatego modlitwa wielkopiątkowa stała się dla wielu tak niewygodna. Bo ona przypomina starą wiarę Kościoła. Wiarę jeszcze nieskażoną współczesnym relatywizmem.
Ta modlitwa zakłada bowiem coś, czego współczesny świat nie chce zaakceptować, że człowiek bez Chrystusa potrzebuje zbawienia.
I właśnie tutaj zaczyna się największy dramat naszych czasów. Coraz częściej dialog międzyreligijny nie polega już na rozmowie przy zachowaniu własnej tożsamości. Coraz częściej polega na autocenzurze Kościoła. Na usuwaniu wszystkiego, co mogłoby „urazić” współczesną wrażliwość.
Najpierw ogranicza się język.
Potem usuwa pojęcie nawrócenia.
Potem przestaje mówić się o błędzie.
Potem o jedyności Chrystusa.
A na końcu zostaje już tylko religia pozbawiona kręgosłupa.
Pius XII ostrzegał przed światem, który będzie próbował budować pokój kosztem prawdy.
„Miłość odłączona od prawdy staje się fałszywym współczuciem.”
I dokładnie to widzimy dzisiaj. Kościół ma być „otwarty”, „dialogujący”, „inkluzywny”, ale pod jednym warunkiem: ma przestać głosić absolutność Chrystusa.
Problem polega na tym, że kiedy Kościół zaczyna się wstydzić własnej doktryny, przestaje być światłem świata. Staje się jedną z wielu organizacji duchowych. Jedną z wielu „narracji religijnych”.
A przecież chrześcijaństwo nigdy nie było jedną z propozycji. Ono było rewolucją prawdy. Było głoszeniem, że Bóg naprawdę stał się człowiekiem i że poza Nim świat nie znajdzie zbawienia.
Dlatego stojąc przy ruinach synagogi w Krzepicach miałem świadomość, że nie chodzi tylko o jedną modlitwę. Chodzi o pytanie dużo większe: czy Kościół ma jeszcze odwagę wierzyć tak, jak wierzył przez dwa tysiące lat?
Czy jeszcze wolno mu modlić się o nawrócenie? Czy jeszcze wolno mu głosić, że Jezus Chrystus jest jedynym Panem?
Bo jeśli odpowiedź brzmi „nie”, to znaczy, że dokonuje się nie reforma języka, ale przebudowa samej istoty chrześcijaństwa.