13 grudnia 1981 roku nie był „trudnym momentem”. Był momentem próby – i zarazem momentem kompromitacji władzy, która nie tylko wypowiedziała wojnę własnemu narodowi, ale zrobiła to wbrew prawu, które sama ustanowiła. Stan wojenny nie był więc jedynie aktem przemocy. Był aktem bezprawia, kłamstwa i ideologicznej desperacjisystemu, który wiedział, że traci kontrolę.
Komuniści złamali własną konstytucję. Rada Państwa nie miała prawa wydawać dekretów z mocą ustawy w czasie, gdy obradował Sejm. A Sejm obradował. Mimo to nocą, po cichu, wprowadzono stan wojenny, licząc na strach, dezorientację i bezradność społeczeństwa. To był moment, w którym władza ludowa sama przyznała, że prawo przestało jej służyć, więc trzeba je było zawiesić.
586 dni. Tyle trwał ten eksperyment przemocy. Ponad 100 ofiar śmiertelnych. 11 tysięcy internowanych. 10 tysięcy ludzi postawionych przed sądami. Milion Polaków wypchniętych na emigrację. To nie są statystyki. To są dowody oskarżenia.
Ale władza przeliczyła się w jednym: nie złamała ducha narodu.
Kiedy zamykano ludzi w ośrodkach internowania, w całej Polsce zaczęły powstawać Komitety Pomocy Internowanym. Tworzone oddolnie, często przy parafiach, klasztorach, wokół Kościoła. To tam zbierano żywność, lekarstwa, informacje. To tam rodziny dowiadywały się, gdzie wywieziono ich bliskich. Państwo zamknęło ludzi w celach, ale społeczeństwo zaczęło się samo organizować.
Prymas Stefan Wyszyński już wcześniej ostrzegał, że komunizm nie jest jedynie systemem politycznym, lecz projektem przebudowy człowieka. Mówił jasno, że nie wolno oddzielać wolności narodowej od wolności sumienia. „Gdy zabiera się człowiekowi Boga – zabiera się mu wszystko” – to nie była metafora. To była diagnoza. W stanie wojennym stała się ona faktem.
Kościół nie wzywał do przemocy. Wzywał do prawdy. I właśnie dlatego stał się dla władzy groźny.
Na Jasnej Górze gromadzili się ludzie, którzy wiedzieli, że naród pozbawiony prawdy nie przetrwa. Modlitwa nie była ucieczką od rzeczywistości. Była aktem oporu. Milczącym, ale potężnym. Komuniści mogli kontrolować ulice, ale nie byli w stanie kontrolować sumień.
Z tego samego źródła wyrastał głos księdza Jerzego Popiełuszki. Jego kazania nie były politycznymi manifestami. Były przypomnieniem elementarnych pojęć: prawdy, dobra, godności, odwagi. Gdy mówił „zło dobrem zwyciężaj”, wiedział, że mówi to do ludzi zastraszonych, upokorzonych, często złamanych. I wiedział, że te słowa są dla systemu śmiertelnie niebezpieczne. Dlatego go zamordowano.
Stan wojenny był logiczną konsekwencją ideologii, przed którą Kościół ostrzegał od dziesięcioleci. Już w 1937 roku papież Pius XI w encyklice Divini Redemptoris pisał o bezbożnym komunizmie, który „pozbawia człowieka jego godności, niszczy podstawy porządku moralnego i prowadzi do totalnej dominacji państwa nad osobą ludzką”. Te słowa nie były proroctwem. Były opisem systemu, który w Polsce objawił się w całej brutalności w grudniu 1981 roku.
Komunizm zawsze działał według tego samego schematu: najpierw obiecywał równość, potem zabierał wolność, a na końcu domagał się milczenia. Gdy naród przestawał się bać – sięgał po wojsko.
I tu dochodzimy do najbardziej bolesnego momentu tej historii. Rozliczenia. Na osądzenie winnych wprowadzenia stanu wojennego czekano trzy dekady. Skazany został jeden człowiek. Kara – symboliczna. Tymczasem ofiary przez lata pozostawały z traumą, stratą, poczuciem krzywdy. Autorzy stanu wojennego pobierali wysokie emerytury. Państwo III RP długo bało się nazwać zło po imieniu.
Dlatego 13 grudnia nie jest datą zamkniętą w przeszłości. Jest testem naszej dojrzałości. Czy potrafimy powiedzieć: to było bezprawie? Czy potrafimy przyznać, że system, który łamie własne prawo, nie ma moralnej legitymacji? Czy rozumiemy, że wolność nie ginie jednego dnia – ginie wtedy, gdy zgadzamy się na kłamstwo w imię „świętego spokoju”?
Stan wojenny był porażką władzy. Ale był też zwycięstwem narodu, który – mimo strachu – zachował kręgosłup. W internatach, w kościołach, na Jasnej Górze, w kazaniach Popiełuszki, w słowach Wyszyńskiego, w cichej solidarności zwykłych ludzi.
Historia nie milczy. Milczą tylko ci, którzy boją się jej konsekwencji.