Wyrok przed wyrokiem? Sprawa księdza Olszewskiego

Jak myślicie, czy w Polsce można dziś zostać osądzonym, zanim sąd zdąży spokojnie rozstrzygnąć sprawę? To pytanie nie jest retorycznym chwytem. Ono wraca coraz częściej w rozmowach zwykłych ludzi, którzy nie są ani prawnikami, ani politykami, ale mają elementarne poczucie sprawiedliwości. I właśnie dlatego sprawa ks. Michała Olszewskiego wykracza daleko poza jedną osobę, jeden akt oskarżenia i jeden proces.

W tej historii splatają się ogromne pieniądze publiczne, napięcia polityczne, medialna presja, zmiany w składach sądowych, dramat ludzi przetrzymywanych w areszcie, zajęcie kont fundacji Profeto, a także cisza instytucji, które w takich momentach powinny z wyjątkową stanowczością przypominać o standardach państwa prawa. To nie jest wyłącznie sprawa karna. To jest sprawdzian dla systemu.

Nie chodzi o to, by kogokolwiek uniewinniać w mediach ani by kogokolwiek potępiać przed wyrokiem. Chodzi o coś prostszego i bardziej fundamentalnego: czy w Polsce wciąż obowiązuje zasada domniemania niewinności, czy też coraz częściej mamy do czynienia z sytuacją, w której wyrok zapada najpierw w przestrzeni publicznej, a dopiero później w sądzie.

Sprawa ks. Olszewskiego została od początku osadzona w kontekście dużych środków publicznych i politycznego sporu wokół Funduszu Sprawiedliwości. Wokół tej sprawy narosła atmosfera sensacji i oskarżeń, które błyskawicznie podchwyciły media. W takiej sytuacji bardzo łatwo przesunąć akcent z rzetelnej analizy dowodów na spektakularny przekaz. A przecież proces karny nie jest widowiskiem. Jest procedurą, w której każde słowo i każdy dokument mają znaczenie.

Jednym z elementów budzących wątpliwości są kwestie proceduralne, o których mówi obrona. Zmiany w składach sądowych, tempo podejmowanych decyzji, stosowanie aresztu tymczasowego – to nie są detale techniczne. W państwie prawa procedura nie jest przeszkodą w wymierzaniu sprawiedliwości. Ona jest jej gwarancją. Jeżeli procedura zaczyna być traktowana jako formalność, którą można przyspieszyć w imię „skuteczności”, to system traci swoją równowagę.

Areszt tymczasowy w polskim systemie prawnym ma być środkiem wyjątkowym, stosowanym wtedy, gdy istnieje realna obawa matactwa, ucieczki czy utrudniania postępowania. Nie jest karą. Nie jest sygnałem dla opinii publicznej. Jeżeli jednak ktoś miesiącami przebywa w areszcie, zanim zapadnie wyrok, to w odbiorze społecznym granica między środkiem zapobiegawczym a sankcją zaczyna się zacierać. A wtedy pytanie o proporcjonalność przestaje być teoretyczne.

W sprawie pojawiają się także zarzuty dotyczące warunków przetrzymywania oraz dostępu do obrony. To również nie są kwestie marginalne. Standard państwa prawa mierzy się nie tym, jak traktuje się niewinnych, ale tym, jak traktuje się oskarżonych. Prawo do obrony, możliwość spokojnego zapoznania się z aktami, realny dostęp do pełnomocników – to nie są przywileje. To są podstawowe gwarancje procesowe.

Kolejnym elementem jest zajęcie kont fundacji Profeto. W praktyce oznacza to paraliż działalności podmiotu, który realizował określone projekty. Z punktu widzenia organów ścigania może to być element zabezpieczenia majątkowego. Z punktu widzenia opinii publicznej wygląda to jednak jak działanie o bardzo szerokim skutku, wykraczającym poza samą osobę oskarżonego. Pojawia się pytanie o proporcjonalność i o to, czy skutki takich decyzji nie dotykają osób trzecich, które nie są stroną postępowania.

Nie można też pominąć roli mediów. W sprawach o silnym ładunku politycznym przekaz medialny często wyprzedza ustalenia sądu. Pojawiają się jednoznaczne tezy, sugestywne nagłówki, mocne oskarżenia. W takiej atmosferze niezwykle trudno oddzielić informację od interpretacji. A przecież domniemanie niewinności oznacza, że do czasu prawomocnego wyroku nikt nie powinien być przedstawiany jako winny.

Sprawa ks. Olszewskiego dotyka również środowisk kościelnych. W wielu miejscach słychać zarzut o ciszę instytucji, które – zdaniem części wiernych – powinny wyraźniej upominać się o standardy procesowe i o zasadę równego traktowania. Nie chodzi o obronę osoby za wszelką cenę. Chodzi o obronę zasad. Jeżeli instytucje milczą w momentach, gdy pojawiają się wątpliwości proceduralne, rodzi to poczucie osamotnienia i braku wsparcia.

Kluczowe pytanie brzmi jednak szerzej: czy państwo działa dziś w trybie spokojnej, skrupulatnej procedury, czy raczej w trybie demonstracji siły? Czy celem jest wyjaśnienie sprawy w oparciu o dowody, czy pokazanie determinacji w walce z określonym środowiskiem? W państwie prawa odpowiedź powinna być oczywista. Postępowanie karne ma prowadzić do ustalenia prawdy procesowej, a nie do wysyłania sygnałów politycznych.

Nie chodzi o to, by przesądzać wynik procesu. Chodzi o to, by proces był przeprowadzony w sposób niebudzący wątpliwości co do bezstronności, proporcjonalności i rzetelności. Jeżeli pojawiają się pytania o skład sądu, o tempo decyzji, o zakres środków zapobiegawczych, to odpowiedzią nie powinno być oburzenie, lecz transparentność.

Każdy obywatel powinien móc powiedzieć: nawet jeśli ktoś jest oskarżony o poważne czyny, to ma prawo do uczciwego procesu, do obrony i do rozstrzygnięcia opartego wyłącznie na dowodach. Jeżeli ta pewność zaczyna się chwiać, rośnie nieufność wobec całego systemu.

Dlatego sprawa ks. Michała Olszewskiego nie jest wyłącznie sprawą jednej osoby. Jest lustrem, w którym odbija się kondycja naszego państwa prawa. Pytanie, które stawiam na początku, pozostaje aktualne: czy w Polsce można dziś zostać osądzonym, zanim sąd zakończy proces?

Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, musimy tego pilnować w każdej sprawie – bez względu na nazwisko i sympatie polityczne. Jeśli zaś choć cień wątpliwości się pojawia, to obowiązkiem obywateli, mediów i instytucji jest domagać się jasnych standardów. Bo państwo prawa nie broni się samo. Ono trwa tylko wtedy, gdy jego zasady są konsekwentnie respektowane – także wtedy, gdy sprawa jest niewygodna i politycznie naładowana.