Wymazany święty

Są takie postacie w historii Kościoła, które nie znikają dlatego, że przestają istnieć, ale dlatego, że przestaje się o nich mówić, i to jest różnica fundamentalna, bo jedno oznacza naturalne odejście w zapomnienie, a drugie oznacza świadome wycofanie z pamięci, proces cichy, pozbawiony dramatycznych deklaracji, a jednocześnie niezwykle skuteczny, bo oparty nie na sporze, lecz na ciszy, i właśnie w ten sposób trzeba spojrzeć na historię Szymonka z Trydentu – nie tylko jako na wydarzenie sprzed wieków, ale jako na historię, która została najpierw przyjęta, przeżyta i przekazana przez pokolenia, a następnie wycofana z przestrzeni życia Kościoła.

Szymonek z Trydentu nie był ideą. Nie był symbolem wymyślonym przy biurku. Był konkretnym dzieckiem, które żyło, które wyszło z domu i które już do niego nie wróciło, a to, co wydarzyło się później, zostało opisane, przekazane i przez wieki funkcjonowało jako rzeczywistość, która poruszała sumienia ludzi, która nie była dodatkiem do pobożności, ale jej częścią, bo ludzie nie tylko znali tę historię, ale ją przeżywali, wchodzili w nią, czynili ją elementem swojej relacji z Bogiem.

I właśnie w tym miejscu zaczyna się coś, co jest znacznie ważniejsze niż samo wydarzenie, bo zaczyna się pamięć, zaczyna się kult, zaczyna się życie tej historii w świadomości ludzi, którzy nie traktują jej jako czegoś odległego, ale jako coś, co ich dotyczy, co ich kształtuje, co ich prowadzi, i to jest moment, w którym Szymonek przestaje być tylko dzieckiem z przeszłości, a staje się obecnością w życiu wiernych.

Procesje przechodzą ulicami Trydentu, relikwie są niesione i czczone, ludzie modlą się, powierzają swoje sprawy, opowiadają o łaskach, a dzieci dorastają w tej historii, słyszą ją od rodziców, uczą się jej, przyjmują ją jako coś naturalnego, jako część swojej tożsamości, i to nie jest jednorazowy impuls, to nie jest chwilowa emocja, to jest proces, który trwa przez dziesięciolecia i przez stulecia, który zakorzenia się tak głęboko, że przestaje być czymś nadzwyczajnym, a staje się czymś oczywistym.

I Kościół ten proces potwierdza.

Nie zatrzymuje go.
Nie marginalizuje.
Nie odcina się.

SYKSTUS V zatwierdza kult lokalny. GRZEGORZ XIII pozwala na jego rozwój. To nie są gesty symboliczne, to są decyzje, które pokazują, że mamy do czynienia z rzeczywistością poważną, realną i obecną w życiu Kościoła, i właśnie dlatego trzeba to powiedzieć jasno: kult Szymonka z Trydentu nie był marginesem, nie był epizodem, nie był czymś, co można zignorować.

On był częścią życia Kościoła. I trwał. Nie rok. Nie dwa. Setki lat. I właśnie dlatego moment, który przychodzi w XX wieku, jest tak uderzający, bo nie mamy tutaj do czynienia z naturalnym zanikiem, nie mamy sytuacji, w której ludzie przestają się modlić, przestają przychodzić, przestają wierzyć, ale mamy decyzję, konkretną decyzję, która wprowadza ciszę w miejsce, gdzie wcześniej była obecność.

Pontyfikat PAWŁA VI.

To jest moment, który trzeba nazwać po imieniu, bez skracania, bez omijania, bez łagodzenia, bo to właśnie w tym czasie, w tym klimacie zmian, w tym kontekście posoborowym zapada decyzja, która zatrzymuje kult, która zakazuje jego publicznego sprawowania, która usuwa wspomnienie z kalendarza liturgicznego, która sprawia, że coś, co przez setki lat było żywe, przestaje być obecne w przestrzeni oficjalnej Kościoła.

I tu nie chodzi o jedną datę, jeden dokument, jeden podpis, ale o proces, który ma bardzo konkretny skutek: Szymonek z Trydentu znika z życia wiernych. Nie zostaje obalony w debacie. Nie zostaje potępiony wprost. Nie zostaje rozliczony. Zostaje wyciszony.

Relikwie, które były noszone w procesjach, zostają przeniesione. Kult, który był żywy, zostaje zamknięty. Pamięć, która była przekazywana, przestaje być przekazywana. I właśnie tutaj trzeba użyć słów mocnych, ale adekwatnych: to jest klasyczny przykład “damnatio memoriae”, nie w sensie brutalnym, nie w sensie niszczenia pomników, ale w sensie znacznie bardziej skutecznym – usunięcia z przestrzeni pamięci poprzez brak przekazu.

Bo jeśli coś przestaje być mówione, przestaje być przekazywane, przestaje być obecne w świadomości ludzi, to dla kolejnych pokoleń po prostu nie istnieje. I dzisiaj widzimy dokładnie ten efekt. Kapłani, którzy od dziesięcioleci pełnią swoją posługę, nie znają tej postaci. Wierni nie słyszeli o niej. Nie dlatego, że ją odrzucili. Dlatego, że nikt im jej nie przekazał.

I to jest moment, który powinien zatrzymać każdego, kto traktuje poważnie historię Kościoła, bo to nie jest pytanie o jedną postać, to jest pytanie o mechanizm. Czy pamięć w Kościele jest czymś trwałym? Czy jest czymś, co można wyłączyć decyzją? Czy to, co przez setki lat było częścią życia wiernych, może po prostu przestać istnieć?

Bo jeśli odpowiedź brzmi „tak”, to znaczy, że problem nie dotyczy tylko Szymonka z Trydentu. Problem dotyczy wszystkiego. I właśnie dlatego ta historia wraca. Nie dlatego, że ktoś chce ją wskrzesić. Nie dlatego, że ktoś chce ją wykorzystać, ale dlatego, że pozostawia pytanie, którego nie da się uciszyć. Bo można zamknąć kult. Można przenieść relikwie i odizolować je od kultu wiernych. Można usunąć wspomnienie św. Szymona z Trydentu z kalendarza liturgicznego, ale nie da się usunąć faktu, że przez setki lat to wydarzenie wiary było żywe. I nagle przestało być. I właśnie to „nagle” jest najważniejsze.

Kiedy dochodzimy do końca tej historii, tak naprawdę nie dochodzimy do końca, tylko do momentu, w którym wszystko zaczyna ważyć więcej, bo to już nie jest opowieść o jednym dziecku sprzed wieków, to nie jest już zapis w księgach, to nie jest już materiał dla historyków czy temat do dyskusji, ale to jest pytanie, które staje naprzeciw każdego z nas i którego nie da się ominąć ani zagadać, pytanie o to, co robimy z pamięcią, którą odziedziczyliśmy, co robimy z tym, co przez wieki było przeżywane jako rzeczywistość wiary, i czy naprawdę wierzymy, że można to wszystko zamknąć, odłożyć, wyciszyć i przejść dalej, jakby nic się nie stało.

Bo historia Szymonka z Trydentu nie została zapomniana dlatego, że była słaba, nie dlatego, że była nieistotna, nie dlatego, że ludzie przestali ją przeżywać, ale dlatego, że przestano ją przekazywać, a to jest zupełnie inny poziom, to jest decyzja, która nie uderza bezpośrednio, nie niszczy, nie burzy, ale powoli wycofuje, powoli usuwa, powoli wprowadza ciszę w miejsce, gdzie wcześniej było życie, i właśnie dlatego jest tak skuteczna.

I dzisiaj stajemy w tej ciszy. Ciszy, w której nie ma procesji. Ciszy, w której nie ma relikwii niesionych przez miasto. Ciszy, w której nie ma opowieści przekazywanej dzieciom. I ta cisza jest głośniejsza niż jakikolwiek krzyk, bo mówi jedno: coś zostało przerwane. I teraz pytanie nie brzmi już, co się wydarzyło wtedy. Pytanie brzmi: co my robimy dzisiaj.

Czy jesteśmy pokoleniem, które przyjmuje wszystko bez refleksji, które zgadza się na wyciszenie pamięci, które pozwala, żeby to, co było przez wieki obecne, po prostu zniknęło, czy jesteśmy pokoleniem, które zatrzymuje się, które myśli, które zadaje pytania i które nie pozwala, żeby historia została zamieniona w ciszę.

Bo można wydać dekret. Można zamknąć relikwie. Można usunąć wspomnienie z kalendarza. Jednak nie można usunąć prawdy, jeśli ktoś ją podejmuje. I właśnie dlatego ta historia wraca. Nie po to, żeby dzielić. Nie po to, żeby oskarżać, ale po to, żeby obudzić. Bo największym zagrożeniem nie jest błąd. Największym zagrożeniem jest obojętność. A obojętność zaczyna się tam, gdzie kończy się pamięć.

I jeśli coś mamy z tej historii wynieść, to nie tylko wiedzę, nie tylko emocję, ale decyzję — decyzję, czy chcemy pamiętać, czy chcemy rozumieć i czy chcemy być ludźmi, którzy nie boją się prawdy, nawet jeśli jest trudna. Bo pamięć nie znika sama.
Pamięć się porzuca. A jeśli się ją porzuca, to znaczy, że ktoś przestał ją nieść.

Niech więc ta historia nie kończy się ciszą.

MODLITWA

Boże i Panie mój, odnowicielu niewinności, dla którego imienia niewiniątko Szymon przez wiarołomnych Żydów zamordowane zostało, daj nam za jego zasługami uchować się od zepsucia świata, a dostąpić zbawienia w Ojczyźnie Niebieskiej.
Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, który króluje w niebie i na ziemi po wszystkie wieki wieków. Amen 

Zapraszam do opisu męki św. Szymona z Trydentu.

“Dnia 24 marca roku Pańskiego 1475, we wtorek Wielkiego Tygodnia, zgromadzili się żydzi w Trydencie w Tyrolu w synagodze, aby poczynić przygotowania do wszystkiego, co im potrzebnem było do uroczystego obchodu Paschy, to jest ich Wielkiejnocy. Wtem ktoś podał myśl, aby dla odnowienia i zadowolenia nienawiści przeciw Ukrzyżowanemu zarzezać dziecko chrześcijańskie. Wszyscy nad wnioskiem tym wielce się ucieszyli, a lekarz Tobiasz przyrzekł ofiarę dostawić.

W środę wieczorem, kiedy katolicy znajdowali się w kościele na nabożeństwie, zwabił do siebie słodyczami chłopczyka zaledwie kilkoletniego, i zaprowadził go do domu Samuela, jednego ze znaczniejszych żydów. W Wielki Czwartek wieczorem uprowadził Samuel chłopca do domu stojącego tuż przy synagodze, i o północy rozpoczęli żydzi czyn, na którego wspomnienie włosy na głowie stawają. Zawiązali chłopcu usta i gardło chustką, zdarli z niego odzienie, rozciągnęli mu ręce w kształcie krzyża, podczas gdy inni trzymali go za nogi. Najprzód Samuel zranił go nożem na prawem ramieniu i wyciął kawałek ciała. Oczy widzów zabłysły radością, gdy ujrzeli krew chrześcijańską, chciwie chwytając ją na misę. Następnie wziąwszy nożyczki, siekł niemi prawą twarz niewinnego, i wykroiwszy z niej kawałek ciała, wrzucił do misy. Potem dał nożyczki drugiemu, który toż samo czynił, aż tego dopełnili wszyscy starsi żydzi tam wtedy obecni, a którzy gdy już na twarzyczce dziecięcia ciała zabrakło, z prawej nóżki mu je wycinali. Podczas tej męczarni spoglądał Szymon z łzami w oczach ku Niebu, potem skłonił głowę i Bogu ducha oddał.

Nawet najdziksze serce ludzkie powinno było uczuć litość, ale żydzi nie mogli się strasznym widokiem nasycić. Aby tej rozkoszy dłużej doznawać, bluźniąc Jezusowi Chrystusowi, kłuli ciałko ustawicznie szydłami, szpilkami i innemi ostremi narzędziami od głowy aż do stóp tak długo, aż wkońcu jednę tylko ranę przedstawiało, gdy tymczasem drudzy straszliwie wrzeszczeli: „Jakośmy Jezusa, Boga chrześcijańskiego zabili, tak i tego zabijmy; niech tak nieprzyjaciele nasi na wieki pohańbieni zostaną.“

Aby urząd czynu ich nie wyśledził, skryli trupa najprzód w magazynie siana; nie będąc jednak pewnymi, zakopali następnie w piwnicy. Tymczasem zarządzono po całem mieście poszukiwania za przepadłem bez wieści dziecięciem i poczęto już głośno wypowiadać podejrzenie, jakoby żydzi je porwali i zamordowali. Przejęci tedy strachem, mieli nadzieję, że odwrócą od siebie podejrzenie, gdy potajemnie wrzucą trupa do strumyka płynącego za miastem, a potem sami dadzą znać urzędowi, że w strumyku znajduje się trup jakiegoś dziecięcia.

Jak myśleli, tak też uczynili. Zwierzchność kazała trupa wydobyć i przez lekarzy zrewidować; na pierwszy rzut oka poznano, że dziecko się nie utopiło, lecz zostało zamordowanem. Kiedy zaś dokładne zbadanie ran pochodzących od rznięcia i kłucia wykazało złośliwe morderstwo, wszyscy byli tego przekonania, że tylko żydzi zdolni byli do tak okrutnego pastwienia się nad niewinnem dziecięciem.

Niebawem przeto zwierzchność pozwała żydów przed sąd, a ci przyznali się do wszystkiego z wszelkimi szczegółami. Skazano ich więc na śmierć, synagogę zburzono, a na miejscu, gdzie Szymona zamęczono, wystawiono kaplicę. Pan Bóg wszechmocny uwielbił też owo z nienawiści przeciw Jezusowi Chrystusowi zamęczone dziecko licznymi cudami. Wielu ślepych, chromych i chorych wszelkiego rodzaju odzyskało zdrowie. Biskup zatem i kapituła katedralna w Rzymie wzniosła prośbę o kanonizacyę chłopca. Ojciec święty Grzegorz XIII-ty pozwolił go wpisać w rejestr Świętych, a Sykstus V, zezwolił odprawiać osobną Mszę na jego cześć. Obecnie jest Szymon drugim Patronem Biskupstwa Trydenckiego, gdzie w kościele św. Piotra relikwie jego się znajdują. Kiedy w r. 1609 dr. Kwarynon na nowo ciało Świętego balsamował, policzył rany i znalazł ich 5812.” (“Żywoty Świętych Pańskich”).