Walentynki bez ściemy

Czy Walentynki to jeszcze święto miłości, czy już tylko sezonowa sprzedaż emocji? Wystarczy przejść się przez galerię handlową w lutym, by zobaczyć odpowiedź. Czerwone serduszka, pluszowe misie, promocje „dla zakochanych”, kolacje przy świecach w pakiecie z rabatem. Wszystko gotowe. Wystarczy kupić. Problem polega na tym, że razem z tym plastikiem sprzedaje się nam wizję miłości, która jest lekka, przyjemna i całkowicie oderwana od odpowiedzialności. Miłość jako nastrój. Miłość jako chemia. Miłość jako chwilowy dreszcz. A przecież jej źródło jest poważniejsze niż marketingowy sezon.

Patronem tego dnia nie jest producent czekoladek. Jest nim święty Walenty – męczennik, który według tradycji bronił małżeństwa i wierności w czasach, gdy władza uznała, że łatwiej rządzić mężczyznami bez rodzin. Miłość w jego historii nie była dekoracją. Była decyzją. Była aktem sprzeciwu wobec systemu. Była ceną, którą zapłacił własnym życiem. Trudno wyobrazić sobie większy kontrast między męczeństwem a promocją „2+1 gratis”.

Słowo „miłość” stało się jednym z najbardziej nadużywanych pojęć naszych czasów. Używamy go do wszystkiego: do opisania relacji, do określenia ulubionej potrawy, do wyrażenia zachwytu nad filmem. Miłość do psa, do kawy, do marki, do weekendu. W tym zalewie znaczeń słowo traci wagę. A kiedy słowo traci wagę, traci ją także rzeczywistość, którą miało opisywać. Miłość przestaje być zobowiązaniem, a staje się stanem emocjonalnym. Jeśli czuję – kocham. Jeśli przestaję czuć – przestaję kochać.

Św. Tomasz z Akwinu definiował miłość prosto: „kochać to chcieć dobra drugiego”. Nie chodzi o chwilowe wzruszenie. Chodzi o decyzję woli. O świadome pragnienie, by drugi człowiek wzrastał, rozwijał się, był szczęśliwy – nawet jeśli wymaga to ode mnie wysiłku. Ta definicja nie starzeje się, bo nie zależy od nastroju. W niej nie ma miejsca na plastykowe serduszka. Jest miejsce na wierność, cierpliwość, ofiarę.

Miłość bez prawdy zamienia się w sentymentalizm. To ostrzeżenie, które powraca jak echo w myśli Jana Pawła II. Papież przypominał, że miłość oderwana od odpowiedzialności staje się użyciem drugiego człowieka. Jeśli relacja opiera się wyłącznie na emocjach, nie przetrwa próby czasu. Emocje są jak pogoda – zmienne. Dziś słońce, jutro burza. Jeśli fundamentem związku jest wyłącznie „dreszcz”, to co zostaje, gdy dreszcz mija?

Szekspir w Sonecie CXVI napisał: „Miłość to nie miłość, jeśli zmienny świat naśladując sama się odmieni”. To zdanie nie jest romantyczną dekoracją. To jest test. Miłość, która zmienia się wraz z nastrojem, nie jest miłością, lecz reakcją. Prawdziwa miłość trwa mimo zmiennych okoliczności. Jest stała, bo jest decyzją. Nie dlatego, że nie czuje. Dlatego, że czuje i wybiera.

Współczesna kultura robi wszystko, by odwrócić naszą uwagę od istoty rzeczy. Zamiast pytać o wierność, pyta o atrakcyjność. Zamiast mówić o przysiędze, mówi o kompatybilności. Zamiast uczyć pracy nad relacją, proponuje łatwe wyjścia. Miłość została opakowana jak produkt sezonowy. Masz kupić, zużyć i – jeśli przestanie działać – wymienić na nowszy model. Taki język nie buduje trwałych związków. Buduje rynek.

Louis de Funès w jednej z ról przypominał, że bez dobrego serca człowiek nie jest niczego wart. To zdanie brzmi banalnie, ale w świecie cynizmu jest aktem odwagi. Dobre serce to nie miękkość. To zdolność do wytrwania przy drugim człowieku, gdy przestaje być idealny. To gotowość do przebaczenia. To praca nad sobą, by nie uczynić z relacji pola walki o własne ego.

Piosenka Pawła Domagały pyta: „Powiedz, że wciąż czujesz dreszcz…”. To pytanie jest dziś sprawdzianem relacji. Ale może ważniejsze pytanie brzmi inaczej: czy gdy dreszcz minie, zostaniesz? Czy potrafisz kochać, gdy emocja nie jest już pierwszym planem? Czy potrafisz chcieć dobra drugiego nawet wtedy, gdy to wymaga rezygnacji z własnej wygody?

Walentynki bez ściemy to nie atak na romantyczny klimat. To próba odzyskania sensu. Miłość nie jest przeciwna emocjom. Ale nie może być przez nie rządzona. Jeśli sprowadzimy ją do marketingowego sezonu, stracimy jej głębię. Jeśli pozwolimy, by definicję miłości ustalała reklama, przestaniemy wymagać od siebie czegokolwiek.

Prawdziwa miłość jest poważna. Nie dlatego, że jest smutna. Dlatego, że jest odpowiedzialna. Nie szuka tylko przeżyć, lecz buduje wspólnotę. Nie ucieka przed trudnością, lecz ją podejmuje. Nie jest plastikiem, który błyszczy przez chwilę. Jest decyzją, która trwa.

Jeśli miłość zasługuje na więcej niż marketing, trzeba ją obronić przed banalizacją. Trzeba wrócić do jej źródła. Do wierności. Do prawdy. Do odpowiedzialności. I może wtedy Walentynki przestaną być sezonową sprzedażą emocji, a staną się przypomnieniem, że miłość nie jest chwilą. Jest wyborem.