Są takie momenty w historii religii, w których człowiek musi się zatrzymać i zapytać nie tylko o to, co się wydarzyło, ale przede wszystkim o to, co to wydarzenie odsłania. Bo samo nabożeństwo, sama zapowiedź, sama grafika, sam koncert, sam wpis w mediach społecznościowych mogą wydawać się czymś jednostkowym, lokalnym, może nawet pobocznym. Dopiero kiedy zestawimy je z historią idei, z doktryną, z Pismem Świętym, z reformacyjnym hasłem Sola Scriptura, z nauczaniem Lutra i Kalwina, a wreszcie z dzisiejszymi procesami synodalnymi, widzimy, że nie chodzi o drobny epizod, lecz o znak dużo głębszego przesunięcia. I właśnie dlatego tradycyjny katolik nie może patrzeć na takie wydarzenia jedynie jak na ciekawostkę z życia wspólnot protestanckich, ponieważ za tym stoi pytanie o coś znacznie poważniejszego: czy chrześcijaństwo ma jeszcze odczytywać świat w świetle Objawienia, czy raczej Objawienie ma być odczytywane w świetle ducha epoki.
Reformacja zaczęła się od wielkiego hasła powrotu do Biblii. Luter chciał oprzeć chrześcijaństwo na Piśmie Świętym, odcinając je od autorytetu papieża, Tradycji i katolickiego rozumienia sakramentalnego porządku Kościoła. Kalwin poszedł jeszcze dalej w budowaniu systemu, w którym Pismo miało być nie tylko źródłem wiary, ale podstawą całego porządku religijnego i moralnego. Hasło Sola Scriptura miało brzmieć jak protest przeciwko ludzkim dodatkom do Objawienia. Miało oznaczać, że człowiek nie może sobie dopisać do Biblii własnej moralności, własnej antropologii, własnych oczekiwań i własnych mód. I właśnie dlatego dzisiejszy widok protestanckich nabożeństw organizowanych z okazji IDAHOBIT rodzi pytanie tak mocne, że nie da się go zamieść pod dywan: co się stało z zasadą, która miała być fundamentem?
W zaproszeniu na warszawskie wydarzenie czytamy:
„Zapraszamy serdecznie do udziału w IV Ekumenicznym Nabożeństwie z okazji IDAHOBIT, które odbędzie się 15 maja 2026 r. o godz. 19:00 w Kościele Ewangelicko-Reformowanym w Warszawie, al. Solidarności 74. IDAHOBIT (Międzynarodowy Dzień przeciwko Homofobii, Bifobii i Transfobii) obchodzony jest 17 maja. To dzień sprzeciwu wobec nienawiści i przemocy ze względu na orientację seksualną i tożsamość płciową oraz pamięci o jej ofiarach. Osoby wierzące spotykają się na modlitwach; motywem przewodnim tegorocznego nabożeństwa jest fragment z Księgi Izajasza: „Nie bój się, bo cię odkupiłem, wezwałem cię po imieniu, należysz do Mnie.” (Iz 43,1).”
Dalej pojawia się informacja:
„Nabożeństwo będzie miało charakter nabożeństwa Słowa, z modlitwami, czytaniem Pisma, kazaniem i błogosławieństwem. Po nabożeństwie odbędzie się koncert wokalny Chóru Sojuszniczego zatytułowany „Błogosławieni różnorodni”. Na koniec przewidziany jest drobny poczęstunek. Organizatorzy: Parafia Ewangelicko-Reformowana w Warszawie i Fundacja Wiara i Tęcza.”
I tutaj tradycyjny katolik widzi rzecz zasadniczą: nie mamy już do czynienia wyłącznie z dyskusją społeczną, psychologiczną czy polityczną, lecz z przeniesieniem określonej antropologii do przestrzeni obrzędu religijnego. To nie jest już tylko publicystyka, deklaracja, manifest czy debata. To jest nabożeństwo, modlitwa, czytanie Pisma, kazanie, błogosławieństwo, koncert i wspólnotowy rytuał. A kiedy określona wizja człowieka zostaje wniesiona do przestrzeni nabożeństwa, wtedy przestaje być jedynie opinią, a zaczyna nabierać rangi sakralnej symboliki. I właśnie w tym miejscu pojawia się napięcie największe: antropologia, która stoi w konflikcie z klasycznym odczytaniem słów o stworzeniu człowieka jako mężczyzny i niewiasty, zostaje ubrana w język religijny.
Księga Rodzaju mówi jasno: „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz (…) stworzył mężczyznę i niewiastę.” To zdanie nie jest drobną wzmianką, którą można przesunąć na margines, lecz jednym z fundamentów chrześcijańskiej antropologii. Człowiek nie jest projektem płynnej samodefinicji, lecz stworzeniem zakorzenionym w porządku natury, ciała, płci i relacji. Dla katolika to zdanie jest oparte nie tylko na Piśmie, ale również na Tradycji, filozofii realistycznej i całym rozumieniu osoby ludzkiej, natomiast dla protestanta, który odwołuje się do Sola Scriptura, powinno być ono szczególnie wiążące, bo przecież właśnie Biblia ma być najwyższym autorytetem. I dlatego pytanie brzmi: jeśli dziś nawet to zdanie zostaje przykryte językiem współczesnej kultury, to czy rzeczywiście nadal mówimy o prymacie Pisma?
Jeszcze mocniej wybrzmiewa tu List do Rzymian, tak istotny dla Lutra, który przecież właśnie w Pawłowym nauczaniu szukał odpowiedzi na pytanie o usprawiedliwienie, łaskę i kondycję człowieka. Święty Paweł nie opisuje człowieka jako istoty, która może dowolnie przepisać własną naturę, ale pokazuje dramat odejścia od porządku stworzenia, dramat zamiany prawdy na konstrukcję ludzkiego pożądania i rozumu oderwanego od Boga. I tu pojawia się bolesna ironia historii: tekst, który był dla Lutra jednym z głównych źródeł reformacyjnego przełomu, dziś w części środowisk protestanckich bywa odczytywany tak, jakby jego najtrudniejsze fragmenty należało oswoić, zrelatywizować albo ominąć, żeby nie przeszkadzały współczesnej wrażliwości.
W tym sensie współczesny protestantyzm liberalny staje przed pytaniem, którego nie da się uniknąć. Czy Sola Scriptura oznacza jeszcze, że kultura ma poddać się osądowi Biblii, czy raczej, że Biblia ma zostać przełożona na język aktualnej kultury tak długo, aż przestanie mówić rzeczy niewygodne? Bo jeśli druga odpowiedź staje się praktyką, to nie mamy już do czynienia z reformacyjnym powrotem do źródeł, lecz z czymś zupełnie innym: z podporządkowaniem Biblii duchowi epoki.
W tym miejscu trzeba też wspomnieć o Kalwinie. Dla Kalwina chrześcijaństwo nie było sentymentalną przestrzenią samopotwierdzenia, lecz porządkiem podporządkowanym suwerenności Boga. Jego wizja była surowa, twarda, konsekwentna, oparta na przekonaniu, że człowiek nie jest miarą prawdy, lecz stoi przed Bogiem, który objawia, sądzi i porządkuje rzeczywistość. Można z katolickiej perspektywy bardzo ostro polemizować z Kalwinem, zwłaszcza z jego rozumieniem predestynacji, sakramentów czy Kościoła, ale nie da się uczciwie powiedzieć, że Kalwin uznałby współczesną kulturę za najwyższy klucz interpretacyjny Biblii. A właśnie to zdaje się dziać dzisiaj w wielu środowiskach protestantyzmu liberalnego: Bóg zostaje przywołany, Biblia zostaje zacytowana, język religijny zostaje zachowany, ale centrum interpretacji przesuwa się z Objawienia na doświadczenie współczesnej tożsamości.
Dlatego tak wymowne są kolejne zapowiedzi: „Nabożeństwo na Grodzkiej”, „Liturgia Eucharystii w Krakowie w intencji osób LGBT+ z okazji Maja Równości”, „Każda osoba jest mile widziana”, „Trzy nabożeństwa IDAHOBIT i koncert już w ten weekend!”. Same te hasła pokazują, że nie mówimy już o prywatnej opinii czy marginesowej inicjatywie, lecz o tworzeniu określonego rytuału, określonej symboliki i określonego języka religijnego. W centrum nie stoi już dramat grzechu i łaski, stworzenia i odkupienia, natury i nadprzyrodzoności, lecz doświadczenie afirmacji, bezpieczeństwa i religijnego potwierdzenia określonej tożsamości.
Szczególnie znaczący jest także udział Chóru Sojuszniczego i tytuły jego projektów: „Błogosławieni różnorodni”, „Wiara w kolorach tęczy”. To nie są przypadkowe hasła. To jest nowa sakralna estetyka, która próbuje zastąpić dawny język grzechu, nawrócenia, łaski i odkupienia językiem afirmacji, różnorodności i psychologicznego bezpieczeństwa. W tradycyjnym chrześcijaństwie błogosławieństwo nie oznaczało potwierdzenia każdej kondycji człowieka, lecz wezwanie do wejścia w porządek Boga. Człowiek przychodził do Boga nie po to, aby Bóg zatwierdził wszystko, czym człowiek się stał, lecz po to, aby Bóg go przemienił. Dzisiaj coraz częściej widać odwrotny ruch: to nie człowiek ma zostać przemieniony przez Boga, ale język religii ma zostać dostosowany do samookreślenia człowieka.
Po jednym z takich wydarzeń pojawiło się podziękowanie:
„Serdecznie dziękujemy wszystkim osobom, które wzięły udział we wczorajszym nabożeństwie – uczestniczącym, przygotowującym i wspierającym. Za wspólną modlitwę, za to, że możemy razem przeżywać wiarę w naszej różnorodności, prosząc Boga o dobro dla wszystkich potrzebujących. Jesteśmy Mu ogromnie wdzięczni, że mamy siebie nawzajem. Niech modlitwa tego wieczora pozostanie z nami, grzejąc nasze serca, dając nadzieję na przyszłość i prowadząc w życie.”
Ten język jest ciepły, emocjonalny, wspólnotowy, miękki, niemal terapeutyczny. I właśnie dlatego jest tak skuteczny. Nie budzi odruchu sprzeciwu, bo brzmi jak dobroć. Problem polega jednak na tym, że tradycyjny katolik pyta nie tylko o ton, ale o treść. Pyta, czy pod tym ciepłym językiem nie dokonuje się przesunięcie samego centrum chrześcijaństwa. Pyta, czy modlitwa nie zostaje użyta jako narzędzie oswojenia antropologii, która nie wynika z Objawienia. Pyta, czy słowo „wiara” nie zaczyna oznaczać już nie odpowiedzi człowieka na Boga, lecz religijne zatwierdzenie współczesnej kultury.
Jeszcze mocniej brzmi wypowiedź związana z krakowskim wydarzeniem:
„Międzynarodowy Dzień Modlitw Przeciw Homofobii, Bifobii i Transfobii. Obok mnie biskup Tomasz Puchalski
„Najdrożsi:
Nie dziwcie się tej próbie ogniowej, która was doświadcza, tak jakby spotykało was cos niezwykłego. Lecz raczej skoro przez to uczestniczycie w cierpieniach Chrystusa, cieszcie się, byście również przy objawieniu sie Jego chwały rozradowali się weselem. Jesli doznajecie obelg z powodu tego imienia pochodzącego od Chrystusa, błogosławieni jesteście, gdyż Duch chwały, Duch Boga na was spoczywa.
Niechże nikt z was nie cierpi jako zabójca, lub złodziej, lub złoczyńca, lub jako czyhający na dobro innych, lecz jeśli jako chrześcijanin, niech się nie wstydzi, niech uwielbia Boga za to imię.
Kto ma ucho, niech usłyszy, co Duch mówi Kościołowi.”
Kraków, Reformowany Kościół Katolicki. Kościół Rzymskokatolicki jeszcze nie dojrzał do tego – ale może za rok?” – Maria Jadwiga Minakowska (Marek Jerzy Minakowski)
To zdanie końcowe jest tu kluczowe: „Kościół Rzymskokatolicki jeszcze nie dojrzał do tego – ale może za rok?”. W tej jednej frazie odsłania się cały kierunek. Nie chodzi wyłącznie o to, że określone środowiska organizują własne wydarzenia. Chodzi o oczekiwanie, że również Kościół katolicki powinien pójść tą samą drogą, powinien „dojrzeć”, powinien uznać za przyszłość to, co tradycyjny katolik postrzega jako zerwanie z własną antropologią, moralnością i sakramentalnym realizmem.
I właśnie dlatego ten temat łączy się bezpośrednio z synodem. Osoby zaangażowane w tego typu środowiska pojawiają się w przestrzeni debat synodalnych, relacjonują je, zabierają głos i próbują przekonywać katolików, że stawką nie jest zmiana doktryny, ale „nowy język”, „wysłuchanie” i „towarzyszenie”. Problem polega na tym, że gdy przyglądamy się konkretnym wydarzeniom, konkretnym hasłom i konkretnym wpisom, widać wyraźnie, że nie chodzi jedynie o język. Chodzi o przebudowę sposobu rozumienia człowieka. A kto przebudowuje antropologię, ten prędzej czy później przebudowuje moralność, duszpasterstwo, liturgię i samą wizję Kościoła.
Tradycyjny katolik widzi tu jeszcze jeden dramat. Reformacja zaczęła się od odrzucenia katolickiego autorytetu Kościoła, Tradycji i sakramentalnego porządku. Miała być powrotem do Biblii. Ale kiedy odrzucono widzialny autorytet Kościoła, pojawiło się pytanie, kto ostatecznie rozstrzyga sens Biblii. Najpierw odpowiedzią było: Pismo samo siebie interpretuje. Potem pojawiły się kolejne wspólnoty, kolejne interpretacje, kolejne podziały, kolejne odczytania. A dziś widzimy etap, w którym część środowisk protestanckich zachowuje język Biblii, ale wpisuje go w zupełnie nową antropologię. I z katolickiego punktu widzenia nie jest to przypadek, lecz logiczna konsekwencja oderwania Pisma od żywej Tradycji i nauczycielskiego autorytetu Kościoła.
Właśnie dlatego w katolicyzmie Pismo Święte nigdy nie było księgą samotną, wyrwaną z życia Kościoła. Biblia była czytana w Kościele, przez Kościół i w świetle wiary apostolskiej. Nie dlatego, by ją pomniejszyć, lecz po to, by nie stała się narzędziem dowolnej interpretacji. Bo kiedy każdy może stać się własnym ostatecznym interpretatorem Objawienia, wtedy prędzej czy później Objawienie zaczyna być naginane do oczekiwań wspólnoty, epoki albo emocjonalnej większości.
I właśnie w tym miejscu Dietrich von Hildebrand brzmi dziś wyjątkowo mocno. Nie Alice, lecz Dietrich von Hildebrand, katolicki filozof, człowiek głęboko świadomy kryzysu nowoczesności i zagrożeń wewnątrz samego chrześcijaństwa, ostrzegał przed sytuacją, w której Kościół może oddać własną władzę duchową tym, których sam dopuścił do kształtowania swojego języka. Cytat z książki „Koń trojański w Mieście Boga” brzmi jak brutalnie aktualna diagnoza:
„Kościołowi grozi, że zrzeknie się on władzy na rzecz przeciwników, których sam do siebie zaprosił.”
Te słowa nie są wezwaniem do pogardy wobec ludzi. Są ostrzeżeniem przed utratą rozeznania. Przed sytuacją, w której chrześcijaństwo, zamiast osądzać ducha epoki w świetle Ewangelii, zaczyna prosić ducha epoki o pozwolenie na dalsze istnienie. Przed sytuacją, w której zachowuje się kościelne mury, religijny język, fragmenty Biblii, świece, nabożeństwa i pieśni, ale centrum zostaje przesunięte. I wtedy właśnie może się okazać, że szyld pozostał chrześcijański, lecz treść została już napisana zupełnie innym alfabetem.
Dlatego spór o protestanckie nabożeństwa IDAHOBIT nie jest tylko sporem o protestantów. To jest lustro podstawione całemu zachodniemu chrześcijaństwu. To jest pytanie do katolików, protestantów, duchownych, świeckich, teologów i wszystkich ludzi wierzących: czy Objawienie jest jeszcze źródłem prawdy o człowieku, czy staje się materiałem do interpretacji według bieżących oczekiwań kultury? Czy Sola Scriptura oznacza jeszcze podporządkowanie się Biblii, czy już tylko dekoracyjne cytowanie Biblii w służbie treści, które nie wyrastają z jej ducha? Czy katolicka Tradycja jest dziś obciążeniem, czy może właśnie ostatnią zaporą przed całkowitą dowolnością interpretacji?
I tu tradycyjny katolik odpowiada bez wahania: człowiek nie zbawia się przez dostosowanie Ewangelii do własnego doświadczenia, lecz przez wejście własnego życia w prawdę Ewangelii. Chrześcijaństwo nie jest po to, aby potwierdzić wszystko, czym świat chce być. Chrześcijaństwo jest po to, aby przypominać światu, kim człowiek naprawdę jest przed Bogiem.