Polityczny marketing kłamstwa

Polityka od zawsze była areną ścierania się interesów, ale dziś coraz częściej przypomina spektakl. Nie chodzi już o realne rządzenie, troskę o dobro wspólne czy długofalowe strategie rozwoju państw. Chodzi o widowisko, które ma sprzedać emocje, wzbudzić chwilowy entuzjazm i zdobyć parę punktów w sondażach. Ronald Reagan, jeden z największych przywódców XX wieku, miał rację, gdy mówił, że politykę uważa się za drugi najstarszy zawód świata – i że jest bardzo podobna do pierwszego. To ironiczne zdanie jest dziś boleśnie aktualne.

Reagan rozumiał, że polityka jest kuszona przez cynizm. Wiedział, że jeśli zabraknie zakorzenienia w prawdzie, staje się jedynie grą pozorów. Jego słowa o komunizmie są tu kluczem: „Komunista to ktoś, kto przeczytał dzieła Marksa i Lenina. Antykomunista – to ktoś, kto je przeczytał i zrozumiał.” To „zrozumiał” jest wszystkim. Bo właśnie rozumienie mechanizmów daje siłę do przeciwstawienia się manipulacji. Dziś także musimy zrozumieć mechanizm politycznego marketingu, bo bez tego jesteśmy jak publiczność w teatrze iluzji – oklaskujemy, choć nie wiemy, że bierzemy udział w oszustwie.

I tu pojawia się neomarksizm. Wielu ludzi kojarzy nazwisko Marksa, pamięta hasła o równości czy o walce uciskanych z uciskającymi. Wydaje im się, że to nadal ta sama ideologia, tylko ubrana w inne słowa. Tymczasem treść dawno wyparowała. Zamiast brutalnej walki klas mamy miękką mutację kulturową. Zamiast dyktatury proletariatu mamy nowomowę o „różnorodności” i „inkluzji”. Ale logika pozostała ta sama: dzielić społeczeństwo, wyznaczać nowych oprawców i nowych ofiary, rozsadzać fundamenty wspólnoty, by na ruinach budować nowy porządek.

Neomarksizm nie potrzebuje dziś barykad ani karabinów. Wystarczy mu język. To język stał się bronią. „Rodzina” zostaje zdegradowana do „jednej z wielu form życia”, „małżeństwo” do „kontraktu partnerskiego”, „płeć” do „społecznego konstruktu”. Kiedy rozmywa się pojęcia, rozmywa się też rzeczywistość. A w chaosie człowiek traci zdolność obrony. Wtedy łatwo nim sterować, łatwo mu wmówić, że wszystko jest względne, że nie ma sensu szukać prawdy – wystarczy iść za emocją.

Dlatego polityka dzisiejszych czasów to nie już troska o dobro wspólne, ale rynek emocji. Najpierw bada się, czego ludzie się boją i czego pragną. Później opakowuje się to w slogan, który „się niesie”. Programy zostały zastąpione narracjami, fakty – opowieściami, argumenty – memami. Spektakl musi mieć prostą osią: „my” dobrzy, „oni” źli. Jeśli trzeba – tworzy się nowych „uciśnionych” i nowych „oprawców”, bo tylko konflikt daje paliwo do dalszej gry.

Roger Scruton celnie to opisał: misja wyzwalania uciskanych jest walką z wiatrakami. Dlaczego? Bo gdy jedna grupa zostanie wyzwolona, natychmiast pojawia się kolejna. Ten mechanizm nigdy się nie kończy, bo jego celem nie jest rozwiązanie problemów, lecz ich nieustanne podsycanie.

Współczesne algorytmy tylko wzmacniają tę dynamikę. Nie interesuje ich prawda. Interesuje ich zasięg, kliknięcia i emocje. A nic nie rozchodzi się tak szybko jak złość i oburzenie. Dlatego jesteśmy karmieni kakofonią – tysiącem sprzecznych komunikatów, w których prawda tonie w zalewie opinii. Scruton miał rację: „oczywiste błędy najtrudniej się koryguje.” Kiedy kłamstwo rozlewa się na setki wersji, prawda staje się nudna, zbyt zwyczajna, nieatrakcyjna.

A przecież polityka w swojej istocie to sztuka roztropności. To cnota, która łączy prawdę z działaniem. Roztropność nie obiecuje gruszek na wierzbie, ale mówi: „to będzie trudne, ale konieczne”. Tymczasem marketing polityczny działa odwrotnie: „nic nie będzie bolało, a i tak będzie lepiej”. W tym tkwi dramat – bo państwa nie da się prowadzić sloganem. Państwo wymaga planu, odwagi i odpowiedzialności.

Dlatego musimy nauczyć się stawiać pytania. Nie tylko: „co polityk obiecuje?”, ale: „czy jego wczoraj zgadza się z dzisiejszymi słowami?”, „kto zapłaci za te pomysły?”, „czy ma odwagę powiedzieć coś niepopularnego, ale koniecznego?”. Polityka bez takich testów zamienia się w cyrk, w którym my jesteśmy widownią, a bilety opłacamy własnym życiem i przyszłością naszych dzieci.

I właśnie tu wraca obraz symfonii. Polityka powinna być orkiestrą, w której każdy – rodzina, szkoła, przedsiębiorca, państwo – gra swoją partię w harmonii. Dyrygentem nie mogą być sondaże, ale prawda. Bez tego będziemy skazani na wieczny spektakl, na politykę jako widowisko, które przyciąga tłumy, ale nie rozwiązuje żadnego problemu.

Reagan ostrzegał nas pół żartem, pół serio. Dziś jego ironia staje się dramatycznym ostrzeżeniem. Bo jeśli polityka nadal będzie przypominać rynek, na którym handluje się emocjami i nadziejami, to zawsze pozostanie bardzo podobna do tego zawodu, o którym wspomniał prezydent USA. A to już nie żart. To diagnoza.