Dziś byłem gościem programu „Aktualności dnia” w Radiu Maryja. Rozmawialiśmy o dwóch głośnych sprawach, które na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą wiele wspólnego. Inne nazwiska, inne środowiska, inny ciężar medialny. A jednak obie prowadzą do tego samego, zasadniczego pytania: w jakiej kondycji jest dziś w Polsce państwo prawa? Czy zasada równości wobec prawa działa realnie, czy tylko deklaratywnie? I czy w przestrzeni publicznej nadal obowiązuje fundament cywilizowanego porządku prawnego – że to państwo ma udowodnić winę, a nie oskarżony ma udowadniać swoją niewinność?
Pierwszym wątkiem była sprawa emerytki z Torunia i proces z Jerzym Owsiakiem. Chodzi o wyrok dotyczący wpisów w mediach społecznościowych. Formalnie – sprawa jak wiele innych. W praktyce – symboliczna. Po jednej stronie starsza kobieta, po drugiej rozpoznawalna postać życia publicznego, dysponująca nieporównywalnie większym zapleczem prawnym i medialnym. Do tego dochodzą publiczne deklaracje dotyczące zwrotu kosztów grzywny, które w oczach wielu stały się czymś więcej niż tylko gestem – stały się znakiem nierówności sił.
Tu nie chodzi o sympatie czy antypatie wobec konkretnych osób. Chodzi o pytanie, czy aparat państwa powinien być uruchamiany w taki sposób i z taką determinacją w sprawach dotyczących internetowych wpisów, podczas gdy w innych sytuacjach – gdy dochodzi do realnych gróźb, agresji czy publicznych ataków na osoby duchowne i wspólnoty religijne – reakcje bywają mniej stanowcze albo rozciągnięte w czasie. Czy proporcjonalność działań instytucji jest zachowana? Czy standardy są jednakowe dla wszystkich?
Drugim wątkiem była sprawa ks. Olszewskiego. Tu z kolei uwagę zwraca ogromne zainteresowanie medialne oraz narracje budowane jeszcze przed prawomocnymi rozstrzygnięciami sądu. W przestrzeni publicznej pojawiały się sugestywne komentarze, interpretacje, oceny. Do tego dochodziły informacje o pogarszającym się stanie zdrowia duchownego oraz poczucie – wyrażane przez wielu wiernych – że został pozostawiony bez wyraźnego wsparcia instytucjonalnego ze strony swoich przełożonych.
Niezależnie od tego, jak kto ocenia tę sprawę, nie można uciec od pytania o zasadę domniemania niewinności. To nie oskarżony ma publicznie udowadniać swoją niewinność pod presją kamer i komentarzy. To organy ścigania mają wykazać zasadność zarzutów przed niezawisłym sądem. Jeżeli kolejność zostaje odwrócona, zaczynamy funkcjonować w logice medialnych trybunałów, a nie w logice państwa prawa.
Obie sprawy – choć tak różne – pokazują napięcie między literą prawa a jego społecznym odbiorem. Pokazują, jak ogromną rolę odgrywają dziś media w kształtowaniu opinii jeszcze przed zakończeniem postępowań. Jak łatwo rodzi się w przestrzeni publicznej wyrok, zanim zapadnie wyrok sądu. I jak cienka bywa granica między relacją z faktów a budowaniem narracji.
Nie chodzi o obronę jednej strony i atak na drugą. Chodzi o coś znacznie poważniejszego: o symetrię standardów. O proporcjonalność działań władzy publicznej. O odpowiedzialność mediów za język, którym opisują toczące się sprawy. O to, czy państwo potrafi zachować równy dystans wobec każdego obywatela – zarówno tego anonimowego, jak i tego z pierwszych stron gazet.
Jeśli zasady mają obowiązywać, muszą obowiązywać wszystkich. Jeśli mówimy o równości wobec prawa, to nie może ona zależeć od nazwiska, pozycji społecznej czy medialnego zasięgu. Państwo prawa zaczyna się tam, gdzie emocje ustępują miejsca procedurze, a kończy się tam, gdzie procedura staje się narzędziem presji.
To są pytania, które wykraczają poza konkretne nazwiska i konkretne procesy. To pytania o kierunek, w którym zmierza nasza wspólnota. I o to, czy jeszcze wierzymy w zasadę, że prawo ma chronić wszystkich jednakowo – bez względu na to, kim są i jak głośno mówi się o ich sprawie.