Drodzy Przyjaciele, sięgam dziś do świeżego wydania Naszego Dziennika, który odważył się wziąć pod lupę działania Ministerstwa Edukacji Narodowej. To, co opisuje redaktor Rafał Stefaniuk w artykule zatytułowanym „Nieuprawnione naciski”, nie jest zwykłą kwestią administracyjną ani techniczną. To nie spór o rubryki w arkuszach organizacyjnych szkół, ale spór o fundamenty – o konstytucję, prawa rodziców i o przyszłość wychowania w Polsce.
Ministerstwo, które powinno być sojusznikiem rodziców i nauczycieli, postanowiło zamienić się w strażnika ideologicznej poprawności. Samorządy, które miały odwagę dofinansować drugą godzinę lekcji religii, są dziś traktowane jak nieposłuszne dzieci. Straszy się je kontrolami, nakazami i administracyjnymi naciskami. Ale pytam wprost: czy samorządy zrobiły coś złego? Nie. One po prostu wykonały to, do czego zobowiązuje je prawo. Przypomnę, że Trybunał Konstytucyjny jednoznacznie orzekł, iż religia ma swoje pełnoprawne miejsce w szkole, a ocena z tego przedmiotu musi być wliczana do średniej. To nie jest kwestia dobrej woli MEN, to nie jest gest – to obowiązek państwa polskiego wynikający z orzeczeń najwyższego organu konstytucyjnego.
Tymczasem MEN woli iść drogą politycznych wytycznych i rozporządzeń, które mają omijać wyrok TK. Woli naciskać na samorządy, które zamiast pokornie wykonywać nielegalne zapisy, stanęły po stronie rodziców i uczniów. I tu zaczyna się sedno sprawy – to nie jest dyskusja o planie lekcji, ale o tym, kto ma władzę nad wychowaniem: rodzice czy państwo.
Właśnie dlatego tak ważny jest głos, który wybrzmiał na łamach Naszego Dziennika. Starosta przysuski Marian Niemirski jasno stwierdził, że religii nie można traktować jak przedmiotu drugiej kategorii. Bo jeśli zaczniemy dzielić przedmioty na ważne i mniej ważne według klucza ideologicznego, to prędzej czy później ktoś uzna, że niepotrzebna jest historia, że zbędny jest język polski, że WOS można zastąpić „edukacją obywatelską” pisaną pod polityczne zamówienie.
Jeszcze mocniejszy głos padł ze strony dr. Michała Skwarzyńskiego z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wybitnego prawnika z Katedry Praw Człowieka i Prawa Humanitarnego. On nie tylko wskazał, że mamy do czynienia z naruszeniem prawa, ale zapowiedział konkretne działania. Zachęcił rodziców do składania pozwów przeciwko premierowi, szefowej MEN i szefowi Rządowego Centrum Legislacji, który uporczywie nie publikuje wyroków Trybunału Konstytucyjnego. Pomyślmy – w państwie prawa najwyższe orzeczenia konstytucyjne nie są publikowane. To jest sytuacja skandaliczna, w której rząd sam siebie stawia ponad prawem.
W tym gronie znalazła się także moja skromna osoba. Od lat obserwuję procesy edukacyjne i widzę, jak bardzo rozjeżdża się teoria od praktyki. Politycy w Warszawie lubią mówić o prawach rodziców, ale gdy przychodzi do konkretów, próbują je ograniczać. Dlatego przypominam – rodzice mają niezbywalne prawo do wychowania dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami. To nie jest przywilej, który można odebrać rozporządzeniem. To jest fundament zapisany w Konstytucji, a nade wszystko wynikający z prawa naturalnego. Państwo, które próbuje to ograniczać, nie działa jako partner, lecz jako cenzor.
Nie łudźmy się – nie chodzi o jedną godzinę w planie lekcji. Chodzi o model szkoły, jaki chcemy budować w Polsce. Jeśli dziś zgodzimy się, by ministerialne rozporządzenia spychały religię na margines, to jutro zgodzimy się, by marginalizowano inne przedmioty i wartości. To jest właśnie metoda „miękkiego totalitaryzmu” – bez czołgów na ulicach, bez brutalnych zakazów. Zamiast tego stosuje się naciski, kontrole, administracyjne szykany, które krok po kroku odbierają wolność. To jest cichsze, ale przez to bardziej niebezpieczne.
Dlatego tak ważne jest, że Nasz Dziennik podjął ten temat. Bo w mediach głównego nurtu panuje zmowa milczenia. Tam, gdzie sprawa dotyczy wolności rodziców i prawa do wychowania, zapada cisza. Gdyby chodziło o ograniczenie zajęć z „edukacji seksualnej” czy ideologii gender, mielibyśmy alarm na wszystkich portalach i telewizyjnych paskach. Ale gdy ogranicza się religię, to większość redakcji milczy. I właśnie dlatego artykuł Stefaniuka jest tak ważny – bo przypomina, że są jeszcze media, które nie boją się mówić prawdy, że są samorządowcy, którzy mają odwagę i że są prawnicy, którzy wskazują drogi realnych działań.
Artykuł nosi tytuł „Nieuprawnione naciski” i powinien być dla nas wszystkich sygnałem alarmowym. To nie jest temat poboczny. To jest sprawdzian – czy Polska pozostanie państwem prawa, czy pozwolimy, aby urzędnicy deptali wyroki Trybunału Konstytucyjnego, a prawa rodziców były traktowane jak papier bez wartości.
Dlatego apeluję: sięgnijcie po Nasz Dziennik, przeczytajcie tekst, rozmawiajcie o nim w swoich środowiskach, wspierajcie samorządy, które nie boją się iść pod prąd. Bo jeśli dziś odpuścimy, jutro może być za późno.
To jest walka nie o godzinę religii, ale o kształt polskiej szkoły, o prawa rodziców i o przyszłość wychowania. A to jest walka, której nie wolno przegrać.