„Marsz przez instytucje: instrukcja demontażu człowieka”

Nie wierzę w przypadek, kiedy widzę równoczesne zmiany w edukacji, języku prawa, programach studiów, podręcznikach dla nauczycieli, orzecznictwie sądów i przekazie medialnym. Jako prawnik wiem, że systemy nie zmieniają się same z siebie. Jako teolog wiem, że sposób, w jaki definiujemy człowieka, przesądza o całej etyce. Jako kulturoznawca widzę, że kiedy zmienia się język, zmienia się myślenie, a kiedy zmienia się myślenie – zmienia się prawo. To nie jest chaotyczny zbiór zdarzeń. To proces. Długofalowy, konsekwentny i prowadzony metodycznie.

„Marsz przez instytucje” nie jest teorią spiskową wyciągniętą z internetu. To pojęcie ma swoje konkretne źródło w myśli XX wieku, w przekonaniu, że kultury nie obala się frontalnym atakiem, lecz cierpliwym przenikaniem jej struktur: uniwersytetów, mediów, sądów, szkół, organizacji międzynarodowych. Nie trzeba palić katedr, jeśli można zmienić program nauczania. Nie trzeba delegalizować religii, jeśli można ją zredukować do prywatnego sentymentu. Nie trzeba wprost negować natury człowieka, jeśli wystarczy przedefiniować ją w podręczniku antropologii.

Klasyczna definicja osoby, sformułowana przez Boecjusza – „indywidualna substancja natury rozumnej” – była fundamentem całej cywilizacji łacińskiej. Osoba to byt obiektywny, zakorzeniony w naturze, obdarzony rozumem i wolą. Z tej definicji wyrasta prawo naturalne, pojęcie godności, nierozerwalność małżeństwa, sens wychowania do cnoty. Jeśli jednak osobę przedefiniujemy jako konstrukt narracyjny, jako projekt tożsamościowy, jako efekt samookreślenia oderwanego od natury, wówczas zmienia się wszystko: etyka, pedagogika, prawo, medycyna.

Dziś obserwujemy przesunięcie akcentu z pytania „kim jest człowiek?” na pytanie „kim człowiek chce być?”. To subtelna, ale fundamentalna zmiana. W pierwszym przypadku rozum odkrywa rzeczywistość. W drugim – wola ją kreuje. W pierwszym przypadku instytucje mają chronić obiektywny ład. W drugim – mają afirmować subiektywne deklaracje. Jako prawnik widzę, jak ta zmiana przenika do orzecznictwa. Jako teolog widzę, jak uderza w samo serce doktryny o stworzeniu. Jako religioznawca dostrzegam, że w miejsce transcendencji wchodzi kult autonomii.

Wychowanie do cnoty – o którym pisał Arystoteles, które pogłębiał św. Tomasz z Akwinu – polegało na formowaniu charakteru w odniesieniu do dobra obiektywnego. Cnota była sprawnością, która porządkowała emocje, dyscyplinowała popędy, ukierunkowywała wolność ku prawdzie. Dziś coraz częściej wychowanie zastępowane jest treningiem wrażliwości narracyjnej: uczymy nie tyle rozróżniać dobro od zła, ile rozpoznawać i afirmować tożsamości. Charakter ustępuje miejsca deklaracji. Stałość – płynności. Odpowiedzialność – ekspresji.

Mechanizm tej zmiany nie jest gwałtowny. On działa poprzez powtarzanie, rozłam i przesuwanie granic. Najpierw pojawia się postulat skrajny, który budzi sprzeciw. Następnie wprowadza się wersję „umiarkowaną”. Kto się sprzeciwia, zostaje nazwany radykałem. Po kilku latach to, co było nie do pomyślenia, staje się normą. Język odgrywa tu rolę kluczową. Zmiana definicji nie brzmi groźnie. „Nowe odczytanie”, „inkluzywność”, „aktualizacja”, „prawa reprodukcyjne”, „tożsamość płciowa” – słowa łagodne, niemal techniczne. A jednak za nimi stoi przestawienie fundamentów.

Jako tradycyjny katolik nie mogę pominąć wymiaru duchowego. Rewolucja kulturowa nie jest wyłącznie projektem politycznym. Jest projektem antropologicznym. Jeśli człowiek przestaje być stworzony, a zaczyna być samostanowiący w sensie absolutnym, wówczas znika odniesienie do prawa Bożego. Małżeństwo przestaje być instytucją prawa naturalnego ustanowioną przez Boga, a staje się kontraktem emocjonalnym. Płeć przestaje być darem wpisanym w naturę, a staje się zmienną kategorią tożsamości. Rodzina przestaje być podstawową komórką społeczną, a staje się jedną z wielu „form relacyjnych”.

Jako prawnik widzę jeszcze jeden wymiar tego procesu: instytucje przestają być neutralne. Szkoła, która miała przekazywać wiedzę i formować charakter, coraz częściej staje się przestrzenią afirmowania określonych idei. Uniwersytet, który miał być miejscem poszukiwania prawdy, bywa miejscem sankcjonowania jednej narracji. Sąd, który miał stać na straży prawa, zaczyna odgrywać rolę kreatora norm poprzez orzecznictwo wyprzedzające ustawodawcę. To właśnie jest marsz przez instytucje: nie rewolucja uliczna, lecz transformacja definicji w strukturach.

Nie chodzi o demonizowanie każdej zmiany. Społeczeństwa się rozwijają. Prawo się aktualizuje. Pytanie brzmi jednak: w jakim kierunku? Czy zmiana prowadzi do głębszego rozumienia osoby, czy do jej rozmycia? Czy wzmacnia odpowiedzialność, czy ją relatywizuje? Czy chroni słabszych, czy czyni z nich narzędzie ideologicznego eksperymentu?

Marek Aureliusz, pogański cesarz, wiedział, że człowiek musi panować nad sobą, jeśli chce ocalić ład w państwie. Klasyczna myśl chrześcijańska poszła dalej: pokazała, że panowanie nad sobą jest możliwe dzięki łasce i zakorzenieniu w prawdzie. Dziś coraz częściej słyszymy, że wszelkie normy są opresją, a cnota – reliktem przeszłości. Jeżeli jednak odrzucimy pojęcie natury i obiektywnego dobra, pozostanie jedynie gra sił: kto skuteczniej narzuci swoją narrację.

„Marsz przez instytucje” nie polega na tym, że ktoś jednego dnia ogłasza nową konstytucję człowieka. Polega na tym, że przez lata zmienia się słownik, programy studiów, interpretacje przepisów, standardy medyczne, kryteria dopuszczalności wypowiedzi. A gdy ktoś zwraca uwagę, że definicja osoby została przesunięta, słyszy, że przesadza, że to naturalna ewolucja, że trzeba iść z duchem czasu.

Jako teolog odpowiadam: duch czasu nie jest kategorią objawioną. Jako prawnik dodaję: prawo odklejone od rzeczywistości biologicznej i antropologicznej traci spójność. Jako kulturoznawca stwierdzam: cywilizacje upadają nie wtedy, gdy są atakowane z zewnątrz, lecz wtedy, gdy tracą pewność co do tego, kim jest człowiek.

Dlatego pytanie nie brzmi, czy zmiany są przypadkowe. Pytanie brzmi, czy mamy odwagę nazwać je po imieniu. Czy jeszcze wierzymy, że istnieje natura ludzka, którą trzeba chronić, a nie rekonstruować. Czy instytucje państwa będą kształtować charakter, czy jedynie potwierdzać tożsamości. I czy potrafimy powiedzieć spokojnie, bez krzyku, ale stanowczo: człowiek nie jest projektem do dowolnej przebudowy. Jest osobą – a to zobowiązuje.