Czy naprawdę doszliśmy do momentu, w którym instytucja tej rangi jak Parlament Europejski głosuje nad zdaniem: „tylko biologiczna kobieta może zajść w ciążę”?
233 przeciw. 200 za. 107 wstrzymujących się.
To nie jest mem z internetu. To nie jest żart z kabaretu. To są oficjalne liczby. I właśnie w tym miejscu zaczyna się coś znacznie poważniejszego niż jednorazowe głosowanie. Zaczyna się pytanie o fundamenty – o to, czy rzeczywistość jest jeszcze punktem odniesienia dla prawa, czy prawo zaczyna być laboratorium redefinicji rzeczywistości.
W filmie „Seksmisja” zdanie „Kopernik była kobietą” miało brzmieć jak absurd. Było symbolem świata, w którym władza produkuje nową narrację i wymaga, by wszyscy ją przyjęli jako oczywistą. Śmialiśmy się, bo to była satyra. Ale satyra zawsze działa na cienkiej granicy – wyolbrzymia to, co już w świecie zaczyna się pojawiać. Dziś ten cytat przestaje być żartem. Zaczyna być ostrzeżeniem.
W podcaście „Kopernik była kobietą” nie chodzi o krzyk. Chodzi o analizę. O spokojne rozłożenie na czynniki pierwsze tego, czym było to głosowanie, czego dotyczył dokument i czym jest tzw. soft law. Bo właśnie tu tkwi sedno. Rezolucje niewiążące prawnie nie zmieniają od razu kodeksów. Ale zmieniają język. A język zmienia myślenie. A myślenie zmienia prawo. To proces, nie rewolucja jednego dnia.
Soft law działa jak wilgoć w murze. Nie widać jej od razu, ale z czasem zmienia strukturę całego budynku. Rezolucje, raporty, zalecenia – one kształtują standardy administracyjne, programy edukacyjne, podręczniki, wytyczne dla instytucji publicznych. Jeśli w dokumentach unijnych zaczyna się konsekwentnie odchodzić od języka biologii na rzecz języka „neutralnego”, to nie jest kosmetyka. To zmiana paradygmatu.
Pytanie jest proste, ale fundamentalne: czy instytucje publiczne powinny operować językiem zgodnym z rzeczywistością biologiczną, czy językiem, który ma przede wszystkim łagodzić napięcia społeczne? Czy prawo ma nazywać rzeczy takimi, jakie są, czy ma je redefiniować w imię inkluzywności? Szacunek wobec każdego człowieka jest obowiązkiem. Ale czy szacunek wymaga zmiany definicji biologii?
Klasyczna definicja prawdy – veritas est adaequatio intellectus et rei – mówi jasno: prawda to zgodność rozumu z rzeczywistością. Nie z nastrojem. Nie z większością. Nie z wynikiem głosowania. Z rzeczywistością. Jeśli rozum przestaje dopasowywać się do faktów, a zaczyna tworzyć własne definicje niezależnie od nich, przestajemy mówić o sporze ideologicznym. Zaczynamy mówić o zmianie fundamentu cywilizacji prawnej.
Biologia nie jest konstruktem kulturowym. Ciąża nie jest kategorią symboliczną. Organizm ludzki funkcjonuje według określonych praw. Głosowanie nie zmienia chromosomów. Nie zmienia anatomii. Nie zmienia fizjologii. A jednak 233 osoby zagłosowały przeciw zdaniu, które jeszcze niedawno było oczywistością podręcznikową.
Tu nie chodzi o szyderstwo. Chodzi o paradoks. Normalność zaczyna być traktowana jak ideologia. Stwierdzenie faktu biologicznego wymaga dziś odwagi. A kwestionowanie go uchodzi za postęp. To odwrócenie porządku jest znakiem czasu.
Nie pierwszy raz w historii próbowano redefiniować człowieka. Totalitaryzmy XX wieku budowały własne antropologie. Jedne redukowały człowieka do rasy, inne do klasy społecznej. W każdym przypadku zaczynało się od zmiany języka. Od nowej definicji. Od tezy, że dotychczasowe rozumienie natury ludzkiej jest przestarzałe, opresyjne, nieadekwatne. Historia uczy, że gdy instytucje publiczne zaczynają odrywać się od rzeczywistości, konsekwencje są długofalowe.
Ktoś powie: to tylko słowa. Ale prawo jest zbudowane ze słów. Administracja działa na podstawie definicji. Edukacja przekazuje język kolejnym pokoleniom. Jeśli w podręcznikach zacznie się mówić o „osobach w ciąży” bez odniesienia do biologicznej płci, to za kilka lat młodzi ludzie będą traktować to jako oczywistość. A to, co było oczywistością biologiczną, stanie się „kontrowersyjną opinią”.
Granica między szacunkiem a rezygnacją z faktów jest cienka. Można szanować każdego człowieka, niezależnie od jego tożsamości, bez zmiany definicji biologii. Można chronić godność bez relatywizowania rzeczywistości. Problem pojawia się wtedy, gdy w imię łagodzenia napięć zaczyna się rozmywać pojęcia, które są fundamentem prawa.
Czy biologia może stać się przedmiotem głosowania? Formalnie – można głosować nad wszystkim. Realnie – nie wszystko poddaje się decyzji większości. Głosowanie nie zmienia faktów. Może zmienić narrację, może zmienić język, może zmienić standardy administracyjne. Ale nie zmieni struktury rzeczywistości.
„Kopernik była kobietą” w filmie było symbolem świata, w którym władza uzurpuje sobie prawo do definiowania prawdy. Dziś nie żyjemy w filmie. Żyjemy w czasie, w którym instytucje o ogromnym wpływie kształtują język przyszłości. Jeśli normalność zaczyna być postrzegana jako problem, a oczywistość wymaga głosowania, to znaczy, że stoimy na poważnym zakręcie.
To nie jest wojna z ludźmi. To jest spór o to, czy rozum ma pozostać wierny rzeczywistości. Bo jeśli przestanie, zmieni się nie tylko słownik. Zmieni się sposób myślenia o człowieku, o prawie, o odpowiedzialności. A wtedy okaże się, że satyra sprzed lat była nie tyle żartem, ile diagnozą.