Katecheci na lodzie

Ponad 11 tysięcy katechetów w Polsce straciło pracę po decyzji minister Barbary Nowackiej o obcięciu godzin religii w szkołach. To nie jest plotka ani straszenie – to rzeczywistość. Ludzie, którzy przez dziesięciolecia stali na pierwszej linii wychowania, zostali nagle postawieni pod ścianą. Szkoły ich zwalniają, a państwo z dnia na dzień pozbawiło ich zajęcia, wbrew konstytucji i zdrowemu rozsądkowi.

I co słyszą? Z ust prymasa Wojciecha Polaka pada zdanie: „Nie wszyscy katecheci będą katechistami”. Brzmi to jak zimny prysznic, a nie jak wsparcie. Zamiast realnej propozycji – mglista wizja „rozeznawania powołania” w parafiach i przekazania pola ruchom, często charyzmatycznym, które być może „poproszą teologów o towarzyszenie im w drodze”.

Problem w tym, że przepaść między światem młodych a skostniałymi strukturami wielu wspólnot jest ogromna. Część ruchów młodzieżowych w diecezjach po prostu zamiera, a tam, gdzie istnieją, nierzadko dominują osoby 60+, które nie mają realnego kontaktu ze światem współczesnej młodzieży. Tymczasem to właśnie katecheci – nauczyciele religii – są obecni w mediach społecznościowych, znają język młodych, potrafią prowadzić zajęcia atrakcyjnie, z wykorzystaniem nowoczesnych metod. Mają nie tylko teologiczne przygotowanie, ale i warsztat pedagogiczny, często poparty wieloma studiami podyplomowymi.

Dlatego opowiadanie, że „rynek pracy się zmienia” i że katecheci powinni się przekwalifikować, jest zwyczajną ucieczką od problemu. Katecheci są już wielokrotnie przekwalifikowani – ich kompetencje nie są problemem. Problemem jest sposób, w jaki potraktowano całe środowisko: brutalnie, rewolucyjnie, bez szacunku i bez planu.

I nie łudźmy się, że to dotyczy tylko religii. Rząd już przygotowuje reformę, w której cztery przedmioty – geografia, biologia, fizyka i chemia – mają zostać połączone w jeden blok. To oznacza realną redukcję etatów, marginalizację klasycznej wiedzy i kolejne tysiące nauczycieli „na lodzie”.

To nie jest normalny proces rynkowy. To nie jest „brak zapotrzebowania”. To celowe i zaplanowane działanie, które uderza w edukację i w wychowanie. Dziś dotknęło katechetów, jutro dotknie geografów, biologów, matematyków czy fizyków.

Dlatego trzeba mówić jasno: problemem nie są nauczyciele religii, ale polityka, która rozmontowuje szkołę. Katecheci zostali potraktowani jak balast, a przecież to oni – z ich doświadczeniem, warsztatem, obecnością w świecie młodych – mogliby być częścią rozwiązania.

I każdy, kto dzisiaj powtarza slogany o „brutalnym rynku pracy”, powinien zadać sobie pytanie: a co się stanie, kiedy przyjdzie kolej na jego przedmiot? Bo ta kolej już nadchodzi.