Hasbara. Hebrajskie słowo, które w dosłownym tłumaczeniu oznacza „objaśnianie” albo „wyjaśnianie”. Niewinne, wręcz przyjazne. Ale za tym słowem kryje się jeden z najpotężniejszych systemów propagandy współczesnego świata. To nie jest tylko zwykła polityka informacyjna państwa, to nie jest klasyczny PR. Hasbara to architektura wpływu, której celem nie jest informowanie, lecz formatowanie świadomości, ustawianie ram, w których odbieramy rzeczywistość.
W praktyce hasbara to izraelska strategia komunikacji z międzynarodową opinią publiczną, łącząca działania polityków, dyplomatów, wojska, mediów, a nawet zwykłych obywateli powiązanych z diasporą. To dyplomacja publiczna w wydaniu totalnym – spójna, konsekwentna i nieustanna. Każdy kryzys, każdy konflikt, każde bombardowanie czy każda blokada ma swoją równoległą narrację, która zostaje wypuszczona w świat szybciej, niż zdążą dotrzeć raporty humanitarne. W newsroomach liczy się prędkość, a kto pierwszy poda gotową wersję wydarzeń, ten ustawia ramę myślenia. W tym właśnie tkwi siła hasbary – nie chodzi o to, by udowadniać racje, ale by zdefiniować, czym w ogóle są fakty.
Mechanika tego „wyjaśniania” jest subtelna. Najpierw tworzy się ramę moralną: Izrael zawsze się broni, Palestyńczycy zawsze atakują. Potem pojawia się język, który filtruje empatię. Śmierć izraelskiego dziecka to „masakra”, śmierć palestyńskiego – „skutek uboczny”. Zniszczony szpital to nie dramat cywilów, ale „obiekt wykorzystywany przez terrorystów”. Kilka słów wystarczy, by przesunąć emocje i usprawiedliwić to, co powinno budzić sprzeciw. Kolejny element to prędkość: zanim świat zobaczy zdjęcia ruin, w przestrzeni medialnej już krąży kilkadziesiąt krótkich komunikatów, które wbijają się w pamięć jak pierwsze nagłówki. Do tego dochodzi etykietowanie krytyki – każdy, kto pyta o prawa człowieka, zostaje natychmiast nazwany „antysemitą” albo „sojusznikiem Hamasu”. W ten sposób dyskusja o faktach zamienia się w dyskusję o intencjach, a zamiast realnych ofiar widzimy tylko etykiety.
Skutki tej propagandy są widoczne gołym okiem. Minister obrony Yoav Gallant nazwał mieszkańców Gazy „ludźmi-zwierzętami”. Były wiceminister Eli Ben-Dahan powiedział wprost: „Palestyńczycy to nie są ludzie”. Minister finansów Bezalel Smotrich stwierdził: „Nie ma czegoś takiego jak naród palestyński”. Premier Benjamin Netanjahu porównywał Palestyńczyków do biblijnych Amalekitów, których należy zgładzić. To nie są pomyłki czy przejęzyczenia. To element większej całości, w której język służy do odczłowieczenia przeciwnika. Jeśli przestaniesz widzieć w kimś człowieka, łatwiej zaakceptujesz, że nie ma prądu, że nie ma wody, że dzieci giną w ruinach szkoły.
Czerwiec 2025 roku. Statek z pomocą humanitarną – mlekiem, ryżem i lekarstwami – płynie do Gazy. Na pokładzie znajduje się Greta Thunberg i kilkudziesięciu aktywistów. Izraelska marynarka przechwytuje jednostkę na wodach międzynarodowych. Minister Israel Katz mówi: „Użyjemy wszelkich koniecznych środków, by zatrzymać ten statek”. Pomoc humanitarna staje się w oczach opinii publicznej „zagrożeniem dla bezpieczeństwa Izraela”. To jest właśnie esencja hasbary – rzeczywistość zostaje przykryta narracją, w której chleb i woda stają się bronią, a odruch solidarności z głodującymi dziećmi jest przedstawiany jako akt wrogości.
Ale są liczby, których nie da się wytłumaczyć ani zagadać. Raporty ONZ i UNICEF mówią o ponad 21 tysiącach dzieci w Gazie, które zostały okaleczone. O setkach tysięcy ludzi żyjących w stanie głodu. O ponad 200 dziennikarzach, którzy zginęli, dokumentując tragedię. Tego nie da się zamieść pod dywan. Tego nie da się zamienić w „skutek uboczny”. Dlatego hasbara tak często stara się te liczby rozmywać, podważać albo opóźniać ich ujawnienie. Bo fakty – nagie, twarde, bez retorycznej otoczki – są największym oskarżeniem.
Podwójne standardy widać także na naszym polskim podwórku. Kiedy kibice Rakowa Częstochowa wywiesili transparent solidarności z Palestyńczykami, od razu zostali oskarżeni o antysemityzm. Tymczasem kibice izraelskiego Maccabi Haifa podczas meczu wywiesili transparent „Mordercy od 1939 roku”, wymierzony w Polaków. Skandal? Oczywiście. Ale reakcje były całkowicie różne: jedni zostali napiętnowani, drudzy – usprawiedliwieni. To przykład, jak hasbara działa w praktyce – krytykę wobec Izraela zamienia w tabu, a ataki Izraelczyków usprawiedliwia jako „emocjonalną reakcję”.
Ten mechanizm nazywa się „Palestine exception” – wyjątek palestyński. W świecie akademickim i medialnym można krytykować USA, Rosję, Chiny, Niemcy. Ale kto odważy się krytykować Izrael, ryzykuje etykietę „antysemity” i ostracyzm. To kaganiec, który skutecznie knebluje usta. Dyskusja nie toczy się o faktach, lecz o tym, czy wolno w ogóle pytać. I to właśnie jest najniebezpieczniejsze: zamiana krytyki polityki państwa w rzekomą nienawiść do całego narodu.
Nie łudźmy się, że to nas nie dotyczy. Niemcy w czasie okupacji stosowali dokładnie tę samą zasadę divide et impera. Próbowali tworzyć Goralenvolk na Podhalu, budując mit o „aryjskich góralach”, którzy nie są częścią narodu polskiego. Na Śląsku i Kaszubach szukali sposobów, by oddzielić ludzi od polskiej tożsamości. Mechanizm zawsze ten sam: podzielić wspólnotę, wmówić jednej grupie, że jest kimś innym, i użyć jej przeciwko reszcie. Hasbara to nic innego jak współczesna wersja tej samej metody.
Dlatego dziś musimy mówić jasno: hasbara to nie wyjaśnianie, lecz wymazywanie. To nie obrona, lecz iluzja obrony. To nie dialog, lecz knebel. Jej celem nie jest pomoc w zrozumieniu świata, ale sformatowanie go tak, by widzieć tylko to, co wygodne dla jednej strony. I to jest nasza odpowiedzialność – nie dać sobie wmówić, że krytyka polityki państwa jest równoznaczna z nienawiścią do narodu.
Naród, który pozwala na dehumanizację innych, sam staje się ofiarą własnej propagandy. Prawda jest jedna: człowiek jest człowiekiem – niezależnie od narodowości, religii czy miejsca urodzenia. Żadna hasbara tego nie zmieni.