Francja pomoże… we wspomnienie św. Dygdy, czyli nigdy

Nancy, 9 maja 2025. Uroczysta konferencja. Uśmiechy. Flagi Polski i Francji dumnie powiewają na tle zabytkowych murów. Donald Tusk i Emmanuel Macron podpisują nowy „Traktat o wzmocnionej współpracy i przyjaźni”. Brzmi znajomo?
Bo już to przerabialiśmy. I to nie raz. Historia, jak widać, nie uczy, skoro ci, którzy powinni ją znać najlepiej, znów klaszczą, gdy odgrywa się na nowo.

Premier – z wykształcenia historyk. Prezydent – mistrz frazesów o europejskiej jedności. Obaj deklarują silne więzi, wspólne wartości i gotowość do działania „w razie zagrożenia”.
A potem pada pytanie – jedno, konkretne, najważniejsze:

„Czy Francja jest gotowa udzielić Polsce realnej, militarnej pomocy w ciągu 30 dni od wybuchu wojny?”

I wtedy Macron, z typową dla siebie elegancją i unikaniem odpowiedzialności, odpowiada:

Mamy we Francji odpowiedni tryb podejmowania decyzji – to jest określone w konstytucji…

No i wszystko jasne. Tłumacząc z języka dyplomatycznego na ludzki: „najpierw pogadamy, potem podyskutujemy, a jak się wyrobimy – coś postanowimy”.
A w międzyczasie – może wyślemy notę dyplomatyczną. Może zorganizujemy koncert na rzecz pokoju. Może nawet doślemy kilka hełmów z drugiej wojny światowej.

Brzmi absurdalnie? Może. Ale dokładnie tak samo brzmiało to w 1939 roku.

Cofnijmy się do września 1939. Francja – nasz wielki sojusznik. Mamy z nią podpisany układ. Gwarancje. Plan wspólnej obrony.
I kiedy 1 września Niemcy wchodzą do Polski, a 17 września – Sowieci, to co robi Francja?

Deklaruje wojnę… ale tylko na papierze.
Rozpoczyna „ofensywę siedzącą”, czyli dokładnie tyle, ile trzeba, by udawać, że się działa – czyli nic.
Zamiast czołgów – cisza.
Zamiast lotnictwa – powiew białej flagi.
Zamiast odwagi – kalkulacja i bierność.

I wtedy, i dziś – wielkie słowa, zero czynów. Francja zawiodła nas wtedy. A dziś, mimo zmiany rządów, konstytucji i dekoracji – niewiele się zmieniło. Zmienił się tylko styl opakowania.

Dlaczego to się nie sprawdzi? Bo:

  1. Francja nie wie, kim chce być. Balansuje między mocarstwowymi resentymentami a lękiem przed realną odpowiedzialnością.

  2. Ich armia nie przypomina dziś Legii Cudzoziemskiej, ale korporację. Więcej biurokracji niż dynamiki, więcej procesów niż gotowości.

  3. Zagrożenie militarne nie czeka na zgodę Rady Państwa. Reakcja musi być natychmiastowa, nie po miesiącu debat.

  4. Francuskie wsparcie to jak Yeti – wszyscy słyszeli, nikt nie widział.

Ich sojusze są jak ozdobne medaliki – noszone dla pokazania, ale nie do walki.

A polski premier?

Donald Tusk – człowiek, który z dumą przedstawia się jako historyk. Człowiek, który potrafi cytować Giedroycia, Piłsudskiego i Wyszyńskiego, ale z jakiegoś powodu zawsze pomija te rozdziały historii, które mówią o zdradzie. O samotności. O fałszywych sojuszach.
W swoich przemówieniach lubi sięgać po historyczne symbole i wielkie słowa – ale robi to wybiórczo. Tam, gdzie trzeba przypomnieć, że Zachód raz już zawiódł Polskę, że traktaty nie obroniły Warszawy, a gwarancje skończyły się paktem Ribentrop–Mołotow i siedzącą ofensywą – zapada wygodne milczenie.

Zamiast przestrzegać przed politycznym deja vu, premier znów – z błyskiem w oku – pcha biało-czerwoną flagę w ramiona tych, którzy w godzinie próby nie będą się bili za Gdańsk, za Suwałki, za Warszawę.
Nie będą nawet za nią debatować.
Zamiast obrony – rozważania o klimacie.
Zamiast czołgów – notatki o „wartościach europejskich”.
Zamiast wsparcia – upomnienia o „demokratyczne standardy”.

To nie jest polityczna przezorność. To jest powrót do roli ucznia, który mimo że raz już dostał po głowie, dalej staje pod tablicą z nadzieją, że tym razem Zachód go pogłaszcze, a nie sprzeda.

Nadmienię na koniec, że nie winię Francji za to, że jest Francją. Nie oczekuję od nich więcej niż od siebie. Francja jest konsekwentna. W swojej niekonsekwencji. Zawsze najpierw analizuje, potem kalkuluje, a dopiero na końcu – może – działa. Tak było w 1939, tak było w Rwandzie, tak było w Libii, tak było w Syrii. Tam, gdzie trzeba wziąć odpowiedzialność – Francja wyciąga szkło powiększające, nie miecz.

Nie mam pretensji do Macrona. On gra swoją grę. Broni interesów Francji, nie Polski. I nikt rozsądny nie powinien się łudzić, że będzie inaczej. Ale mam pretensję do nas – Polaków. Do naszej klasy politycznej. Do naszego rządu. Do premiera, który na tle trójkolorowej flagi mówi o partnerstwie i wspólnym bezpieczeństwie, jakby nigdy nie słyszał o Jałcie, o 17 września, o „zachodnich gwarancjach”. Jakby nie wiedział, że historia bije w twarz nie tych, którzy popełniają błędy, ale tych, którzy ich nie chcą przyjąć do wiadomości.

Nie chodzi o defetyzm. Chodzi o realizm. Bo tylko realistyczna polityka może dziś uratować Polskę przed powtórką z 1939 roku – tyle że w wersji 5G, z dronami, satelitami i nieprzyjacielem, który nie będzie się już fatygował z wypowiedzeniem wojny.

Francja będzie sobą. Zawsze. Pytanie, czy my wreszcie przestaniemy udawać, że tego nie widzimy. Bo historia nie powtarza się dlatego, że musi. Powtarza się, bo ludzie wybierają wygodną amnezję zamiast bolesnej pamięci.