Czy dialog międzyreligijny może obyć się bez pytania o prawdę? To nie jest pytanie techniczne ani dyplomatyczne. To pytanie teologiczne. Jeśli bowiem Kościół wierzy, że Jezus Chrystus jest jedynym Zbawicielem świata, że w Nim Bóg objawił się w sposób ostateczny i pełny, to każda rozmowa z jakąkolwiek religią – także z judaizmem – musi być prowadzona w świetle tej prawdy. W przeciwnym razie przestaje być dialogiem w sensie chrześcijańskim, a staje się wymianą uprzejmości, która omija sedno.
W przestrzeni publicznej coraz częściej widzimy dwa podejścia do relacji Kościoła z judaizmem. Jedno z nich akcentuje dialog jako „znak czasu”, podkreśla wspólne korzenie, wspólną Biblię, wspólne wartości etyczne i społeczne. Drugie – reprezentowane m.in. przez ks. prof. Waldemara Chrostowskiego – przypomina, że relacji tej nie da się zrozumieć bez całego depozytu wiary, bez misji Kościoła i bez świadomości, że Nowe Przymierze w Chrystusie ma charakter powszechny i definitywny.
Teza ks. prof. Chrostowskiego jest w gruncie rzeczy prosta, choć dla wielu niewygodna: nie wolno redukować teologii do bezpiecznych skrótów. Nie wolno wycinać z Tradycji tych fragmentów, które mówią o konieczności wiary w Chrystusa, o powszechności zbawczego dzieła krzyża, o misji Kościoła wobec wszystkich narodów – także wobec Izraela. Nie wolno mówić o wspólnych korzeniach, pomijając fakt, że chrześcijaństwo jest wypełnieniem i przekroczeniem Starego Przymierza. Nie wolno budować wizji relacji z judaizmem tak, jakby wcielenie, męka i zmartwychwstanie Chrystusa nie miały charakteru przełomowego.
Kluczowe jest rozróżnienie między judaizmem biblijnym a judaizmem rabinicznym. Judaizm biblijny to religia Starego Testamentu, zapowiadająca Mesjasza, otwarta na przyszłe wypełnienie obietnic. Judaizm rabiniczny ukształtowany po zburzeniu Świątyni, to religia, która z definicji nie uznaje Jezusa z Nazaretu za Mesjasza i Syna Bożego. Jeśli więc mówimy o „wspólnocie wiary” bez doprecyzowania, o jakiej rzeczywistości mówimy, wpadamy w poważną nieścisłość. Chrześcijaństwo nie jest jedną z odmian judaizmu. Jest wiarą w to, że obietnice dane Izraelowi wypełniły się w Chrystusie.
Tu właśnie ks. prof. Chrostowski ma rację: dialog nie może oznaczać zawieszenia misji. Słowa „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody” nie zawierają wyjątku dla żadnego ludu. Powszechność misji Kościoła wynika z powszechności odkupienia. Jeśli Chrystus umarł i zmartwychwstał za wszystkich, to Kościół ma obowiązek głosić Go wszystkim. To nie jest wyraz triumfalizmu ani pogardy. To konsekwencja wiary w prawdę objawioną.
Sobór Florencki w XV wieku jasno stwierdzał, że pełnia środków zbawienia znajduje się w Kościele. Późniejsze dokumenty Magisterium rozwijały to nauczanie, ale go nie unieważniały. Ciągłość doktryny jest tu kluczowa. Rozwój nie oznacza zerwania. Dialog nie oznacza relatywizmu. Szacunek nie oznacza rezygnacji z przekonania, że w Chrystusie Bóg objawił się ostatecznie. Jeśli dziś mówi się o relacji z judaizmem wyłącznie w kategoriach wspólnego dziedzictwa kulturowego czy etycznego, a pomija się pytanie o wiarę w Jezusa jako Mesjasza, to mamy do czynienia z redukcją.
W debacie publicznej łatwo marginalizuje się głosy krytyczne. Gdy ktoś przypomina o misji, o konieczności głoszenia Chrystusa także Żydom, natychmiast pojawiają się oskarżenia o brak wrażliwości, o cofanie się do przeszłości, o niezrozumienie „ducha czasu”. Tymczasem pytanie o prawdę nie jest brakiem szacunku. Jest warunkiem uczciwości. Autentyczny dialog zakłada, że obie strony mówią, w co wierzą – także wtedy, gdy jest to trudne.
Nie chodzi o powrót do języka wrogości czy polemiki w złym stylu. Chodzi o integralność wiary. Kościół nie może głosić jednocześnie, że Chrystus jest jedynym Zbawicielem, i że wiara w Niego nie ma znaczenia dla zbawienia konkretnego ludu. Jeśli Nowe Przymierze jest rzeczywiście nowe i definitywne, to ma konsekwencje teologiczne. Nie można ich zawiesić w imię poprawności.
Ks. prof. Chrostowski wskazuje, że w relacjach z judaizmem trzeba czytać dokumenty Kościoła w całości, a nie wybiórczo. Trzeba pamiętać o Ojcach Kościoła, o soborach, o wielowiekowej refleksji teologicznej, która widziała w Kościele nowy lud Boży złożony z Żydów i pogan, zjednoczony w Chrystusie. Trzeba unikać uproszczeń, które sugerują, że przymierze z Izraelem funkcjonuje niezależnie od Chrystusa w sposób równoległy do Nowego Przymierza. Tego Kościół nigdy nie nauczał w sensie ścisłym. Mówił o tajemnicy, o niewypowiedzianych drogach Boga, o wierności Boga swoim obietnicom – ale nie o równoległych, niezależnych drogach zbawienia.
Jeżeli dialog staje się celem samym w sobie, przestaje być narzędziem prawdy. Jeżeli „znak czasu” zaczyna zastępować objawienie, pojawia się niebezpieczeństwo, że to kultura zacznie wyznaczać granice teologii. A wtedy Kościół przestaje prowadzić, a zaczyna reagować.
Spór, który dziś obserwujemy, nie dotyczy jedynie relacji z judaizmem. Dotyczy samej tożsamości Kościoła. Czy ma on przede wszystkim budować mosty społeczne, czy głosić Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego jako jedyne źródło zbawienia? Odpowiedź nie musi być alternatywą. Kościół może i powinien czynić jedno i drugie. Ale most bez fundamentu prawdy zawali się przy pierwszym poważniejszym sporze.
Dlatego pytanie o prawdę nie jest przeszkodą dialogu. Jest jego warunkiem. Jeśli Kościół przestanie mówić wprost, w co wierzy, w imię czego żyje i kogo głosi, dialog stanie się pustą formą. A wtedy nie będzie już ani misji, ani świadectwa, ani tożsamości.
Wierność Tradycji nie jest zamknięciem się na świat. Jest ochroną tego, co stanowi istotę wiary. I właśnie dlatego teza, że relacje z judaizmem należy odczytywać w świetle całego Magisterium, a nie medialnych skrótów, jest nie tylko uprawniona, ale konieczna. Bez całości nie ma prawdy. A bez prawdy dialog zamienia się w uprzejmą ciszę.